Robinsonowie z Pogórza Przemyskiego


Stepan Bandera ukrywający się w lesie to jeden z największych strachów mojego dzieciństwa. Dziki, silny, brodaty, z pepeszą na plecach i siekierą za pasem porywał niegrzeczne dzieci. Chował je do wora i zanosił do swojej jaskini wysoko na zboczach Kamienia nad Jaśliskami. Tam jego żona Baba Jaga przyrządzała z porwanych niegrzeczniuchów, muchomorów i wilczej jagody pyszną zupę.

Faktycznie ostatni partyzanci UPA przetrwali w lasach podkarpackich wiele lat po Akcji Wisła. Jednym z nich był Omelian Płeczeń ps. Czaban autor książki „Dziewięć lat w bunkrze”. Razem z innym bojowcem Stepanem Soroczak ps. Kruk „znikli” w lasach Pogórza Przemyskiego. Ujawnili się dopiero po śmierci Bieruta w 1956 roku. Płeczeń miał pecha (albo szczęście) mieć bardzo ciekawe życie. Cześć województwa podkarpackiego była w latach 1939-1941 oraz 1944 – 1951 wchodziła w skład Ukraińskiej SRR. Obowiązywał więc na tych terenach pobór do Armii Czerwonej. Pierwszy raz uciekł przed tym wątpliwym zaszczytem do lasu jeszcze w 1941 roku. Drugi raz zagroziła mu branka trzy lata później kiedy był już członkiem banderowskiej konspiracji. To właśnie pobór do Armii Czerwonej, a potem wysiedlenia z lat 1945-1946 pchały do partyzantki wielu młodych chłopaków z ukraińskich, łemkowskich i bojkowskich wsi. Od 1944 autor „9 lat w bunkrze” bierze udział w walkach z „białymi” i „czerwonymi” Polakami oraz „Moskalami” z NKWD i Armii Czerwonej. Rzecz jasna jak to bywa w tego typu wspomnieniach stara się podkreślać rycerskość, humanitaryzm, waleczność i spryt „swoich”. Wrogowie – „tamci” są zaś okrutni i często głupi. Zwyciężają głównie dzięki przewadze liczebnej i technologicznej. Gdy siły są wyrównane wiedzie im się o wiele gorzej na bitewnych polach.

Walk było rzeczywiście sporo. Najpierw UPA na tym terenie ścierała się z polską i sowiecką partyzantką. Później walki wybuchły z jeszcze większą siłą po rozpoczęciu wysiedleń. Wylatywały w powietrze szyny i zwrotnice. Niszczono mosty, drogi minowano i tarasowano ściętymi drzewami. Atakowano posterunki MO i organizowano zasadzki. Płonęły wysiedlone wsie by nie dostały się w polskie ręce. Płeczeń osobiście podpalił swój rodzinny dom. Nawiasem mówiąc zniszczony wcześniej za „pierwszego Sowieta”. „Polska Ludowa” z pomocą NKWD zwalczała rebelię militarnie. Organizowano obławy, podsyłano agentów, „czyszczono” wsie. Trudny lesisty i górzysty teren sprzyjał jednak partyzantom. Do czasu. Wysiedlenia i obławy przynosiły w końcu coraz lepszy skutek. Powstańców było coraz mniej. Pomagający im chłopi widzieli, że zbrojny opór może hamować deportacje, ale ich nie zatrzyma. Byli coraz bardziej sceptyczni wobec „leśnych”. Malała nadzieja (żywiona też przez antykomunistycznych partyzantów polskich, litewskich, łotewskich i estońskich) na wojnę ZSRR z Anglosasami. W końcu wiosną 1947 ruszyła wielka operacja wysiedleńczo-antypartyzancka. Większość banderowców z terenów dzisiejszej Polski zginęła w walce, odebrała sobie życie lub została pojmana. Niektórym oddziałom udało się przedrzeć na Ukrainę Sowiecką i kontynuować walkę. Były i takie sotnie, które zdołały dotrzeć do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Najmniej było takich bojowników, którzy dobrowolnie lub nie mając wyjścia zaszyli się w puszczy by przeczekać. Takimi własnie „banderowskimi robinsonami” byli „Czaban” i „Kruk„. Na początku byli częścią niewielkiego oddziału mającego „trwać w terenie”. Po jego rozbiciu ukrywali się sami bez kontaktu z OUN.

„Wołyń” pojawia się we wspomnieniach tylko raz. Niejaki Kotwicki, jednooki wódz „bandy Polaków z Borownicy” miał „walczyć z nami wcześniej na Wołyniu”. Czy „Czaban” nie wiedział o krwawej „akcji antypolskiej” przeprowadzanej w latach 1943-1944? Zapewne tak i zapewne wyparł z pamięci ten fakt. Przysłoniły ją ukraińskie ofiary. Trzeba pamiętać, że ofiar cywilnych na Zakerzoniu ( czyli ziemiach obecnej Polski) było więcej właśnie po stronie ukraińskiej. Mordowano w ramach odwetu i z chęci zemsty. Mordowali i żołnierze AK i żołnierze KBW. Spirala etnicznej przemocy rozkręcili oczywiście banderowcy. Nie mniej polskie pacyfikacje były kolejnym z elementów pchających ukraińskich chłopów z Podkarpacia i Lubelszczyzny w ramiona Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Do tego NKWD organizowała swoje prowokacje działając wg. starej zasady „dziel i rządź”. Sensu w tej masakrze nie było, ale czy tego rodzaju wojny mają sens? Płeczeń wybiela „swoich” , ale trudno mu się dziwić. Każdy kto spędził by w lesie dwanaście lat życia starał by się nadać temu jak najwięcej pozytywnego sensu. Nienawidzi „polskich szownistów” tak samo jak „bolszewików„, ale do samych „Lachów” jaki takich nienawiści nie czuje. W pewnym momencie stwierdzają razem z towarzyszem, że „nie ma złych narodów, są tylko źli ludzie„. I mimowolnie, zapewne nie do końca świadomie, przyznaje, że ideologia ukraińskiego integralnego nacjonalizmu była kłamliwa. Głosiła ona bowiem fanatyczną ksenofobię. „Obcy” a zwłaszcza Polacy, Żydzi i Rosjanie z założenia byli w tej ideologii tymi „złymi„.

Jak dwaj partyzanci mogli przetrwać w terenie absolutnie wrogim tak długo? Ukraińskiej ludności właściwie już tam nie było. Oczywiście kłusowali, zbierali grzyby i leśne owoce. Kradli na polach. Mieli też jednak naftę, zapałki, gazety. Otrzymywali je od… Polaków. Co nimi kierowało? Tego możecie dowiedzieć się z książki.

Ostatni rozdział to z kolei opis prób adaptacji eks-terrorysty/ partyzanta do życia „poza lasem”. Równie trudnego (był w końcu banderowcem a nie np. żołnierzem WiN-u czy NZW) jak ukrywanie się w górskich puszczach. Jak zakończyły się te próby? Tego również nie zdradzę.

Książka autorstwa „Czabana” to kolejne wspomnienia (kiedyś czytałem spisane przez osławionego „Chrina”) ukraińskiego partyzanta. Czemu czytam relacje „rizunów”? Ano po to, żeby dowiedzieć się kim byli. Bez poznania „drugiej strony” nasza wiedza na ten temat jest kulawa. Po za tym Płeczeń miał talent nie tylko survivalowy, ale i gawędziarski. Całkiem ciekawie się to czyta. Lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych tematem.

P.S.

Ostatnim polskim partyzantem w Polsce południowo-wschodniej był Andrzej Kiszka (awansowany przez prezydenta Dudę do stopnia majora) schwytany przez SB w sylwestra 1961 roku w Lasach Janowskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *