Wersja skondensowana cz.2
Jak co tydzień możecie znaleźć w „wersji skondensowanej” co ciekawsze wpisy z fejsbukowej fili Chutornika. Jeśli, któregoś nie czytaliście to zapraszam do lektury 😉 Jeśli czytaliście, to nic nie szkodzi, niech tutaj to sobie będzie. Gdyby mi cenzura z fejsbuka zdjęła stronę, nie zginą w internetowym niebycie 🙂
O polskich i japońskich wspinaczach w Afganistanie. 7 XII
eśli jesteśmy ostatnio w tematyce afgańsko-japońsko-górskiej to wrzucę jeszcze dobrą lekturkę. Historia polskiej wyprawy na najwyższy szczyt Afganistanu. U jego podnóży spotkali alpinistów z Japonii. Polscy wspinacze trafili do Afganistanu bo było jednocześnie „wysoko i tanio”. Gdy komunizm trochę poluzował nasi alpiniści zapragnęli wspinać się, gdzieś poza Tatrami. Ruszyli w Alpy i na Kaukaz. Potem zaczęli penetrować Hindukusz. Do Afganistanu można było dotrzeć samochodem, kraj był „w sam raz na polską kieszeń”, a góry sięgały 6-7 tysięcy metrów nad poziomem morza.
Natomiast Japończycy po klęsce w wojnie musieli jakoś realizować porywy samurajskiego ducha. Realizowali go więc m.in intensywnie wspinając się w wysokich górach. To jest trudne, wymagające i niebezpieczne, a przy tym bardzo poetyckie. To jednocześnie sport godny wojownika jak i forma sztuki.
Jeśli chcecie wiedzieć jak to wszystko wyglądało to sobie poczytajcie 😉 http://pza.org.pl/download/taternik/430526.pdf
O miejscu Afganistanu w geopolitycznej układance. 7 XII
Mój kolega ma niebawem lecieć do Afganistanu na paromiesięczną wycieczkę. Na szczęście będzie dość „nudna”. Będzie zajmował się szkoleniem rekrutów wojsk rządowych. Mimo wszystko toczy się tam wojna, a dla talibów jest giaurem. Trzymajcie za niego, i jego kolegów, kciuki.
Afganistan w ogóle kojarzy się z „wieczną wojną”. Zastanawiacie się czemu tak jest ? Popatrzcie na mapę. Z jednej strony Iran, z drugiej Pakistan. Blisko też do Indii i Oceanu Indyjskiego. Na północy zaś Turkiestan czyli środkowoazjatyckie „stany”. Kiedyś cześć carskiego, a potem sowieckiego imperium. Także i dziś są tam rosyjskie wpływy. Są i jeszcze Chiny. Na północnym wschodzie Afganistan graniczy z Chinami. W samym zaś kraju są obfite złoża gazu ziemnego, żelaza, miedzi, litu, kobaltu i złota.
O Japoński militaryzmie i ostatnim szczycie NATO. 6 XII
Sporo ostatnio czytam/oglądam/słucham o japońskim imperializmie z końca XIX i I poł. XX wieku. I dowiaduję się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład tego, że najlepszy japoński admirał II wojny światowej Yamamoto i najlepszy japoński generał „Tygrys” Yamashita byli absolutnymi przeciwnikami eskalacji konfliktu i konfrontacji z „zamorskimi diabłami”. Pierwszy z nich pogromił amerykańską flotę w Peral Harbor, drugi zdobył „niezdobyty” brytyjski wówczas, Singapur. Zrobili to niejako wbrew swojej woli.
Piszę to w kontekście ostatniego szczytu NATO. Rosjanie doskonale znają tą historię. Widzą, że ich wojsko przypomina w pewnym sensie armię „boskiego mikada” z 1941 roku. Jest zdolne do błyskotliwego blitzkriegu. Zdobycia Kijowa, Kiszyniowa, Helsinek, Tallina, Rygi, Wilna. Spalenia Tbilisi, Warszawy i Bukaresztu. Rozbicia szeregu amerykańskich dywizji i korpusów idących na pomoc „wschodniej flance”. Na długą wojnę nie mają jednak wystarczających sił. Są rozsądni, ryzyko, że Pentagon się nie przestraszy jest zbyt duże.
A sama historia admirała i generała wielce pouczająca. Obaj nie byli poczciwinami. Byli żołnierzami. Czasem bezwzględnymi. Obaj byli przez pewien czas uważani za „zdrajców” przez maniakalnych japońskich nacjonalistów. Obaj zginęli z rąk Amerykanów. Pierwszego ubił „egzekucyjny zespół bojowy” myśliwców, gdy leciał samolotem na inspekcję jednego z garnizonów na Pacyfiku. Drugiego powieszono za zbrodnie wojenne w mocno kontrowersyjnym procesie. Czy można uznać ich za postacie pozytywne? W pewnym sensie (moim zdaniem) tak. I tylko w pewnym.
Na fotce kapitulacja Yamashity. Wrzesień 1945 roku.
O gen. Cooperze. 3 XII
Od lat postuluje się by „zrobić jakiś film w Hollyłódzie, tak żeby Gibson był reżsyerem, a Di Caprio zagrał Pileckiego albo Sobieskiego”. No tak się postuluje, postuluje działania „na najwyższym szczeblu”, aż gruchnęła wieść, że Netflix kręci „Wiedźmina”. To dzięki sukcesowi gry komputerowej stworzonej przez polską firmę, na podstawie prozy polskiego pisarza. I państwo nasze nie ma w tym żadnego udziału. Mogło by jednak mieć.
Koprodukcję zrobić np. TVPiS – HBO. Serial, teraz seriale w modzie przecież. Trzy sezony dajmy na to. O kim? O czym? Choćby o Merianie Cooperze. Cooper to człowiek który wymyślił King Konga. Był współautorem scenariusza, jednym z dwóch głównych reżyserów tego filmu. Nie mógł się też powstrzymać przed zagraniem w swoim własnymi filmie w roli kaskadera. Tak. Reżyser wskakuje w samolot i leci sobie trochę poszczelać do wielkiego małpiszona. A skąd takie kaskaderskie umiejętności u niego? Był wojskowym pilotem. Walczył m.in z Niemcami podczas I wojny światowej i z Japończykami podczas II. Dosłużył się stopnia generalskiego. Wielu odznaczeń oraz blizn. Gdy akurat nie wojował zajmował się filmami, Kręcił dokumenty, reżyserował, a nade wszystko był producentem. Szczególnie upodobał sobie gatunek zwany westernem. Stąd też jego dobra znajomość z takimi legendami Hollyłódu jak np.John Ford czy John Wayne.
No ok, ale jaki to związek z Polską? Poza stopniem generała armii USA Cooper posiadał też szarżę podpułkownika-pilota Wojska Polskiego oraz order Virtuti Militari. A na fotce poniżej on we własnej osobie na Łotwie. To rok 1921 roku, a Cooper wraz innymi polskimi jeńcami przedarł się właśnie na Łotwę podczas ucieczki z sowieckiego łagru. Starczy przygód na dobry serial?



