Trawers Gór Dzikich cz. 1
Na fotce głównej – masyw Pietrosula z Borszy. Niestety nie posiadam ani jednej (sic!) fotki z przejścia przez te góry. Posiłkuje się fotkami z Wikipedii.
„(…) Każdy turysta, który był na Czarnohorze w dniu pogodnym, musiał zainteresować się widokiem dwóch pięknych i dzikich pasm górskich, leżących na południu. Wprost na południu, oddzielone doliną Białej Cisy, rysują się ostro granitowe wierzchołki Karpat Marmaroskich. Znacznie dalej, na południowym wschodzie, widziany tylko w dni o bardzo czystym powietrzu, zamyka widnokrąg łańcuch Alp Rodniańskich, których wyniosłe szczyty bieleją śniegami jeszcze w późnym lecie.(…)”
Mieczysław Orłowicz
Płajem w górę
Żal było opuszczać Borszę. Przed nami jednak było pierwsze górskie pasmo, które chcieliśmy pokonać podczas podróży na południe. Tysiąc i sześćset metrów wyżej, wśród chmur czekał na nas Pietrosul Rodniański. Najwyższy szczyt Karpat Wschodnich. Na tą ogromną piramidę chcieliśmy wejść. I wchodziliśmy mozolnie, w lipcowym upale. Najpierw zakurzonymi drogami ogrodzonymi drewnianymi płotami. Wokół widać było jasno zielone łąki ozdobione wąskimi kopami siana, łany kwiatów, czarno-zielone świerki. Domów, szop i szałasów było z każdym zakrętem coraz mniej. Po dwóch godzinach Borsza wyglądała jak makieta miasteczka. Wchodziliśmy jeszcze wyżej, w końcu weszliśmy w ciemny las odpoczywając trochę od żaru lejącego się z nieba. Droga robiła się coraz węższa, bardziej kamienista zmieniała się w górski płaj (ścieżkę pasterską). Świerczyna zaś coraz niższa, poskręcana, ustępująca miejsca bardziej odpornej kosodrzewinie. Zakosami i do góry. Krzyż przy ścieżce przypomniał, że zimą nie ma tu upałów, są za to lawiny. Nam masy śnieżne nie groziły, ale wody było mało. Plecaki zaś ciężkie. Późnym popołudniem doleźliśmy do schroniska – 1760 m.n.p.m. Położone było w niecce polodowcowego cyrku, obok małego górskiego stawu. Wszędzie leżały głazy i kamienie wśród, których migały sylwetki sprytnych świstaków. Gdzieniegdzie rosły kępy kosodrzewiny i małe murawy. Nad wszystkim górowała potężna, kilkusetmetrowa ściana Pietrosula. Pietrosul znaczy „Skalisty” i faktycznie ściana była imponująco kamienista, Pełno było urwisk, turniczek, ogromnych głazów, choć większą część urwisk porastała drobna trawa. Ściana nie była bowiem pionową, lecz była lekko nachylona. Po lewej wznosiła się Piatra Albii – Biała Skała. Po prawej grzbiet zwany Turnul Roszu – Czerwone Turnie. Skały tu ciekawe – chyba głównie gnejsy, łupki krystaliczne, granity, marmury. Te góry są najwyższymi w Wewnętrznych Karpatach Wschodnich, a zarazem w całym wschodniokarpackim łańcuchu. Wewnętrzne Karpaty Wschodnie ciągną się , jak sama nazwa wskazuje, po wewnętrznej stronie Łuku Karpat. Ich początek to Wyhorlat we wschodniej Słowacji, a koniec – góry Harghita w południowo-wschodnim Siedmiogrodzie. Ich długość to ok. 400 km. Góry to inne niż nasz Beskid czy nawet Tatry. Ich pochodzenie jest wulkaniczne. Wulkaniczne stożki można spotkać już w okolicach Humennego i Sniny na Słowacji. Wiosną 2016 roku zakochałem się w jednej z tych gór – Snińskim Kamieniu. Muszę kiedyś tam wejść.

„Przedmieścia” Borszy.
Domek u stóp skalnego olbrzyma
Samo schronisko (i stacja meteo) robiło miłe wrażenie. Niewielka budowla, z solidnych górskich głazów, kryta szarą blachą. [Tak ją zapamiętałem, okazało się, że „nałożyły mi się” wspomnienia z gór Riła]. Kilka małych budynków gospodarczych. Pasterskie psy strzegące gazdostwa. Kot wygrzewający się na masce UAZ-a. W środku siedzieli gospodarze i trochę turystów. Jedna, mała wycieczka młodzieżowa. Kilku rumuńskich górołazów i Anglik, który na emeryturze postanowił przenieść się w rumuńskie góry. Miło się z nimi rozmawiało. Atmosfera kameralna.
Szlak prowadził przez granie i połoniny
Po kolacji podlanej delikatnie palinką, rozbiliśmy namiot nad jeziorem w którym przeglądały się urwiska. Nadeszła i noc z tysiącami gwiazd nad głową. Widać było nawet Drogę Mleczną. Gdzieś na północy, nad masywami Czarnohory, Czywczyn i Karpat Maramorskich szalała burza. Raz za razem czerwone i żółte błyski rozświetlały noc oświetlając tamte pasma. Tu było spokojnie. Czasem tylko głęboką ciszę przerywało pohukiwanie sowy. Nastrój bardzo romantyczny jak w wierszach Przerwy-Tetmajera. Szczyt wydawał się tej nocy mężczyzną w sile wieku z długą czarną brodą. To zaś jakąś Świętą Górą, na której można spotkać Boga. Niestety poranek był romantycznym w nieco inny sposób. Obudziły nas krople deszczu uderzające o płótno namiotu. Na szczęście poranek okazał się nie tyle deszczowy, co po prostu górski. Podczas wchodzenia na ścianę na zmianę świeciło słońce, kropiło, lało. Czasem chmury zasłaniały polodowcową dolinkę i wtedy przepaście wydawały się mniej groźne. W końcu stanęliśmy na samym czubku – 2303 m.n.p.m. Którego? Nie wiem. Podejrzewam, że szczyty w rumuńskich Karpatach „są liczone” od poziomu Morza Czarnego do którego spływają wody z tych pasm. Widoki były imponujące, lecz po paru chwilach mokra, pełna deszczu chmura zagoniła nas do betonowego schronu wybudowanego na samym wierzchołku. Po drugim śniadaniu, mokrą ścieżyną ruszyliśmy w dalszą drogę. Słoneczko świeciło wysoko, ale było dość chłodno. Szliśmy granią, chwilami tak wąską, że z obu stron były niemal urwiska. Po jednej stronie grani leżała dolina w której leżała Borsza. Wyglądała jak kobierzec utkany z pól, lasów, wiosek i ich przysiółków. Obramowana była górami, za którymi była już Ukraina. Patrzyliśmy na Maramuresz. Nieco bliżej widzieliśmy dolinę pełną małych górskich stawów przypominających sznur pereł. Po drugiej szerokie połoniny opadały ku głębokiej dolinie. Za nią piętrzyły się niższe pasma Gór Rodniańskich. Większość pokryta była gęstymi lasami. Karpacka Puszcza sprawiała wrażenie zielonego, wzburzonego morza. Jeszcze dalej widać było żyzne ziemie Siedmiogrodu. Patrząc na te lasy uświadomiłem sobie, że nazwa „Transylwania” – „Za Lasami”jest bardzo trafna. Nad głowami krążyły orły i kruki. Gdzieś wśród mgieł pomykały po skałach kozice, a wśród traw pasły się małe tabuny huculskich koni. Szliśmy dalej, choć oznakowanie szlaku czasem było widoczne, a czasem nie. Mapa wskazywała jednak wyraźnie, musieliśmy iść na wschód-południowy wschód. Pokonaliśmy kilka szczytów. Wielkiego (2268 m.) i Małego (2221 m.) Buhaescu oraz Rebrę (2119 m). By w końcu dotrzeć do przełęczy Tarnica La Cruce.
Tu trochę fotek z Gór Rodniańskich:http://kawalswiata.com/2018/08/4-dni-w-gorach-rodnianskich-4-zile-in-munti-rodnei/ http://www.odkrywamyinterior.pl/rumunia/gory-rodnienskie-wejscie-na-pietrosul/ https://www.szpilkinamapie.pl/rumunia/gory-rodnianskie-wejscie-na-pietrosul/
C.D.N.
P.S.
Ciekawy tekst o lawinie: https://www.kw.warszawa.pl/biala-krolowa-smierci?fbclid=IwAR0yYFM7BoRpY2fqqCpaiuvRcF3yZ6b8MKDJzhNfCRs0SZT8foVJsq9UQ08