Jak hartowała się stal


Kot Fabryczny

Wita mnie tuż za bramą. Ogromny, żbikowaty, trochę nieufny. Fabryczny kot. Czeka codziennie na zmianę zmian. Zawsze czeka, także i na mnie. Wie, że niosę kawałek kiełbasy. Rozwijam kawałek starego „Do Rzeczy” i wyciągam pachnący kąsek. Kocisko podbiega miaucząc.

–Przyniosłeś mi kiełbasę?

-Przyniosłem, przepraszam, że wczoraj zapomniałem

–Wybaczę, tylko daj mi szybciutko!

Kładę kiełbasę na kostce, a bestia porywa ją i ucieka by pożreć w spokoju i odosobnieniu. Z nieba pada gęsta mżawka. Na ogrodzeniu siedzą w rzędzie gawrony obserwując szarobure krajobrazy. Zaczynam ostatni dzień roboczy w tym tygodniu.

Kolor słońca kapiącego się w morzu

Nie licha ta nowa robota. Kuźnia! Moją pierwszą pracą była praca u kowala. I do kuźni wróciłem. Tamta była ręczna, rzemieślnicza. Ta zautomatyzowana. A jednak obok robota jest tu miejsce dla człowieka. Cieszy mnie to, że nie muszę wpisywać cyferek do rubryk w Exelu, przerzucać papierów, programować programów, spekulować, odbierać telefonów od klientów. Nic z tych rzeczy. Wkładam kawałek naoliwionej stali na podajnik. On wpycha go do pieca. Z niego po około minucie wysuwa się ten sam kawałek stali. Ma teraz kolor słońca zachodzącego nad morzem. Jest absolutnie piękny. To uroda stali, ognia i prądu elektrycznego.

Formatka, formatka, formatka. 124, 254, 316. Syk, syk, syk. Z sykiem zanużają się w wodzie jak słonce w morskich falach. Stuk, stuk, stuk, stuk, stuk. Spadają do stalowego kosza. Co z nich dalej będzie? Zostaną połączone z trzonkami. Będą z nich łopaty do kopania w ogródku. Bo to fabryka narzędzi rolniczych. Robi się tu motyki, widły, grabie, siekiery, łopaty. Farmer George z Somersetu kupi sobie coś z naszej fabryki. Tak za parę miesięcy. Na przykład siekierkę. Bo tania dość, a zrobiona solidnie. Made in Poland. Made in Carpathian Mountains. Szarosrebrne tafle stali zmieniają się w magiczne lustro z baśni. Widzę jak farmer George zaciosuje osikowe paliki na podwórzu swej farmy. Spadają na ziemię wióry. Kolejne gotowe paliki odkłada na stosik. Paliki przydadzą się do nowego ogrodzenia dla owiec. Siekiera z mojej fabryki jest lekka, ostra, nie szerbi się. Hodowca owiec jest zadowolony z zakupu. Biega kolo niego pies i merda ogonem. Na dachu stodoły wygrzewa się w ostatnich promieniach czarno-biały kocur. Widzę letni wieczór na angielskiej prowincji. George podnosi głowę, wstaje, prostuje stare kości. Odwraca się i patrzy w północną stronę. Patrzy na pastwiska, kępy drzew i pola kukurydzy porozdzielane hejdżami. Krajobraz łagodnie spływa w dół. Na niwach pasą się białe stada owiec, na niebie dumnie kraży jastrząb. Łagodny spływ ziemi kończy się granitowym lądospadem. Ogromnym klifem jakich wiele w Exmoorze. A dalej już ogromna wodna przestrzeń. Słońce zanuża się w falach Morza Celtyckiego. Ma kolor rozgrzanej do czerwoności formatki. Pomarańczowo-czerwony.

Królewna i Krasnolud

Za mną i przede mną gietarki, spawarki, piece. I koledzy z brygady. Imiona typowo polskie, nazwiska typowo lokalne. Panowie i jedna pani w mojej brygadzie – wesoła Magda. Polski ploretariat, podkarpacki lud. Stukają, spawają, zginają, układają. Idzie robota jak w socrealistycznym produkcyjniaku. Patrzę w maszynę. W wąską, rozgrzaną elektrycznym łukiem do prawie tysiąca stopni, szparkę wchodzi, a potem wychodzi długi, twardy przedmiot. Patrzę w dal, a na horyzoncie uwijaja się młoda, zgrabna blondynka o pięknej buźce. Blondwłosy jak z baśni. Spadają złotym włosospadem, aż na kształtny tyłek i szerokie biodra. Razem z kolegą ostukują stal młotkami. Jej towarzysz raczej niski. Za to siłacz nie lada. Krępy, silny, typ kowala. A więc Królewna i Krasnolud. Tylko, że Krasnolud bez brody. Kto jednak powiedział, że Krasnoludy nie mogą się ogolić? W tej baśni najwidoczniej mogą.

Rozważanie przy wielkiej turbinie

Zawożę kolejną partię formatek do wielkiej machiny. Ustawiam turbinę na odpowiedni rząd obrótów. Machina huczy, aż miło. Myślę o regularnej wypłacie. Regularna gotówka to brzmi miło. Nie są to co prawda funty, ale też nie mieszkam teraz w budzie na kółkach, nie szarpią mną wichry od oceanu, nie moczą hevirejny. Stabilność, składki emerytalne, praca pod dachem. Ile dostanę to tajemne, ale Prezes płaci nieźle. Na imię mu Janusz, ale to nie jest stereotypowy Janusz Polskiego Biznesu. Choć i takich stereotypowych Januszy spotykałem na swojej krętej drodze zawodowej antykariery. Oczywiście można marzyć o „pinciu tysioncach na rynkę”. Można, ale istnieje coś takiego jak realia rynkowe. I choćby dyrektorzy, prezesi, szefowie byli 100% altruistami. Choćby i mieszkali w starej chałupie i jeździli golfem III w holednerskim gazie byle dać pracownikom maksimum maksima, to realiów nie przeskoczą. Ja jestem trochę socyalistą, ale nie jestem roszczeniowcem. Na razie umiem obsłużyć jedną machinę. Obsługuję ją najlepiej jak potrafię, ale to początek. Roszczeniowiec chciałby od razu zarabiać tyle co stary brygadzista i jeszcze „tak robić żeby zarobić a się nie narobic”. Szkodliwe to podejście, równie szkodliwe jak każde inne pokrętne, leniwe, egoistyczne podejście do życia. Turbina kończy pracę, z hukiem otwierają się wrota. Wracam do swej kuźni. Odkładam do skrzyń to co ma iść do dalszej obróbki. Rozgrzewam piec ognisty, nastawiam nastawy, sprawdzam parametry. Batereja! Agoń! 409, 516, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk. Przerwa!

Ku fajrantowi

Bułka zjedzona, herbata wypita. Czas na papierosa. Pan Heniek opowiada jak na przepustce z Ludowego Wojska był i jak wracał z Rzeszowa do Krosna. Na piechotę, w mróz i zawieję. Ja opowiadam o brytyjskim Sołtłeście. O klifach, hipisach, rusałkach z Glaston, koniach na wrzosowiskach, żaglowcach i zamczyskach. Jestem Sindbadem Żeglarzem tej przerwy. Potem gadamy o wypadkach i zdarzeniach o, których wyczytaliśmy na lokalnych portalach. W Dukli dachowała BMW-ica, ale kierowcy nic się nie stało. Głupi ma szczęście jak wiadomo. Pod Komańczą niedźwiedź upił się sfrementowanym jabłkami, a potem splądrował ule. W Rumpuńczy nastolatka popełniła samobójstwo, zawód miłosny. Szkoda dziewczyny, tyle życia miała przed sobą. Śnieżyce zapowiadają w internecie. Zima idzie, jaka będzie? Taka jak dawniej czy znów deszczowa, ciepła, bezśnieżna? I na takich rozmowach łapie nas koniec przerwy.

Gaszenie niedopałków w popielnicy. Stukot podkutych butów. Burczenie automatu do kawy. Ostatnia prosta do fajrantu. 728, 833, 900. Wymeldowanie ze stanowiska. Wygaszenie pieca. Zamknięcie zaworów. Fajrant. Jest za dziesięć dwudziesta druga. To też miło, zmiana kończy się w szatni nie przy maszynie. Mała sprawa, ale z małych spraw tworzy się coś większego. Te głupie dwanaście minut daje poczucie, że nie jestem gadającym dodatkiem do machiny tylko pracownikiem. Niby nic, a bardzo dużo. Cenię takie małe gesty.

Śnieżyca

Koniec, przechodzimy przez bramę. Weekend się rozpoczął. Z nieba lecą grube płaty śniegu. Zima, biel – kolor niewinności. Kota nie ma, pewnie śpi na zapiecku. Znikam w ciemności i śnieżycy opatulony jak żołnierz Wielkiej Armii nad Berezyną. Droga do domu jest polna, pod butami chrzęści świerzy śnieg i lód kałuż. Latarka oświetla drogę przez tą ciemną, listopadową noc, przez gołe jesienne pola. Skręcam w lewo. W las, gdzie o tej porze roku mogę spotkać się z wilkami. Jak w baśni. Za lasem jest mostek na rzeczce, opłotki, kocie szlaki, dwie sosny, świerk i w końcu są drzwi chaty. Psy szczekają, ja otrzepuje kurtkę ze śniegu, stukam butami o schody. Otwieram drzwi.

Rola wódki w profilaktyce antycovidowej

– Piwko i telewizor! A mógłbyś zająć się czymś bardziej konstruktywnym.

Zakradła się od tyłu, cicho jak rysica.

-A pewnie, że piwko, „Nocny Gość”, chyba stout, a mam jeszcze „Zakarpackie”. Piątek jest. Jutro sobota. Ile mozna pić kaw, róży i herbat. W piątek wieczór robotnik pije piwo i ogląda telewizor. O patrz dokument o Maradonie.

– Przecież nie interesujesz się piłką

-Jak to nie? Kaaaaaarpaty Krosnoooo!!!! RTS RTS RTS Krulem jest!!!! Widzeeeew Łódźźźźź! – Pokrzykuję Tak mnie nauczyli koledzy w 1997 czy 1996 roku – a po za tym – teraz mówię już cicho – Diego Maradona to postać ciekawa sama w sobie. Równie dobrze mógłby być gwiazdą rocka. Wódki bym się napił. Piksel zaprasza na imieniny do siebie do Stalowej Woli.

–To daleko. Ile to paliwa spalisz?

-Ile tam, sto dwadzieścia kilometrów. Paliwo teraz tanie. To samo województwo, daleko nie jest. A Piksel to przecież mistrz muzyczny i mistrz hutniczy. Fajny chłop. Człowiek renesansu. Miło się z takim napić.

–Jest pandemia, chcesz przywieść covida? Przecież znasz osobiście ludzi, którzy zmarli.

-A mi tam chuja covid zrobi, a jak zrobi taka wola Allaha.

–Babcie swoją zarazisz

-A ilu nas tam będzie? Paru chłopaków.

–Ale z różnych miast.

-Nie widziałem Piksela od sierpnia, innych dużo dłużej. Trzeba się napić wódy. Jakąś radość mieć w tym podłym roku dwudziestym. A wódka to po za tym dezynfekcja wewnętrzna i zwiększenie odporności. Skoro przed radiacją chroni w pewnym stopniu to i przed wuhanką też musi.

–A jak ile w Kijowie nie byłam !!!??? Jedź se gdzie chcesz pij i litr tylko po covidzie.

-A żebyś wiedziała, że jak się covid skończy to tyle wypije. Idę zapalić!!!

I staję na progu ganku, wyciągam ostatniego papierosa z papierośnicy -prezentu od Pogórzanina z Babicy. Błyska ogień zapalniczki.

– Ach ile ciężkich rzeczy na wszystkich pospadało w tym roku 2020. Są jednak i pozytywy. A negatywy niech będą jak ten piec hartowniczy i zimna woda – powiedziałem sam do siebie – a jutro może w Bieszczady? Nie, za krótki dzień, może Piotruś? Błoto i śnieg. Wołtuszowa o! – kontynuowałem już po cichu dialog z samym sobą. ognik papierosa coraz bardziej przybliżał się do filtra. W końcu akt spalania papierosa zakończył się. Jedna z ostatnich czynności przed snem. Tak kończył się ów dzień, piątek 27 listopada roku 2020.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *