W stalowym huraganie
Ot i siódmy tydzień trwa wielka bitwa o Łuk Donbasu. Miało być jak pod Kurskiem w 43, a wyszło coś w rodzaju Verdun. Bitwa artylerzystów i „książąt piechoty”. Bitwa jaką wojskowi zwą „materiałową”, a po ludzku zwie się „kto więcej wytrzyma”. Jakże to wszystko inne niż w te przedwiosenne dni kiedy ważyły się losy i Ukrainy i całej Europy Wschodniej, a może i świata. Wtedy bałem się konkretnych rzeczy. Zderzenia czołowego, spotkania rosyjskich czołówek pancernych, tego czy rura wydechowa wytrzyma i tego kto będzie kontrolował podkijowskie lotniska. Tego czy nad głową nie pojawią się latające Aligatory i tego, że załoga któregoś z kolei blok-postu będzie szybciej strzelać niż myśleć. To był twórczy strach. Teraz leżę w hamaku, niczym pewna poetesa podczas smutnych wakacji w Bangkoku. I zapewne jestem w nieco podobnym stanie duszy. Hamak i lęk, a nie bagnet na broni.
Czego się boję w tym hamaku? Ot choćby tego, że wojna skończy się pyrrusowym remisem. Ukraina…nie przegra. Nie przegra w tym sensie, że „Święty Kijów” pozostanie w ręku legalnego ukraińskiego rządu. Wielka Moskiewska Rekonkwista się nie powiodła. Lecz przecież może tej wojny nie wygrać. Co to za wygrana jeśli nie odbiją choć Chersonia? Co to za wygrana jeśli ruiny Mariupola zostaną w ręku orków? 100-200 dziennie. Dzień w dzień tylu poległych. Przemnóżcie przez 310 dni. To tylko oficjalne, „prezydenckie” dane. Być może trzeba to pomnożyć przez dwa. Dodajcie cywilne ofiary bomb, min, rakiet, głodu, zimna, braku leków. I jeszcze wszystkich tych co polegli od stycznia 2014. Straszliwa jest cena Wolności! Boję się sąsiada – kraju ruin, grobów, pól minowych i stoisk z granatnikami na bazarach. Boję się takiej wygranej. Legendy o Wyspie Węży, Cyborgach z Donieckiego Areoportu, obrońcach Irpienia, Izjumu i Azovstalu, czołgistach spod Czernihowa i Duchu Kijowa nie starczą. Nie zastąpią inwestorów, rynków zbytu, normalności.
Lękiem napawa mnie też kolejna z wizji. Obraz Federacji Rosyjskiej za 15 lat. Kraju o wiele biedniejszego, o wiele bardziej azjatyckiego, a wcale nie gorzej uzbrojonego. Może nawet lepiej bo rządzonego przez wojskowych a nie złodziei z FSB. Zarazem wasala Chin jak i eks-imperium, które chce wrócić do europejskiej gry. Eks-imperium pałającego ogniem resentymentu. Drżę na myśl o „dawaniu Rosji wyjść z twarzą”, o kierunku w jakim pójdą Chiny i „Kolektywny Zachód”.
Co będzie? Nie wiem. W ogóle nie mam pojęcia. Może susze jakich najstarsi nie pamiętają. Może czasy, że ludzie będą przeklinać brak śniegu i walczyć na kije o kawałek chleba? Może zima stulecia i klęska braku węgla? Może i anarchia i ekstremizmy i dżihad i wojny? Co będzie to i będzie, a teraz jest noc. Do świtu ani blisko ani też daleko.
P. S.

Całkiem udana choć ewidentnie, momentami, „szybko pisana”.
P. S. 2
Jak wam się dzieci nie chcą uczyć to powiedzcie im , że znam takiego Saszkę co w frontowych ziemiankach przy naftowej lampie powtarza materiał z podręcznika polskiej gramatyki. Niech biorą przykład.