Sens i bezsens wojny
Gdy czytam o walkach pod Radzyminem w sierpniu 1920 r. myślę sobie „jak absurdalną ideą jest pacyfizm! Cóż by z Nami było gdyby wtedy tam pod Warszawą czekał na bolszewików dialog zamiast bagnetów, CKM-ów i zasieków? Z pewnością już w 1921 r. liczba ofiar głodu i terroru przekroczyła by pół miliona”. Bitwa o Warszawę uratowała (niestety tylko na nieco ponad 20 lat) co najmniej Polskę i okoliczne kraje od uroków rządów Lenina. I nie tylko, potem Stalina (lub chyba jeszcze gorszego – Trockiego). Ta walka była słuszna, a nawet, można rzec, była prawdziwą krucjatą. Są czasem wojny całkowicie słuszne i niezbędne by zło nie zapanowało nad Światem.

Na dniach jadę do Jaślisk. Trochę popracuję w lesie. Zawsze idąc na Jaworznik, gdy zatrzymam się by odpocząć i obracam głowę w stronę południową widzę na horyzoncie wspaniały masyw Kamienia-Bieszczadu. Dominuje nad okolicą swymi 400 metrami wysokości względnej. Ma wspaniałą, symetryczną sylwetkę. Takie lokalne K2. Kamień-Bieszczad jest pokryty wspaniałymi, czesto wiekowymi lasami. Masyw kryje wiele tajemnic, wiele mógłby opowiedzieć, gdyby nagle zaczął mówić. Na przykład mógłby opowiedzieć historię sprzed ponad stu lat.
Styczeń 1915
– Co te suki w sztabie myślą? Miał być jeden kulomiot są dwa. Miało nie być tych moździerzy, ani strzelca wyborowego!
Palba powtarzalnych karabinów, serie „maszynek” i wybuchy granatów zlewały się w jeden nieprzerwany huk. Głęboki śnieg, mgła i białe, improwizowane z prześcieradeł kobinezony dawały pewną ochronę, ale niewielką. Polana była ostrzeliwana z trzech stron. Ogien padał zza oszronionych buków, z szarej zimowej mgły.
– Nie wiem panie lejtnancie, nie wiem, ale chuj z nimi, jebac ich matki, musimy coś dumać bo całą rotę wytłuką
– jak zaczniemy się cofać to te moździerze których miało nie być… okaże się, że są dobrze wstrzelane i nas wybiją szrapnelami. Mam rację?
Jakby na potwierdzenie słów młodego lejtnanta (porucznika) kilka moździerzowych granatów przeleciało i rozerwało się białą chmurką szrapnelów (pocisk wypełniony ołowianymi kulkami) w koronach drzew nieco poniżej ich pozycji. Coraz cześciej śnieg zmieniał barwę na czerwoną i nawet twardzi rosyjscy mużycy (chłopi) zaczynali wpadać w histerię. Jedni rzucali straszliwe wiązanki rosyjskich przekleństw, inni głośno się modlili, jeszcze inni wstawali ze śniegu i zaczynali zbiegac w dół zbocza. Każdy uciekający po przebrnięciu pewnego dystansu padał w zaspy albo martwy, albo raniony.
–Ucieczka do przodu… Ja im przemówię, a wy po tym gwizdajcie w gwizdek ile sił w płucach Nikołaju Siergiejewiczu…
Lejtnant nabrał mroźnego powietrza w płuca i zaczął krzyczeć z całej duszy
– Kulua głupia! Bagnet zuch! Skokami za mną! Urrrrrrrrraaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!
Tak własnie Iwan Nikołajewicz, 23 letni lejtnat, zdobył swój pierwszy Krzyż Świętego Jerzego. Kilka dni później zdobyte przez jego rotę (kompanię) okopy zostały odbite przez kontratak dobrych wojaków Franza Josefa I. Śmierć zbierała żniwo na tej górze, aż do maja 1915 roku…Kamień był kluczem do zdobycia przez armię Mikołaja II Medzilaborzec. Medzilaborce zaś otwierały drogę na Humenne, nad którym zresztą zimą 1914 na 1915 roku, aż trzykrotnie powiewała flaga Imperium Rosyjskiego. Ta okrutna masakra w zamglonej, zasypanej śniegiem puszczy na Kamieniu była tylko fragmentem gigantycznej bitwy, która toczyła się na ogromnym obszarze. Walczono od lesistych wzgórz Beskidu Wyspowego po połoniny Gór Rodniańskich. Przerwanie obronnego muru Karpat było by prawdopodobnie końcem i CK Monarchii i I wojny światowej w ogóle. Linia Karpat z pomocą wojsk II Rzeszy została jednak utrzymana. Zginęły setki tysięcy żołnierzy. Tyle chwały! I … tyle wdów.Gdyby ich śmierć miała przynieść zwycięstwo można było by może powiedzieć, że „było warto”. Jednak nie…
Listopad 1917 r.
I ten sam las na Kamieniu. Zdenek, Czech z Pardubic grzeje się przy ognisku. Wokół jego towarzysze. Polacy, Słowacy, Czesi, Huculi, Ukraińcy, Chorwaci, Cyganie, Madziarzy, Niemcy i Rumunii. Zimno jest i deszczowo jak to tuz przed pierwszymi śniegami. Wyje listopadowy wiatr. Zdenek i jego towarzysze żyją w szałasach. Źródłem utrzymania jest rabunek i kłusownictwo. Cywile zowią ich „Zielonymi Kadrami”. Władza ich się boi. Na żandarmerię mają granaty i karabiny. Ciężkie to życie, ale lepsze życie CK dezertera niż umieranie gdzieś na froncie w Alpach, gdzie śniegu leży już ponad metr a włoskie haubice sieja śmierć.
–Mówią, że Italijcy dali Karolowi łupnia…
Zdenek dorzucił suchych szczyp do ogniska. Ogień wesoło wyskoczył w górę. Nawet wicher listopadowy wyjący w koronach jodeł i buków wydał się dezerterom mniej straszny.
–Na mój rozum, to już Cysorz Kaputt, Sztad kaputt. Wszystko się rozleci u nas, tak jak rozleciała sie Rosja.
–A pewnikiem tak , szczob nie. Amerykańce wesnu pryjdom we Francyju. Kajzer nimeckyj takoż bude kaputt. Ejne rik, może cwaj i po Welykoj Wijnie. Kto wie jednak czy nie bude niedowho szcze bilsze krowii w switi. A u Moskaliw tera urjad bolszewicki. Mówią, szczo ten Lenin, ich wódz to samyj Lucyfer – Ancykrys we własnij osobie. I teraz bude kiniec świata.
Stary Hucuł Mykoła kończył swoją wypowiedź w dziwnej mieszaninie gwar ukraińskich, polskich i niemieckiego. Zaciagnał się fajką i zamilkł ponuro.
–Kameraden potłumacz co dziadek Mykoła opowiada.
–Ano mówi, że ten Lenin wódz bolszewików to sam Antychryst
Pobożny Franz, góral z Wysokich Taurów, przeżegnał się, mina mu zbladła.
–Może to być… może to być…
Wicher wyje coraz mocniej i dezerterzy zamilkli. Czy to tylko wicher czy może dusze poległych w tych lasach w bitwach sprzed tzrech lat? A może to diabły wypuszczone z piekieł robią tańce w chmurach? Może to i rzeczywiście KONIEC ŚWIATA?
W tym samym czasie Iwan, jest sądzony przez „radę żołnierską”. Teraz jest już majorem, tym gorzej dla niego. Pijani sołdaci lżą go i policzkują. Strącają czapkę na ziemię, zrywają i depczą ordery. Szarpią, bija pieściami. Zmuszają do uklęknięcia i calowania czerwonej wstegi. Major odmawia. Jakiś skośnooki żołnierz rzuca pomysł by za zniewage świętych czerwonych barw obciąć mu ucho. Błysnął krzywy nóż bojowy i krwawy płatek wpadł w bajoro, w którym klęczała ofiara. Sołdaci są coraz bardziej podnieceni. Rytualnie zrywaja pagony, plują na nie i wdeptuja je w błoto. To on – Iwan Nikołajewicz – jest w ich oczach winny wszystkich nieszcześć jakie przyniosło 3,5 roku wojny. W końcu jeden z śmielszych sołdatów wbija ostrze bagnetu w nerki Iwana. To sygnał dla wściekłego linczu. Major, przedstawiciel Starego Reżimu, niemal Mały Car, jest masakrowany kolbami i bagnetami, obdarty do naga. Jeszcze żywemu obcinają genitalia rechocząc przy tym jak stado demonów. Na końcu oficer zdetronizowanego cara jest dosłownie wdteptany w błoto. Odchodząc żołnierze splunęli na ciało, inni oddali na nagiego trupa mocz. Zaczął padać drobny śnieg i nad ciałem „winowajcy wojny” zaczeły kołować wrony i kruki. Nad Imperium, które już od 3,5 roku tratuje Wojna nadciągają kolejni Jeźdźcy Zaraza, Głód i Śmierć…
Hans, żołnierz kajzera Wilhelma i weteran walk wokół Jaślisk, w momencie agonii majora Iwana Nikołajowicza umiera w leju po pocisku wielkiego kalibru. Gdzieś we Flandrii. Na ziemi niczyjej. Jego szyję rozerwał pocisk wsytrzelony przez kanadyjskiego snajpera. Nie wie, umierając, jaki będzie wynik wojny. Wie jednak, że USA już przystapiły do wojny…Oczy zachodza mgłą, nie czuje już bólu ani przenikliwej, zimnej mżawki. Gdzieś w oddali błyska pomarańczowym plomieniem straszliwa broń – miotacz ognia. Źrenice odwracają sie w górę. Dla Hansa wojna się już skończyła.
Sens i bezsens pacyfizmu
Może jednak pacyfiści mają trochę racji? Często są to osoby, które wojnę autentycznie widziały. Na przykład Lew Tołstoj. W młodości brał udział w wojnie krymskiej i wojnie kaukaskiej. Stąd jego niechęć do przemocy. Napatrzył się na nią na Kaukazie, Bałkanach i w oblężonym Sewastopolu. Społeczeństwa Europy idące latem 1914 na bój z kwiatami w lufach karabinów wojny nie widziały od dawna, za wyjątkiem Bałkanów. Jeśli już gdzieś były jakieś wojny, to były to konflikty w dalekich koloniach. Ja mówiła przyspiewka angielskich żołnierzy walczących w tych wojnach „Cokolwiek by się stało, my mamy karabin maszynowy a oni nie!”. Tym razem obie strony miały karabiny maszynowe. Nie dopuszczano tego jednak do głów. Wojna zdawała się Wielką Przygodą. Tu bije źródło głupiej radości, którą później nazwano „samobójstwem Europy”. Trafna nazwa dla tego szaleństwa… Stara Europa odeszła w przeszłość. Skutki tamtej wojny odczuwamy do dziś. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z ich powszechności. Ot taka ciekawostka dla Czytelniczek. Kobiece spodnie i podpaski pojawiły się na świecie jako dziecko Wielkiej Wojny. Nie mniej, poza aspektami pozytywnymi, chyba więcej jest minusów. Na pewno ujemnie oceniali swój entuzjazm z lata 1914 r. ludzie umierający powolną śmiercią – zaplatani w drut kolczasty i porozrywani odłamkami. Watpię czy któryś byłby wstanie wydobyć z siebie, wisząc na tych drutach, zdanie: „wojna to wielka, męska przygoda„. A tak właśnie ją sobie powszechnie wyobrażano tego strasznego, pięknego lata roku 1914…

Tutaj – inny wpis o tych walkach: https://chutornik.pl/2015/12/przed-stu-i-jeden-laty-zima-1914-15/
Na fotce nr 1 – rosyjska karykatura pokazująca „tchórzliwych” wrogów uciekających z Galicji w Karpaty przed dziarskimi Kozakami. No właśnie… Linii Karpat nie było już tak łatwo przełamać. W jednym z pamiętników autor zanotował przyśpiewkę, którą śpiewali żołnierze Mikołaja II wracający z frontu na odpoczynek. „Tri Korpusy na Karpaty, a z Karpatiw tri sołdaty”.
Na fotce nr 2 – zima 1919/1920 r. Gdzieś pomiędzy Dźwiną a Dniestrem. Zaimrowizowany z różnych materiałów, pociąg pancerny Wojska Polskiego.
Na fotce nr 3 – wojacy CK Armii maszerują, czy raczej brną, przez karpackie wzgórza. Zima 1914/1915 r.
P.S.
Może się wydawać, że ostatnio broniłem Marksa. To nie tak. Ja po prostu nie lubię łopatologicznego przekazywania wiedzy o historii. Marks naprawdę nie jest bezpośrednio odpowiedzialny za zbrodnie Pol Pota w Kambodży… Sam Marks był jednak postacią dość paskudną, tak samo jego filzofia przyniosła światu więcej szkód niż pożytku. Tutaj ciekawy link do wpisu na blogu Foxamuldera alias Huberta Kozieła poświęconego temu tematowi:
http://foxmulder2.blogspot.co.uk/2018/05/karol-marks-agent-gebokiego-panstwa.html
P.S. 2
Miałem napisać coś o wojnie rosyjsko-gruzińskiej z 2008 r. Długa to jednak historia, bo trzeba zacząć opowiadanie od… czasów średniowiecza. Nie bardzo chce mi się pisać, a już szczególnie coś długiego. Choć jakiś mały wpisik. na zachetę, zrobię. Wolę ostatnio pisać coś krótszego. Może Wam opowiem o Bolesławie Chwaścińskim. Postaci barwnej nawet na tle epoki w jakiej żył (1909-1992). To już jednak w czerwcu.