Ręka Bogini Zemsty


Obudziłem się zlany zimnym potem. Śniła mi się porażka. Lampa skierowana w moją stronę. Ręce skute za plecami. Oficer bezpieki trzyma w ręku gumową pałę z metalowym rdzeniem. Obudziłem się przerażony. Nie boje się śmierci w boju. Ani ciężkich ran, ani szubienicy. Boje się tortur i tego, że zdradzę. I jeszcze tego, że zawiodę. W pokoju jest zimno. Za oknem mocny przymrozek. Kwiaty zimowe na szybie wyrosły. Idzie zima. Ogień w piecu wygasł chyba na samym poczatku nocy. Spałem wiele godzin. Wcześniej wiele godzin ćwiczyłem. Do utraty sił, do wyczerpania. Pompki na prawej ręce. Na lewej ręce. Drążek, brzuszki, przysiady, nożyce. Saloto w przód i w tył. Musze trzymać formę. Dni przed akcją mijają powoli. Czas rozciąga się w nieskończoność. Intensywne treningi nie zabijają do końca nudy i strachu. Wróciłem do palenia. Gdy nie ćwiczę piję na zmianę herbatę i kawę. Słucham ciezkiej muzyki i palę. Jednego za drugim. Obmyślam warianty. Planuję akcję w najdrobniejszych szczegółach.

Teraz, w ten słoneczny poranek, robię to samo. Kawa, jajecznica i siadam do szukania optymalnych rozwiązań. Równanie musi mieć wynik – dwóch martwych, pięciu żywych. Nie inaczej. Lecz zawsze może być inaczej. Może oprócz adiutanta będzie z nim jeszcze jeden ochroniarz? Może zza rogu wyjdzie patrol? Może, któryś z nas wpadnie i wyda wszystkich? Może bezpieka wpadnie na nasz trop? Może zostaniemy schwytani podczas obławy do jakiej dojdzie po wykonaniu naszego zadania ? Może oprócz widocznej ochrony nasz Cel ma też taką, której na pierwszy rzut oka nie widać?Ani na drugi?W razie czego nie rozstaję się z trucizną. Niezawodna. Wielu bojowników uratowała. Śmierć dla takich zołnierzy bez munuduru jak ja jest wybawieniem. Od męczarni śledztwa. Od hańby zdrady gorszej niż śmierć. Papiery mam mocne. Absolwent politechniki w Hunzie. Wrócił by szukać pracy w zawodzie. Na razie się rozglądam. Ma oszczędności na czas rozglądania. Pracował na odwiertach. Wszystko się zgadza. Tym bardziej, że ostatnie trzy lata naprawdę pracowałem jako górnik naftowy. Na sfałszowanych dokumentach również. Rozpracowywałem przy okazji co i jak można uszkodzić lub zniszczyć na polach naftowych w dolinie Lidorii. Czasem hmmm wykonywałem specjalne zlecenia. Narodowość w moich papierach, wtedy i teraz, też jest odpowiednia. Nie wyglądam na Kardańczyka. Mój ojciec był Kozakiem. Jestem blondynem. Noszę teraz wąsik i okulary. Prawdopodobnie mają, gdzieś moją fotografię. Mogą mieć. Jesli złapią, będa drażyć, szukać i dzwonić…. ale to mało prawdopodobne. Przy zwykłej kontroli, albo zatrzymaniu prewencyjnym raczej nic się nie stanie. W razie czego mam ze sobą moją truciznę. Zawsze. Nigdy się z nią nie rozstaje. Trucizna jest moją przyjaciółką, a pistolet przyjacielem.

Obmyslam, obmyślam. Zapalm kolejnego papierosa. Podchodzę do okna. uchylam je. Patrzę na zewnatrz. Za oknem Góry Białe są już białe nawet w niższych partiach. Znam je. Przed pietnastoma laty podczas jednego rajdu zapuściliśmy się, aż tutaj. Czasy bohaterskie. A teraz? Czy nadal jestem żołnierzem wykonując te zadania jakie wykonuje? Jestem szpiegiem i egzekutorem. Asasynem nie ułanem.

Zimna woda na świeżo ogoloną twarz. Po intensywnej porannej gimnastyce. Po kawie, papierosie i śniadaniu. Po kolejnej sesji taktycznych rozmyślań. Zimna woda orzeźwia. To lubię. Siła! Ubieram się. Turystycznie. Termos z herbatą zmieszaną z naparem z jagód baskad. Latarkę, zapałki, nóż. Ciepły strój, biwakowa płachta. Mapa, kompas. I On. Mój pistolet. Trzeba poćwiczyć strzelanie. W wąwozie rzeki Hunzy. Dziesięć mil za miastem. W takiej skalnej kotlince o dziwnej akustyce. Dzwięki tam giną. Wszelkie dzwięki. To bardzo dobre. Nie zależy mi na huku. Tym bardziej zwielokrotnionym echem. Niedaleko ukryłem naboje. Dwie paczki. ze sobą jeszcze jedną. Pozwolenie na broń mam. Sfałszowane równie doskonale jak paszport wewnętrzny i inne moje papiery. Ot chłopak jedzie sobie postrzelać i pochodzić po skałach. Trzy paczki – to jednak za dużo jak na rekreacyjne strzelanie do owoców i kamieni. Wychodzę w zimno jesieni. Przekręcam klucz.

Autobus jedzie powoli. Ludzi mało. Przyglądam się im. To moi wrogowie. A może nie wrogowie? Przecież to nie oni wymordowali moją rodzinę. Zamordował ich mój Cel. emerytowany dziś, generał wojsk rządowych. Prawie wszyscy członkowie mojej bliższej i dalszej rodziny zginęli. Został mi tylko jeden brat. Połowa legła w boju. Druga połowa zamordowana. Zmasakrowana. Ich ciała obgryzły ptaki i zwierzyna. Nawet nie mogłem ich pochować. Patrzę na pasażerów podmiejskiego autobusu. Oni są niewinni… ale przecież ten, ten i tamten… Oni na pewno służyli w czasie wojny. W armii rządowej, w policji, w wojskach wewnętrznych, w milicjach osadniczych. Czy każdy walczył honorowo? Pewnie też gwałcili, zarzynali, wieszali. Na pewno grabili i podpalali. Baby nie lepsze. Firanki, pralki, biżuteria, sukienki, futra, kanapy, samochody… Nie miały nic przeciwko. Więcej jak łupy były bogatsze to i mąż lepszy, chłopak bardziej ponętny. Nie przeszkadzało, że miesiąc wcześniej gwałcił kardańskie dzieczęta. Ważne było nowe futro. Lepsze niż te które ukradł mąż sąsiadki, narzecozny koleżanki. W mojej wiosce wymordowano osiemset dziewięćdziesiat siedem osób. Trupy walały się w przydrożnych rowach, pływały w studniach. To ich wina, że zginęła niemal cała moja rodzina. Znalazłem ciało matki. Zakłuli ją bagnetami. I braciszka z poderżniętym gardłem. I ojca. Zginął jak się wydaje w czasie rozpaczliwej walki samoobrony z przeważajacym wrogiem. Znalazłem ich wszystkich. Oprócz sióstr. Moich czterech sióstr. Piekne, młode dziewczyny. Mam nadzieję, że rzuciły się na oprawców by zginąć. Może skoczyły wtedy z urwiska w spienione nurty rzeki? Lepsze to niż wojskowy burdel, albo los branki rodzącej dzieci jednemu z tych skurwysynów. Łudze się, że szybko odebrały sobie życie. Mam taka nadzieję. Pamiętam to co działo się przed dziesięcioma laty. Ofensywę wroga i rzezie. Śni mi się to często. I śni się tragiczny odwrót. Przez góry. Zimą, z dziesiatkami tysięcy cywilów. Z bydłem, z psami, z tobołami brneli przez śniegi. I padali. Z głodu, chłodu. Ze zmęczenia i chorób. Pod lawinami. Tysiącami. Może jedna dziesiąta dotarła do La Thanu. Nie mogliśmy im pomóc. Wrogie śmigłowce spadały, ale pojawiały się kolejne i kolejne. Ich armia dotarła nawet wysoko w góry. Atakowały nas też milicje plemienia Kabarów podszczute na nas przez rząd. Sami traciliśmy ludzi. Mój starszy brat poległ w jednej z bitew. Został mi tylko jeden – Kiran. Żyje studiuje malarstwo. Artysta malujący lewą ręką. Prawą amputowano w prowizorycznym szpitalu. Podczas odwrotu. Razem zeszliśmy z gór. Do La Thanu. Tylko La Than był bezpiecznym schronieniem. Tam była humanitarna pomoc, dziennikarze, jedzenie, lekarze. Niewielu jednak tam dotarło. Moja prowincja miała być przykładem grozy dla całego Kardanostanu. I była. Po tej masakrze ogłoszono amnestię dla „rebeliantów i terrorystów”. Powstanie wygasło.

Nienawiść rośnie, ale wiem, że to złe dla Sprawy. Nienawiść może zdekonspirować. Gorący gniew. Nie, oni byli tylko ślepym narzędziem. Moja ręka zgładzi rękę, która ten miecz prowadziła. Tego, który dowodził ofensywą. Za nim szły komanda oprawców. Dowodził nimi generał bezpieki. On też zginie. Jest bardziej winny, ale nie zdejmuje to winy z mojego Celu. Zabijamy bez litości, ale nie na ślepo. Jeśli kiedyś dostanę rozkaz wysadzić autobus czy pociąg pasażerski to się nie zawacham. Wykonam rozkaz. Nie mam dla nich, aż tyle litości. Lecz wstać i strzelać do przypadkowych małych wrogów? Nie, nie mam takich poleceń. Uśmiecham się do nich. Jeśli rozkaz zabrzmi – wysadz się w autobusie też będę się uśmiechał. Zawsze, jeśli jest taka mozliwość, staram się popatrzeć w oczy i uśmiechnąć się do likwidowanych Celów. Wyciągam z plecaka przewodnik turystyczny. Trochę czytam. Muszę zająć głowę czymś innym niż myslenie o misji. Choćby na te trzy kwadransy podróży. Zanim wyjdę na przystanku położonego nad samą krawędzią kanionu. Wyjdę i zejdę tysiąć pięćset stóp w dół. Obmyję twarz w lodowatych wodach Hunzy. Tam będę myślał. Ja dowodzę komandem egzekucyjnym. Jestem odpowiedzialny za powodzenie misji. Za Wilka, Barsa, Młodego i Kruka.

Strzelam do jabłek i granatów. Tak tu na dnie jaru, wsród skał, rosną krzewy granatu. Ciepła kraina wśród surowych stepów. Dziwna kotlinka wygłusza strzały. Dodatkowo Hunza szumi mocno. Wzbiera trzy razy w roku. Wiosną od topniejących śniegów, latem od deszczów i topniejących lodowców i jesienią. Znów w wyniku ulew. Pieni się i huczy. Rozbija o porohy i bystrza. Nikt nie usłyszy intensywnej strzelaniny chyba, że przekroczy bramy tego skalnego zakamarka. W razie czego – papiery mam mocne. Bam! Bam! Bam! Owoce rozprysują się krwiście. Kim jestem? Żołnierzem bez munduru? Bam! Bam! Granaty krwawo rozpryskują. Pestkowe odłamki spadają na ziemię. Bam! Bam! Bam! A może jestem katem? Nie to nie to. Kat nie ryzykuje. Jest rzeźnikiem od zabijania ludzi. Zabija bez strachu o własne życie. Bam! Bam! Kolejne dwa rozbite. W sumie to ja też się nie boję śmierci. Czyli może jednak jestem katem? Przecież nie zabijam w boju. Przeważnie strzelam w plecy, w tył głowy. Bam! Bam! A teraz dwie gruszki. Lub zarzucam na szyję stalową linkę. Od tyłu. Czasem używam noża. Strzał w plecy, stalowa linka, nóż pod żebra. Jak bandyta. Czy jestem bandytą? Nie. Nie to. Żadnego z tych, których zabiłem nie zabiłem za nic. Nigdy nie zabiłem też z chciwości, dla sadystycznej satysfakcji. Wszyscy, których wysłałem do Hadesu byli mordercami. Czy sam stałem się mordercą zabijać morderców? Terrorysta! Zabijam dla idei. Jestem więc terrorystą. Chyba… Wypełniam rozkazy Rządu Jego Wielkoksiążęcej Mości Dżorkana II Rakoczariego. Rządu na emigracji, ale zawsze rządu. Nie jesteśmy żadną bandą. My jesteśmy wojsko kardańskie! Nie jesteśmy gangiem, sektą, bandą leśną, nielegalną organizacją, zbójami z gór. Nasz rząd uznaje wiele krajów świat. Mocarstwa.

Wystrzelałem dwa opakowania. Zostało ostatnie pudełko. Przerwa na siandanie. Jem kanapki. Popijam herbata zaprawioną jagodowym naparem. Zagryzam rozstrzelanymi granatami. Potem leżę i patrzę w jesienne niebo. Błekitne, słonecznie. Ostatnie tygodnie przed zimą. Jest miło i nawet ciepło. Zasypiam. Nikt mnie tu raczej nie znajdzie. A jeśli znajdzie to papiery mam mocne. Pozowolenie na broń jak prawdziwe. Zasypiam. Śni mi się Marina. Jest naga jak wtedy, gdy się kochaliśmy nad jeziorem. Krew plynęła jej po udach. Byliśmy bardzo młodzi. Rude włosy spływają jej na piersi. Patrzy mi w oczy. Lśni blaskiem nieziemskim. To duch. Przyszła do mnie z Zaświatów. Patrzę na jej uda. Nie widzę strużek krwi. Nie tej przelanej przeze mnie wtedy nad jeziorem. Krwi przelanej przez oprawców. Nie, ale widzę krew na jej piersiach. Na szyji szeroka rana od noża. Ulga. Nie gwałcili jej. Nie zhańbili mojej ukochanej. Patrzy mi w oczy coraz mocniej. Otwiera usta. Mówi tylko jendo słowo – ZABIJ!

Budze się znów zlany potem. Na skale za rzeką pojawia się pantera. Pojawia i zaraz znika. Piękne zwierzę. Drapieżnik doskonały. To znak od Bogów. Już wiem kim jestem. Jestem ręką Bogini Zemsty, jestem sługą Boga Piorunów, Gór i Wojny. Zabiję. Bam! Bam! Bam! Bam! Znów rozpryskują się owoce granatu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *