Trzy razy zielone
Portland, jesień 2020
Tłum zawył z dzikiej radości, gdy spiżowa statua runęła na bruk. Rewolucja! To już kolejny amerykański prezydent uwieczniony na pomniku, który w tę zimną jesienna noc walał się na poziomie portlandzkiej ulicy. Bojcy Antify i BML-u pluli Teodorowi Rooseveltowi w twarz. Kopali jego spiżową głowę, oddawali nań swój mocz. Tłum zawył ponownie. „Jebać policję! Jebać Amerykę!” Przez resztę nocy wesoło się bawiono w rytmach elektronicznej muzyki, a sprzymierzone z rewolucjonistami gangusy, zbrojne w „gany” i maczety, dokonywały tzw. rewolucyjnej redystrybucji dóbr. Socjalnych transferów oświetlanych łunami płonących sklepów i „biznesów”. Portland zostało „wyzwolone” z „opresji” jaką zdaniem rebeliantów stanowiło ich własne państwo.
Czy tak to dokładnie wyglądało? Nie, to moje wyobrażenie, ale oparte o liczne relacje z ogarniętej „rozruchami roku 2020” Ameryki. Rozruchy, które trwały miesiącami, a których siłą napędową był sojusz skrajnej lewicy, bojówek czarnych rasistów i bandyterki żadnej łupów. Jednocześnie amerykańskie uniwersytety i instytucje zaczęły być „przebudowywane” poprzez hunwejbinów spod znaku wokizmu, cancel culture i qeeryzmu. Akcja rodzi oczywiście reakcję. Również po prawej stronie tendencję wzrostową miały wszelkie ekstremizmy. Szczytem ich rozbuchania był „ludowy szturm” na Kapitol ze stycznia 2021 roku.
Myślenie anglosaskie, myślenie moskvicińskie
Anglosasi to pragmatycy. Amerykańscy generałowie obserwowali te wszystkie wydarzenia i myśleli zapewne: „niech się motłoch wyszumi”. Pamiętali , że za prezydentur El Bi Dżeja i Nixona było podobnie. Przez USA przetaczały się rozruchy, manifestacje, zamachy (nawiasem mówiąc po części inspirowane przez KGB) i inne ekscesy. Kraj się jednak nie rozpadł. „Lepiej więc porzeczekać niż użyć hard power dla zrobienia porządku”. Rosjanie myślą inaczej. Rozkochani są w symbolice. W orderach, pomnikach, proporcach i defiladach. Tak zwana „przemoc symboliczna” nie różni się wiele w ich oczach od przemocy sensu stricte. Przymykanie na nią oczu oznacza dla nich zhańbienie. Tym samym jego totalna słabość. Gdy zobaczyli, że można bezkarnie obalać pomniki największych amerykańskich bohaterów pomyśleli – teraz albo nigdy! Gdy zobaczyli, że jakiś majdanowiec ubrany w strój indiańskiego szamana włazi na mównicę w amerykańskim parlamencie powiedzieli sobie – Ameryki już nie ma.
Kabul, lato 2021
Gdy w lutym 1989 roku ostatni żołnierze sowieckiej 40 Armii przekraczali graniczny most grała im wojskowa orkiestra. Powiewały sztandary, stukały stakańczyki z „frontowym 100 gram”. Dowódca armii generał Gromow przejechał most jako ostatni. Związek Radziecki wycofywał się z Afganistanu „w pełnym porządku” i „z honorem”. Reżim (właściwie już bardziej post niż komunistyczny) przetrwał do kwietnia 1992 roku. Czyli kilka miesięcy dłużej niż Związek Radziecki. Sowieci stracili do 40 tysięcy zabitych, setki śmigłowców i samolotów, tysiące pojazdów. Przegrali owszem, lecz przegrali walcząc nie tylko z bitnymi góralami w bardzo trudnym terenie, ale i z szeregiem wspierających ich mocarstw. Pośrednio bowiem była to walka z USA, Wielką Brytanią, większością państw arabskich z ich petrodolarami, Chinami Ludowymi, a nawet z Iranem.
Jakże inna była ewakuacja Amerykanów z tego kraju 32 lata później. Proamerykański system polityczny i ich lokalne sojusznicze struktury siłowe rozsypały się jeszcze zanim nastąpił odwrót Jankesów. Ostatni dowódca amerykańskiego kontyngentu nocą wskakiwał na pokład ostatniego samolotu. Było jak w Sajgonie w 1975 roku. Z tą różnicą, że Wietnam Północny otrzymywał ogromne wsparcie militarne i ekonomiczne od Układu Warszawskiego i Chin Ludowych. Talibowie zaś walczyli głównie „za własne pieniądze”. Talibowie byli partyzantami a nie regularną armia stosującą nieregularną taktykę.
Słabość rozzuchwala
To nie była pierwsza porażka USA w ostatnich latach. zresztą Nie umieli obalić Asada choć przecież sami pomagali „rozkręcić” Arabską Wiosnę. Pozwolili by Rosja i Iran uratowały krwawy reżim. Moskwa ponownie stała się jednym z głównych rozgrywających w regionie. Amerykańskie supermocarstwo nie było też w stanie szybko zdusić ekspansji terrorystycznego imperium ISIS. Powstrzymać aneksji Krymu i stworzeniu tzw. Ługandonu. Na Kremlu uważnie to wszystko obserwowano. Chan moskiewski nabrał przekonania, że mając „starszego brata” w Pekinie oraz nieformalnych przyjaciół w Berlinie i innych europejskich stolicach będzie mógł przeprowadzić swój blitzkrieg.

Podlasie, jesień 2021
Zeszłoroczny kryzys migracyjny na granicy Polski, Litwy i Łotwy z Białorusią budzi ogromne kontrowersje. W mojej ocenie była to raczej „podprogowa” agresja reżimu Łukaszenki i Federacji Rosyjskiej niż zwykły masowy napływ migrantów. Z kryzysem migracyjnym mieliśmy do czynienia na przedwiośniu 2022 roku. Wtedy grzecznie, przez przejścia graniczne , napłynęły m.in do Polski miliony ukraińskich kobiet, dzieci i starców. Rok temu mieliśmy do czynienia raczej z „migracyjna operacją specjalną”. Oczywiście znaczna część nielegalnych imigrantów była ofiarami Putina i Łukaszenki. Tak jak dziś ofiarami jest znaczna część żołnierzy zmobilizowanych do ługańskich i donieckich „milicji ludowych”. Nie mniej są jednocześnie żołnierzami Putina. Tak jak ci wszyscy nieszczęśnicy krzyczący rok temu „Dżermany! Dżermany!” byli jego dywersantami. Czy moja „wojenną” interpretacja tych wypadków jest słuszna?To odpowiem tak: Rząd Jej Królewskiej Mości Elżbiety II Windsor i rząd Republiki Estonii identycznie odczytał tamta sytuację wysyłając w listopadzie zeszłego roku jednostki saperów, który miały za zadanie pomóc Polakom, Litwinom i Łotyszom w budowie trwałych zapór granicznych. Ten sam sojuszniczy blok Wielka Brytania – Rzeczpospolita Polska – Kraje Bałtyckie udzielił Ukrainie wsparcia militarno-politycznego w kluczowych tygodniach tuż przed 24 lutym 2022. Przypadek? Ja w wielką wojnę ukraińska nie wierzyłem nawet wieczór 23 lutego br. Jej Królewska Mość wiedziała , że wybuchnie już jesienią zeszłego roku…
Ostatnia prosta przed uderzeniem
Mieliśmy więc jakby qasi-wojnę. Nasuwają się dwa pytania. Po pierwsze – po co to było Rosjanom i reżimowi Łukaszenki? Pierwsze co większości ludzi przychodzi do głowy to zemsta za wspieranie rewolucji na Białorusi. Zapewne to też prawda. Władymir Putin to wyjątkowo mściwa bestia. Jednak dużo ważniejszy wydaje się inny powód. Którędy może biec najkrótsza i najbardziej przepustowa droga zachodniej pomocy dla Ukrainy w razie inwazji rosyjskiej? To już wiecie. Przez Polskę. „Migracyjna Specoperacja” była więc swoistym testem. Sprawdzeniem jak zachowa się nasz rząd, opozycja, społeczeństwo i kraje sojusznicze. I tu pojawia się pytanie nr 2. Jak wypadł ten egzamin?
Rząd Morawieckiego zareagował szybko i sprawnie. Już w sierpniu saperzy zaczęli budowę prowizorycznych zasieków. Rozpoczęto mobilizację policji oraz żołnierzy WOT jak i Wojsk Lądowych dla wsparcia Straży Granicznej. Na pograniczu wprowadzono stan wyjątkowy. Zamknięto ten teren dla osób postronnych w tym dziennikarzy, tzw. aktywistów czy „ochotników” chcących patrolować granicę na własną rękę. Podjęto decyzję o budowie trwałej zapory granicznej. Jedyne do czego bym się przyczepił to stosowanie tzw. push-backow. Czyli siłowego wypychania migrantów z powrotem na stronę białoruską. Czasem po kilkanaście razy. Faktycznie była to metoda brutalna. Szczególnie w sezonie jesienno-zimowym. Czy była dla niej jakaś alternatywa? Była – pochwyconych należało umieścić w obozach internowania. To nie były pokojowo nastawione Oksany tylko ( w dużej mierze jeśli nie większości) młodzi, silni Abdulowie. Ludzie chcący przedrzeć się do legendarnego Eldorado zwanego „Dżermany”. Polska zaś jest częścią systemu szengeńskiego. Nie mogliśmy puścić ich , że tak powiem, „samopas”. Trzeba było ich najpierw zatrzymać i, jakkolwiek to brzmi, dokonać filtracji. Zbadać któremu Abdulowi przysługuje azyl, a którego należy odesłać do domu. Należało też sprawdzić czy Abdul nie ma związków z organizacjami terrorystycznymi typu ISIS, Al-Kaida, GRU, FSB oraz strukturami kryminalnymi. Organizacja takiego systemu wymagała błyskawicznego „zorganizowania” tysięcy nowych funkcjonariuszy i cywilnych pracowników. Strażników, śledczych, tłumaczy, kucharzy halal, kierowców etc. Wszystko to dosłownie w przeddzień rosyjskiego uderzenia na Ukrainę. Patrząc z tej perspektywy push-backi wydają się smutną koniecznością. Pisze „wydaje się” bo nie jestem specjalistą od bezpieczeństwa państwowego. To tak tylko okiem obywatela widzę. Zapewne jednak decyzja o przyjęciu takiej a nie innej taktyki nie wynikała z widzimisię Matowego, Jarka i Andrzejka. Nie kierowano się rasizmem, szowinizmem czy sadyzmem. Podjęta została po konsultacjach. Zarówno z generałami z wojska i MSW jak i Waszyngtonem, Londynem, Paryżem i Berlinem. Tak myślę, dowodów nie przedstawię. To tylko domysł.
Rząd zachował się w zasadzie prawidłowo. Jak więc zachowała się opozycja? Zacznijmy od tego jak powinna się zachować. Wszyscy posłowie i posłaniczynie, od lewa do prawa, powinni/e złożyć deklarację o wsparciu dla rządu w walce z hybrydową agresją. Jednocześnie jednak twardo i konsekwentnie zadawać pytania. Czy rząd robi wszystko by operacja blokująca i budowana zapora była jak najmniej uciążliwa dla lokalnych mieszkańców i przyrody ? Czy władze nie robią różnych wałków finansowych? Czy przetargi są transparentne? Czy żołnierze i funkcjonariusze są odpowiednio wyposażeni, mają co jeść i gdzie spać? Czy używane podczas operacji środki przymusu bezpośredniego są adekwatne do zagrożeń i problemów? Ja czegoś takiego za bardzo nie widziałem. Raczej lewicowo-liberalną narrację o „dwóch reżimach i biednych uchodźcach” oraz „bezpiecznej granicy, takiej na której nikt nie ginie”. Czasem zdawało się, że politycy i politykinie większej części opozycji uważają , że polską granicę państwową może przekraczać każdy. Kiedy chce, jak chce i gdzie chce. Widząc to Rosjanie doszli zapewne do przekonania, że jeśli zadziałają odpowiednio szybko to polska scena polityczna nie zdąży zareagować na czas. Zwyczajnie zanim dojdzie do jakiegoś konsensusu w polskim Sejmie i Senacie w Kijowie będzie już funkcjonował kolaboracyjny rząd.
To tylko hipoteza
Oczywiście te „trzy zielone światła” to tylko moja hipoteza i nie mam na nią żadnych dowodów. Nie mam nagrań z podsłuchów. Ani z Kremla, ani z wałdajskiej willi Putina, ani z sekretnego bunkra na Uralu czy pancernego pociągu rosyjskiego fuhrera. Czy słuszna? Może kiedyś ustalą to historycy po gruntownym przebadaniu rosyjskich archiwów i relacji świadków. Może kiedyś, może nawet i za sto lat prawda wyjdzie na jaw. Tak samo jak prawda o katastrofie w Smoleńsku czy tajemnicach rewolucji Euromajdanu.