Budionnowsk 95′ cz. 4
Rokowania i strzelaniny
Rosjanie faktycznie zasiedli do rokowań. Zaczął się kilkumiesięczny okres „ni to wojny – ni pokoju” podobny do „wojny-nie wojny” w Donbasie. Rosjanie niby wycofywali jednostki, ale robili to tak by wycofać jak najmniejsze siły. Bojownicy niby się rozbrajali, ale robili to w taki sposób by rozbroić się jak najmniej. Pokazowo niszczyli i oddawali broń zużytą, starą, uszkodzoną. Co chwilę dochodziło do obustronnych utarczek, ostrzałów. Obie strony oskarżały się o łamanie warunków rozejmu, o prowokacje. W końcu w październiku konflikt rozgorzał na nowo.
Partyzantka z rozmachem
Te kilka miesięcy dało siłom Dudajewa czas na „złapanie oddechu”. Przygotowanie się do walk partyzanckich i kontrofensyw. Siły rebelianckie atakowały wojska „federałów” (od Federacja Rosyjska) z wielkim rozmachem. Nie tylko dokonywali zasadzek, minowania dróg i ataków na blok-posty ale też skutecznie atakowali miasta. Te położone na przedgórzu, na niemal bezleśnych stepowych równinach. Na przykład w grudniu 1995 zdobyli drugie co do wielkości miasto Czeczenii – Gudermes, który trzymali w swoim ręku tydzień. W styczniu dagestański Kizlar. W marcu przez trzy dni kontrolowali większość Groznego. Jak to możliwe? Przecież rosyjska armia, choć w kryzysie, dysponowała zwiadem lotniczym satelitarnym. Na każdej drodze rozlokowano blok-posty. Ano zapewne bojownicy przemykali jako „cywile” jak ogniś afgańscy mudżahedini i partyzanci Vietcongu. Czasem też pewne po prostu płacili. Korupcja sięgała szczytów. Jeśli partyzanci nie mogli zdobyć jakiejś broni czy materiałów w walce to „dogadywali się” z odpowiednim oficerem.
Rozkład rosyjskiego kontyngentu
Nic dziwnego, że morale szeregowych żołnierzy z poboru. Tych ze zwykłych jednostek było wyjątkowo niskie. Siedział Wania na takim posterunku drogowym, na pustej drodze w stepie. Marzł na mrozie. Męczyła go myśl, że jego dziewczyna jest właśnie zaspokajana przez innego. W głowie słyszał jej rozkoszne jęki. Chwilę później wyobrażał sobie jak on sam będzie jęczał, ale z bólu. Gdy kula czeczeńskiego snajpera rozerwie mu kiszki. Pocisk wyborowy… taki co przebija kamizelkę kuloodporną. Leci niezawodnym torem kilometr. Kto sprzedał partyzantom taki rzadki, wyspecjalizowany „patron” partyzantom? Ano rosyjscy oficerowie. Siedział, siedział w dziurze w ziemi. Na zaśnieżonym stepie. Pilnując drogi z Piekła do Nikąd. W jakiejś Czeczenii. Zginąć? Ach żeby tak pod Borodino, pod Stalingradem… A nie w jakiejś wojnie o jakiś zapyziały powiat na Kaukazie. Bo przecież w skali rosyjskiej Czeczenia była zbuntowanym powiatem. Owszem posiadała bogate złoża ropy. Bardzo wysokiej jakości. Owszem był tu też gaz. I szedł przez nią kluczowy ropociąg prosto z pól naftowych Baku. I prawdą jest, że stłumienie separatyzmu czeczeńskiego miało dać postrach wszystkim Jakutom, Tatarom, Dagestańczykom czy innym Buriatom którzy fantazjowali o niepodległości. Tylko co to mogło obchodzić Wanię w dziurze w ziemi? To nie był Stalingrad, to nie było Borodino. Jak zginie to zapłacze za nim matka (bo dziewczyna pewnie ma już innego). Koledzy wypiją za jego duszę. Tyle. Śmierć bez chwały w jakimś powiecie na Kuakazie.
Nieco lepiej kształtowało się morale w jednostkach typu „specnazowców„, „kontratników„, „desantników„. Tu za to rozkwitły inne patologie. Grabież, wymuszanie, łupienie, wyduszanie. Oto i rozkosz dla „wojownika„. Nawciągać się amfetaminy. Wleźć na pancerz transportera i taki nabuzowany pojechać na „zaczistkę”. Wpaść do domu. Zgwałcić matkę i córkę! A może i syna tak dla odmiany. Jeśli członek pod wpływem amfetaminy nie podnosi się tym gorzej dla gwałconych. Gwałcić można wszak ręką, kijem czymkolwiek. Zabrać dywany, telewizor, zegarki, biżuterie, kury, stare żiguli etc. etc. A potem zabrać wszystkich mężczyzn – wiadomo „każdy Czeczen to bojewik„. Wiezie się takich jeńców do bazy. Silnie umocnionej by trudno było ich odbić. Wrzuca do jamy. Wyciąga na tortury i gwałty. Rodzina dobrze wie, gdzie przyjść na targowanie się. Za żywego cena taka a taka. Za martwego taka a taka. Aaaa! Głowa mu gdzieś zginęła – za głowę dopłata. Wszystko czego nie spopieliły bomby, rakiety i pociski było grabione. I gwałty i tortury. Porwania, poniżenia, bestialstwo.
Po za tym rosyjskie wojska chlały, ćpały, chorowały, były gryzione przez wszy i chodziły brudne. I popełniały szkolne błędy za które płacono krwią. Wojny tej nie chciało ani rosyjskie społeczeństwo i tak zmęczone upadkiem ZSRR, ani co światlejsi generałowie rozumiejący, że trzeba ten rozdział zamknąć by móc otworzyć za jakiś czas nowy. Gdy armia będzie gotowa.
Zielone liście na kaukaskich bukach
Wiosną zazieleniły się czeczeńskie lasy. Partyzanci zdjęli maskujące białe stroje. Teraz chodzili w panterkach. I atakowali dalej. Gdy jedni schodzili z gór i golili brody ruszali w nie ich bracia, kuzyni, koledzy. Nazywali siebie samych „Nochczi Borzoj” – Czeczeńskie Wilki. Terror i maruderstwo nie łamały woli oporu. Na odwrót. Na miejsce poległych przychodzili nowi chętni do walki. Zemsta! To napędzało partyzancką wojnę. Aktywności wojsk powstańczych nie przerwała śmierć Dudajewa. W kwietniu 1996 roku zginął w precyzyjnym ataku rakietowym. W jego przeprowadzeniu pomogli Amerykanie. Paradoks historii – Dudajew zginął jako mudżahedin choć sam w latach 80-tych bombardował afgańskich mudżahedinów. Pomogli w tej likwidacji Amerykanie, a on w czasach ZSRR ćwiczył zrzucanie bomb wodorowych na amerykańskie miasta. Taka ironia losu.

Bojownicy Dudajewa. Na głównej mapa Czeczenii. Źródła foto – Wikipedia.
Prezydent podziemnej Iczkerii poległ, ale w ruchu partyzanckim nie doszło do rozłamu. Jego funkcję przejął Zelimchan Jandarbijew. Podziemna administracja Iczkerii działa znakomicie. Oficjalna prorosyjska nie była szanowana ani przez swoich ani przez Rosjan.Natężenie starć nie spadło. Wojska federalne nie kontrolowały wielu miejscowości. W innych rządzili za dnia, nocą zaś zamykali się w fortach i umocnionych budynkach. Noc należała do Wilków. Ostatecznie w sierpniu 1996 roku partyzanci zeszli z gór na stałe. W ramach operacji nomen omen Dżihad odbili Grozne i wiele innych kluczowych miejscowości. Siły rosyjskie były albo rozbite, albo zablokowane, albo pobite. Rosyjska kontrofensywa nie ruszyła. Zaczęła się kolejna tura rozmów. 31 sierpnia w dagestańskim Chasaw-Jurt gen. Maschadow (były sowiecki pułkownik) i gen. Lebiedź (bohater z Afganu) podpisali rozejm kończący I wojnę czeczeńską. Rozejm nie pokój. Rosja nie uznała niepodległości Czeczenii. Sprawę „odłożono„. Na pięć lat. Moskwa obiecała jednak pomóc w odbudowie i przywróceniu „normalności„. 58 Armia i oddziały podległe MSW rozpoczęły wycofywanie się z zbuntowanej republiki.
Cena zwycięstwa
Cena tego zwycięstwa (niesamowitego z militarnego tu i ó punktu widzenia) była jednak straszliwa. Szacuje się, że podczas 20 miesięcy bezpośredniej interwencji wojskowej sił Federacji Rosyjskiej zniszczeniu uległo ok. 40% budynków mieszkalnych na wsi i ok. 60% w miastach. Przemysł i wszelaka infrastruktura umożliwiająca cywilizowane życie została spustoszona. Zginęło mniej więcej 5-10% populacji. Konkretnie 50-100 tysięcy cywilów i między 3 a prawie 18 tysięcy „bojowników„. Rosjanie stracili zaś między 5,5 a 14 tysięcy poległych, zmarłych i zaginionych. Prawdziwej liczby ofiar nie poznamy nigdy.
Kraj był ruiną więc nie było pracy bo i niby gdzie? Nie było pracy, wody w kranach, prądu w gniazdkach. Nie było połowy domów. Druga połowa została złupiona. Na polach i w sadach zalegały miny. Wróg, który jednoczył czeczeńskie plemiona oddalił się choć pozornie. Wyszyły na wierzch konflikty wewnętrzne. Nic dziwnego, że bardzo szybko zapanował chaos… To już jednak temat na inną opowieść. Może niebawem pojawi się i ona.
C.D.N – w ostatnim odcinku będzie taka qasi-bibliografia. To za tydzień.
P.S.
Trochę wojennego humoru. Reklama skinkersa 😉 https://www.youtube.com/watch?v=tMZssvvpbhU