Patrząc na Lewy Brzeg


Miał dopiero dwadzieścia siedem lat, a już przeżył więcej niż cały jego ofiss w krakowskim biurowcu. Zawsze był twardy. Nie beczał, gdy zgubił się w lasach na stokach Bliźnicy. To raczej on znalazł drogę do dorosłych niż oni do niego. Gdy dowiedział się, że ojciec zginął śmiercią drwala nie uronił jednej łzy. Co postanowił w życiu to wykonał. Mierzył się z życiem jak prawdziwy Hucuł. Cieśla w Sztokholmie, dekarz w Krakowie, inżynier po rzeszowskiej politechnice, weteran pierwszej donbaskiej. Oto i on Ostap Nikfororowicz stał teraz nad brzegami Wielkiej Rzeki po stoczeniu Wielkiej Bitwy.

Patrzył na Lewy Brzeg. Zanurzony był jeszcze w złoto-purpurowym świetle listopadowego wieczoru. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca Borystenes zdawał się być krwawą rzeką. Krew! Ileż jej rozlano, zanim mógł zobaczyć ten widok. Duma mieszała się z śmiertelnym zmęczeniem. Dziesięć tygodni mozolnej ofensywy. Dziesięć miesięcy walk przerwanych tylko leczeniem ran. To dużo, może i za dużo. Zbyt dużo towarzyszy nie zobaczyło tego widoku, który miał przed oczyma. Warto było? Chersoń był wolny. Ludzie rzucali się na szyję tym co wkroczyli do miasta. Obyło się bez walk o każdy dom. Takich w jakich brał udział w Rubiżnem i Siewierodoniecku. Odbili miasto, a nie stos gruzów. Wyzwolili go Ci co stoją teraz na brzegu. On i jego koledzy. Są na pierwszych stronach gazet całego świata. Będą się o nich uczyć w szkołach. A Ci co polegli? Może widzą Ich z góry? Z Carstwa Niebieskiego w którym nie ma bólu i trwogi? Co jego samego czeka tam, po drugiej stronie? Może w końcu ta Jego Kula ? Ta właśnie przeznaczona dla niego. Zapisana w wielkiej księdze ludzkich losów.

A przecież mógł…Maksym nie wrócił do Kraju. Namawiał go do powrotu,ale nie nalegał. Widział strach w oczach przyjaciela i odpuścił. Stwierdził – każdy ma prawo się bać. Nie czuł gniewu, ale teraz gdy opadał bitewny kurz, gdy spadał poziom adrenaliny ogarnął go ni to straszliwy żal ni to bezdenny smutek. Sam nie wiedział…do Maksa? Do Boga? Do siebie samego? Czuł, czuł wyraźnie, że żołnierskie szczęście go niebawem opuści. Tam… tam po drugiej stronie rzeki. Nie zostanie ojcem, nie wyprawi wesela, nie kupi wymarzonego terenowego Lange Rovera, nie zbuduje domu. Nie zobaczy już rodziny. Nie spotka przyjaciół z dawnego, cywilnego życia. Zamiast słodkich ust dziewczyn z krakowskich i lwowskich dyskotek poczuje tylko zimny pocałunek Bladolicej. I co zrobić? Pomyślał. Ludzie na Lewym Brzegu czekają – odpowiedział sam sobie zaciskając silne góralskie dłonie na swoim automacie.

Na fotce – godło Bierdiańskich Partyzantów. Tych co czekają…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *