Imperia i ludzie – wilczym tropem
Dawno, dawno temu, gdy byłem jeszcze młody spotkałem na swojej akademickiej drodze profesora Motykę. Wspominam go jako prawdopodobnie najlepszego z moich uniwersyteckich nauczycieli. Na jego wykładach zrozumiałem różnice między „faktami” a „interpretacjami faktów”. Fakty to prawda jakby naga. To „wtedy a wtedy wydarzyło się to, to i to”. Interpretacje zaś to „dlaczego się to wydarzylo- NASZYM zdaniem dlatego”. Interpretacje to „to my mieliśmy rację BO…”. Warto być świadomym tej różnicy, gdy czyta się tekst na tematy historyczne czy polityczne. Taki jak ten poniżej.
„Fenomen”
Lubimy czuć się wyjątkowi. Jeśli chodzi o II wojnę światową często powtarza się u nas mity o „najpotężniejszym ruchu oporu” czy „kilkunastu tysiącach Niemców zabitych w walkach w Warszawie”. Zapewne wielu szczerych patriotów wyobraża sobie, że polska partyzantka antykomunistyczna była jakimś fenomenem. Nie była. Antykomunistyczni „leśni” walczyli z siłami rządowymi w niemal całej wschodniej Europie. W Jugosławii opór stawiali zarówno eks-ustasze jak i czetnicy. Tito, wówczas jeszcze wierny uczeń Stalina, stłumił kontrrewolucję dość szybko, ale i bardzo krwawo. „Reakcyjni” bojownicy wojowali w górach Albanii. W rumuńskich Karpatach ukrywały się (o ile dobrze pamiętam ich nieformalna nazwę) „Czarne Płaszcze” . Na Północnym Kaukazie walczyły zbrojne grupy czeczeńskie i (sic!) banderowskie. W białoruskich puszczach swe kryjówki mieli chłopcy spod znaku „Zielonego Dębu”. Na Litwie, Łotwie i w Estonii zaciekłe boje z NKWD toczyli „Leśni Bracia”. Tamtejszy antykomunistyczny ruch oporu był szczególnie silny i długotrwały. Zachodnia część Ukrainy była zaś ostoją fanatycznej Ukraińskiej Powstańczej Armii. Partyzantka ta zadała Sowietom chyba największe straty. Ostatni banderowski „leśny” wyszedł z karpackiego lasu już po upadku ZSRR. Była jeszcze i wojna domowa w Grecji. Tam było na odwrót – to czerwoni partyzanci przegrali z wspieranymi przez USA wojskami rządowymi. Podobna walka w górach trwała na drugim krańcu kontynentu. Byli żołnierze Republiki Hiszpańskiej i często eks-partyzanci francuscy szarpali wojska i siły policyjne podległe generałowi Franko. Jak widać wojna w Europie nie zakończyła się w maju 1945 nie tylko w Polsce.
Nie odbiera to oczywiście splendoru i sławy naszym partyzantom. Opór zbrojny wobec bolszewickiego totalitaryzmu był w Polsce Ludowej wyjątkowo silny. W latach 1944-46 bojownicy kontrolowali niemały obszar kraju i staczali spore bitwy z siłami rządowymi i wojskami NKWD. Gdyby polskie podziemie nie wykrwawiło się w czasie „Burzy” i walk w Warszawie to prawdopodobnie byłby ten zbrojny sprzeciw jeszcze silniejszym i dłuższym. Warto też wspomnieć, że polskie oddziały antykomunistyczne walczyły także na terenie dzisiejszej Litwy i Białorusi. Tam też, już w 1943 wybuchła wojna między AK a sowiecką partyzantką. Jeśli więc mielibyśmy zamknąć wojnę „Wyklętych” w jakichś symbolicznych ramach to stanowiły by je daty 1943 i 1963.
Organizacje, komendanci, żołnierze
Często wrzuca się antykomunistycznych partyzantów do jednego worka z podpisem „Żołnierze Wyklęci”. Według jednej z interpretacji w tym worze siedzą sami „bandyci przeklęci”. Według innej „niezłomni bohaterowie”. Obie są zupełnie fałszywymi. Przede wszystkim zbrojnych antyrządowych ugrupowań było wiele. Niektóre liczyły dziesiątki tysięcy zaprzysiężonych członków. Inne były niewielkimi grupkami eks-akowców czy opozycyjnie nastawionych uczniów szkół średnich. Różne też były ich profile ideowe. Wolność i Niezawisłość walczyła za Polskę Ludową lecz niekomunistyczną. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe zaś za Polskę Narodowo-Katolicką. Boje toczyły te dwie największe podziemne armie za Rzeczpospolita, ale przecież nie do końca za tą samą.
Jako, że była to wojna podjazdowa, do tego nie kierowana przez jedną centralę, poszczególni komendanci polowi byli często jakby mini-hetmanami. Bardzo wiele zależało od ich indywidualnych predyspozycji, umiejętności, w końcu charakteru i osobowości. Różni to byli ludzie. Jedni mieli fachowe wykształcenie wojskowe inni byli, rzec można, samoukami. Byli tacy, którzy skutecznie prowadzili wojnę zgodnie z staroświeckimi zasadami rycerskości. Jak i tacy, którzy od wojny zdziczeli i zatracili człowieczeństwo. Tu otwiera się oczywiście pole dla polemik i interpretacji. Sądzę, że jeśli „Burego” uznać za zbrodniarza to należy też za takowego uznać generała Ulissesa Granta. Wszak wypalanie wrogich miejscowości do gołej ziemi było zwyczajną taktyką podczas wojny secesyjnej. Z kolei nadsański „Wołyniak” to bez wątpienia krwawy mściciel i ekstremista. Choć jednocześnie wybitny spec od wojny szarpanej. Również szeregowi bojownicy nie byli monolitem. Część walczyła bo wierzyła w upragnioną wojnę Zachodu z Sowietami. Innych wygnały do lasu represje. Woleli walczyć niż dawać się bezkarnie bić, więzić, wywozić na Sybir. Jeszcze inni byli dezerterami z komunistycznych struktur siłowych lub na odwrót partyzantami, którzy zaczęli pracować dla UB. W końcu siedzieli w lesie i tacy co już innego życia niż leśne i wojenne nie znali. Niuansów jest wiele. Pole dla sporów szerokie.

Powstanie, opór czy wojna domowa?
Różnymi terminami opisuje się ten zbrojny konflikt. Jedni mówią o „powstaniu”. Wpisując go w tradycję narodowych zrywów przeciwko zaborcom. Zgadzam się z tym spojrzeniem. Widzę wiele podobieństw tych walk z bojami konfederatów barskich czy powstańców styczniowych. Inni historycy i publicyści mówią raczej o ruchu oporu, zbrojnej samoobronie. Argumentują, że nie było żadnego centralnego dowództwa. To nie tyle rebelianci chcieli obalić rząd co rząd terrorem zapędzał ludzi w szeregi buntowników. Jak dla mnie nie jest to słuszna opinia. Szukając historycznych analogii porównał bym to powstanie do tego co działo się w Afganistanie w 1979 roku. Tam też był komunistyczny reżim i oddolny, spontaniczny opór. Rebelia wybuchła w wielu miejscach. Formacje powstańcze miały różne wizje przyszłości kraju, a łączył je islam i antykomunizm.
Istnieje też interpretacja pt. „wojna domowa”. Nie uznaje ją ani za całkiem prawdziwa ani za zupełnie błędną. Niewątpliwie władza PKWN była oparta o sowieckie bagnety. Gdyby jakiś dobry czarodziej zamienił Stalina w małpę to komunizm w Polsce skończył by się w góra miesiąc. Z drugiej strony w mundurach LWP, KBW, UB, MO czy ORMO służyli ludzie mówiący po polsku. Polak strzelał do Polaka. Nie wszyscy też komuniści byli wyprani z polskiej tożsamości. Ot postać z samej góry, mój krajan, Gomułka. Bez wątpienia ideowy bolszewik, ale też i Polak który potrafił awanturować się z samym Bossem Numer Jeden. Pojmijcie jaki gość miał charakter – umiał pyskować Stalinowi. W imię czego? W imię tego, by „nową wiarę” dostosować do lokalnych warunków. Tak, w pewnym sensie była to wojna domowa. Lecz nie taka jak np. hiszpańska. Tam aktorzy zagraniczni nie grali pierwszych ról przynajmniej w początkowej fazie wojny.
Między Półwyspem Krymskim a Koreańskim
Tłem sytuacyjnym w większości z tych „małych wojen po wielkiej wojnie” była nadzieja na starcie Anglosasów z ZSRR. Choć w Jałcie uznali oni, że Stalin jest panem Wschodniej i Środkowej Europy to jednak bardzo szybko widać było, że szykuje się kolejna wielka konfrontacja. Na nią liczyli antybolszewiccy powstańcy w Europie Wschodniej. Czy były to tylko złudzenia? Może i tak, ale… W czerwcu 1950 roku wybuchła wojna w Korei. Na polach jej bitew bezpośrednio żołnierze z USA i ich sojusznicy ścierali się z „chińskimi ochotnikami”. Na niebie zaś dochodziło do nieustannych bojów lotniczych między pilotami amerykańskimi i sowieckimi. III wojna światowa wcale nie była tak odległa…
Ja patrzę tak
Mi ten mit o „Wilkach” jest osobiście bliski od czasów dzieciństwa. Choć zdaję sobie sprawę, że to właśnie mit, legenda. Wydaje mi się też, że mój eks-pracodawca zbytnio zajmuje się mitologizacją tej części naszej historii. Co gorsza skutkuje to coraz większym znużeniem społeczeństwa tym tematem. Szczególnie młodzieży, która z natury nie znosi sztampy i hipokryzji. Jak się widzi rzezimieszków ubranych w „partyzanckie bluzy” to i partyzanci zaczynają kojarzyć się z dresiarzami. Gdy widzi się, że polityk co chwilę mówiący o Ojczyźnie bierze w łapę ile zmieści to i Ojczyzna kojarzy się z łapownikami. Lecz to znów moja opinia, indywidualne spojrzenie. Nie jest obiektywne bo obiektywnym być nie może. Obiektywny jest tylko Bóg na Niebie.
P. S.
Apropo tematu, niedawno zasłyszałem historię o obozie filtracyjnym umiejscowionym w Łękach Strzyżowskich. Czasem zupełnie przypadkiem można dowiedzieć się o czymś czego „nie ma w googlu”.
P. S. 2
Ostatnio ludzi (tych co interesują się wydarzeniami na świecie) bardzo zajmuje liczenie rosyjskich batalionów czy dyskusje nad parametrami broni przekazanej Ukrainie przez kraje NATO. Ja bym zaczął rozmyślania o ewentualnej WIELKIEJ WOJNIE od czego innego. Zadania sobie pytania czy przeciętny Iwan Iwanowicz ma ochotę wysłać syna na rekonkwistę Ukrainy… To, że dla Iwana Iwanowicza Kijów to „Matka Grodów Ruskich” to jedno. Wojna o jego odzyskanie to jednak coś innego. Rosja i Ukraina to nie Armenia i Azerbejdżan. Tu zapału wojennego wśród obu społeczeństw chyba jednak nie ma.