Takiej zimy…
Takiej to zimy bym chciał jak dawniej bywało. Poczynanej listopadowym szronem i barbórkową szarugą. Zimy z masami anielskich piór spadających z grudniowego nieba, gdzieś w połowie Adwentu. Rozgwieżdżonego i roziskrzonego mrozem wieczoru wigilijnego. Takie zimy bym chciał by noworoczna mgła i mróz wyczarowały srebrny świat. Poprzetykany czerwienią wschodzącego i zachodzącego słońca. Zimy z gwałtowną wichurą od węgierskiej Puszty spadającą z gór tuż po Trzech Królach.
Wiosny styczniowej takiej jak teraz, ale chwilowej, niestałej. Takiej, która kończy się wspaniałym powrotem Pani Zimy. Z wichrem północnym tańczącym z śnieżycą. Tak w drugiej połowie stycznia tego białego balu bym chciał. Takiej zimy bym chciał ze śnieżną pierwszą połówką lutego. Z powiewem Syberii w jego połowie. Z słoneczno-mglistym, łagodnym powrotem wiosny w jego końcówce. Zimy nie za dlugiej, ale zimy-zimy, a nie tej nijakiej jesienio-wiosny. Smutna ta jesienio-wiosna, bo po niej wiosna nie jest wiosną do końca. Lecz cóż zrobić? Trzeba czekać na śnieg. Może jednak spadnie.