Opowieść starego myśliwego cz. 2
Było to bardzo dawno temu, jeszcze za Aleksandra III. Mieszkałem wtedy w chacie nad górną Ussuri. U podnóża dzikich gór Sihote Ałyń. Piekna wielce była ta okolica, po amnestii postanowiłem zostać na odległym Sybirze na stałe. Własnie tutaj. Uprawiałem kukurydzę i polowałem. Miałem kotka Mruczka dla łapania myszy i psy – Szarika i Jastrzębia. Główny dochód mój stanowiły skórki, które sprzedawałem w mieście. Za zarobione ruble kupowałem naftę, naboje, igłę i nici, zapałki. Lata mijały a ja wrastałem w tą dziką krainę. Puszcze tam przepastne. Tajga, ale bardziej podobna naszym puszczom na Litwie niż tajdzie pod Irkuckiem. Pewnego pięknego wieczoru wracałem do chaty z średnio udanego polowania. Pogoda była piękna. W mroźnym powietrzu wczesnego października lasy na zboczach gór wyglądały baśniowo. Bóg malował – widac było wszystkie docienie czerwieni żółci poprzetykane czernią i ciemna zielenią choin. Słońce zachodziło wzmagając poruszające uczucie głebokiego piękna. Nagle zza krzakiem zobaczyłem tygrysa. Był to On. Sławny tygrys zwany Amba Iwanowicz Pietrow – https://chutornik.pl/2018/07/opowiesc-starego-mysliwego/
On też zauważył mnie, a ja jego. Wszystko trwało sekundy, nawet mniej. Uniosłem strzelbę do strzału, ale Pietrow był szybszy. Lufa mojego sztucera była pomiędzy oczyma bestii, ale pazury Pietrowa zatrzymaly się na mojej szyji. Trwaliśmy tak dłużą chwilę…