Przerwać aortę Vietcongu cz. 2


Bombardowania Szlaku Ho Chi Minha, jak już wiecie z pierwszego odcinka, nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. Potrzebne były jakieś siły lądowe, które choćby wyhamowały  rzekę ludzi, broni, amunicji i sprzetu płynącą w kierunku   komunistycznych rebeliantów. Potrzebne było też realne, lądowe rozpoznanie. Ktoś, kto będzie robił dokumentację fotograficzną, naprowadzał za pomocą radiostacji samoloty na cele, określał które kompleksy jaskiń warto wypalić napalmem, a które nie itd.   Wojska Królestwa Laosu były słabe, za to potężna siłę stanowiły paramilitarne oddziały ludu Hmongów. Hmongowie to góralski naród żyjący m.in w Laosie. Jak to bywa z  góralami są konserwatywni i nie lubią ludzi z nizin, którzy chcą narzucić im władzę. Już podczas I wojny indochińskiej walczyli chętnie po stronie Francuzów. Kalkulowali słusznie, że lepsza daleka władza kolonialnych gubernatorów niżli dużo bliższa  władza wietnamskich pułkowników i komisarzy politycznych. Również  Amerykanie odkryli ich wojenny potencjał. Od początku  lat 60-tych  uzbrajali ich do walki z siłami Pathet Lao i NVA. Hmongowie  stosowali w walce z partyzantami taktykę… partyzancką. Puszcze, góry z licznymi jaskiniami, sawanny z dwumetrową trawą, busz i bagna sprzyjały nie tylko siłom komunistycznym, ale i antykomunistycznym. Tym bardziej, że Hmongowie byli u siebie, a żołnierze Wietnamu Północnego nie.   Hmongskie komanda szarpały  Szlak, ratowały zestrzelonych pilotów, naprowadzały naloty. I broniły  swoich wiosek. Czasem zdarzały się w tej wojnie i większe bitwy. Ciężkie boje toczono m.in na słynnej Równinie Dzbanów.  Aż do 1975 Hmongowie  byli niepokonani.  Dowodził nimi charyzmatyczny generał Vang Pao, oficjalnie generał laotański. Nieoficjalnie ich narodowy przywódca.

 

 

 

Wojownicy gen. Vang Pao. Partyzanci hmongscy są także uwiecznieni na fotce głównej.

 

 Wojowników generała  Vang Pao zaopatrywała   Air America, o której pisałem Wam w poprzednim odcinku. Na tajnych lotniskach, nie oznaczonych na wojskowych mapach, lądowały samoloty z bronią, amunicja i … ryżem. Mężczyźni mogli walczyć nie martwiąc się, o ryż powszedni dla swych rodzin.  Zaopatrzenie  zrzucano też na spadochronach i transportowano śmigłowcami.    Wokół największego z tajnych lotnisk w Long Tieng (alias LS20A) powstało prawdziwe partyzanckie miasto. Stolica generała Vang Pao.

 

Tajny samolot, na tajnym lotnisku, w tajnym mieście…

 

 

 

Obok karty heroicznej, walka Hmongów miała też ciemną stronę. Laos jest cześcią  tzw. Złotego Trójkata. W tamtych czasach największego opiumowego załębia na świecie. Za opium i jego pochodne kupowano broń, ale i napełniano złotem i dolarami prywatne skarbce. Zarówno oficerów armii hmongskiej jak i oficerów CIA. A gdzie trafiała heroina i morfina?  Cóż Północni Wietnamczycy używali ją wyłacznie w szpitalach polowych. Natomiast pod koniec wojny amerykańscy wojacy rozćpali się niemożebnie. Dyscyplina upadła i były bataliony w których „złoty strzał” posłał do Walhalii więcej amerykańskich chłopców niż kule partyzantów.  Działki płynęły też do USA, o czym opowiada film „Amerykański gangster„, który szczerze polecam. Partyzanci antykomunistyczni nie byli też oczywiście „przesadnie łaskawi”  dla jeńców czy zwolenników Hanoi.  Wojna domowa ma swoje ponure prawidła…Niestety, przy całej mojej sympati dla laotańskich „Żołnierzy Wyklętych” trzeba o tym powiedzieć. By obraz był prawdziwy.

 

Tu zaś widzicie partyzantów Pathet Lao.

 

 

 

Po zdobyciu Sajgonu w 1975 r. Laos stał się de facto kolonią komunistycznego Wietnamu.  Hmongowie zostali sami. W ciągu niemal 30-lat nieustannej wojny naród stracił wiele krwii.  Część walczyła jednak  jeszcze przez kilka lat. Dawali  się mocno we znaki wojskom komunistycznym. Całe wsie zaszywały się w górskich puszczach licząc na odmianę losów.   Opór spacyfikowano paląc, gwałcąc, mordując, zamykajac w obozach pracy i wysiedlając. Pozbawiani zaplecza, tropieni przez psy i helikoptery  laotańscy „Wyklęci” wykrwawiali się w beznadziejnej walce.  Wielu partyzantom udało sie jednak  przetrwać w tropikalnych lasach bardzo długo. Kilkuset bojowników prowadziło wojnę podjazdową z komunistami jeszcze w… XXI wieku. Oczywiście ci bolszewicy dawno już uznali wyższość systemu kapitalistycznego w gospodarce. Jednak nadal nie uznawali prawa Hmongów do autonomii.  Uciekano, głównie do Tajlanidii. USA przyjęło do siebie sporą część z nich – dziś mieszkają głównie w Kalifornii. Młody przyjaciel Walta Kowalskiego, z filmu „Gran Torino” jest właśnie Hmongiem. 

 

 

 

 

 

Skoro jesteśmy przy filmach. Jesteście pewnie ciekawi czy w Laosie walczył John Rambo? Owszem, w szeregach legendarnej jednostki MACV-SOG. O tych Kmicicach i Bohunach wojny wietnamskiej opowiem nastepny raz. Postaram się skrobnąć kolejna część, gdy tylko wdroże się w obozowe życie. Pojutrze wylot do UK. Piąty sezon w tyntach przede mną. Jeśli ciekawi jesteście moich zamorskich  przygód z poprzednich lat to tutaj znajdziecie coś o nich:  https://chutornik.pl/category/podroze/na-zachod/

UWAGA! Nie jestem zawodowym historykiem, a dział stronki ma w tytuł „gawędy i dumy”. Staram sie być rzetelny, ale nie jest to naukowe opracowanie. Żaden mój „historyczny” wpis nie ma takiego charakteru. Miejcie to zawsze na uwadze. 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *