Dekadę temu


Dziesięć lat temu Świat był dokładnie na przeciwległym biegunie niż teraz. Mój Świat. Zima dziesięć lat temu była wyjątkowo długa i obfitująca w śniegi. Och, aż takich zim bym nie chciał. Niech by były takie przez pół tamtej. Taka, która nie przypomina z każdym wyjrzeniem za okno o tym, że nasza Ziemia podgrzewa się nieustannie. Taka, która choć na parę tygodni zmienia krajobraz. Z szarego i buro-zgniłozielonego na skrzącą biel. Zima była długa, ale bardzo malownicza. Zapadły mi w pamięć obrazy. Droga Mleczna na rozgwieżdżonym, mroźnym niebie. Ciepło bijące z czerwonego od żaru koksownika. Skrzący się śnieg skrzypiący pod naciskiem biegowych nart. Widok na Beskidy i Pogórza z dachu RCKP-u. Tak, to była zupełnie inna zima niż ta dekadę późniejsza. I to pierwsza zasadnicza odmienność.

Nie za dobrze, ale przewidywalnie

W przyrodzie panował porządek, panował on, zdawało się, też w świecie ludzi. Ludzi…w świecie ludzi Zachodu. Co prawda nie podobało mi się jak to wszystko jest skonstruowane. Z politycznie obojętnego stałem się zajadłym wrogiem Donalda Tuska. Moja ówczesna „opozycyjna postawa” to nie był żaden konkret. Po prostu zacząłem zauważać rozrost znaczenia Niemiec. Absurd „resetu z Rosją”. To, że ukończenie studiów nie daje przepustki ani do stabilnej pracy, ani do dobrych zarobków co przecież mojemu pokoleniu „obiecywano”. Nużył mnie skorumpowany „wieczny” rząd PO-PSL. W końcu zacząłem mieć coraz większe wątpliwości co do śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Mimo wszystko jednak był to stabilny świat. Może niedoskonały, ale przewidywalny. Gdzieś w Syrii, Jemenie, Afganistanie toczyły się krwawe wojny, ale to było przecież bardzo daleko. Wojna! Wojna w Europie w XXI wieku wydawała się czymś totalnie abstrakcyjnym. Tak samo jak wprowadzanie permanentnych stanów wyjątkowych z powodu nowego, groźnego wirusa. Owszem zdarzały się zamachy terrorystyczne, katastrofy, pożary, powodzie, ale żeby wojna i zaraza?

Między Krosnem a Krakowem

Co do życia prywatnego byłem wtedy kawalerem. No prawie kawalerem. Teraz zwie się to „sytuejszenszip”. Wtedy takie praktyki nie miały jeszcze żadnej uczonej nazwy. Spotykałem się od czasu do czasu z pewną „czarodziejką”. To była taka trochę hipisowska relacja oparta o seks, chodzenie na rave party, rozmowy o sensie życia. Bez brania odpowiedzialności, bez planów na przyszłość (przynajmniej z mojej strony). Oczywiście „za jakiś czas” miałem zamiar się ustatkować. Znaleźć dziewczynę. Zaręczyć się, ożenić, zapłodnić. Lub na odwrót zapłodnić, zaręczyć, ożenić. To jednak miało nastąpić za jakiś czas. Na razie było mi dobrze. Pracowałem tamtej zimy w RCKP w Krośnie. Czyli w Domu Kultury. Robiłem tam prawie wszystko. Byłem inspicjentem, konferansjerem, „opiekunem” zespołów z Ukrainy, odśnieżaczem i zamiataczem, rozkładaczem scen, konstruktorem dekoracji etc. Bywały dni kiedy trzeba było się natrudzić. Czasem trzeba było robić „w terenie”. Czy -20 czy szalejący buran robota musiała być dokończona. Lecz zaraz po tym przychodziły luźne dni. Praca w artystycznej atmosferze dawała dużo satysfakcji. Pozwalała nie czuć zbytnio, że moje miasto była galicyjską prowincją. Pensja co prawdę była marna, ale byłem kawalerem mieszkającym z rodzicami. Nie miałem zbyt wielkich potrzeb. Od czasu do czasu wyjazd na narty, ale to tak nieopodal. Chyrowa, Karlików, Magura. Od czasu do czasu jeździłem też do Krakowa by praktykować imprezowanie i swoją relację erotyczną. Byłem pełen nadziei, ale też nie znałem życia. Nie musiałem się mierzyć z jego trudnościami. Miało to oczywiście skutki uboczne.

Dokąd to zmierza?

Skoro nie miałem większych problemów w życiu prywatnym jak i zawodowym pojawiały się inne. Czułem coraz większe rozjeżdżanie się dwóch światów, w których funkcjonowałem. Kraków… Mój Kraków to było miasto pełne artystów, ludzi podających się za artystów, wszelkiej maści dziwaków, studentów, alpinistów, kiboli, lumpenploretariuszy. Krosno zaś było ostoją stabilności, tradycji i szeroko rozumianej „normalności”. Chciałem przestać być odmieńcem i zostać normikiem. Młodym mężczyzną, który konsekwentnie realizuje „etapy życia”. Z drugiej strony nie chciałem żegnać na zawsze swojego krakowskiego życia. Ciekawiły mnie tajemnice Wszechświata, szeroko rozumiany mistycyzm. Czytywałem takie pozycje jak „LSD – moje trudne dziecko” , „Rio Anaconda”, „Jung – biografia”, „Archaiczne techniki ekstazy” eseje Evoli, felietony Tekielego. Pragnąłem sprzecznych rzeczy, nudził mnie ten uporządkowany świat. Czasem narzekałem, że „już nic ciekawego się w tej Europie nie zdarzy”.

Kolejna zima była już zupełnie inna. Mokra, bura, ciepła. Śnieg pojawiał się incydentalnie. Ja miałem już „poważny związek”, a na Ukrainie trwały rewolucyjne starcia. Tak, 2014 rok, rok aneksji Krymu, upadku Mosulu i pierwszej donbaskiej wojny był już inny. Był to początek nowego etapu w moim życiu. Oraz nowej epoki w dziejach świata. Epoki chaosu. Czasem chciałbym…chciałbym przenieść się w czasie do tamtej zimy. I opowiedzieć ludziom co się wydarzy. Opowiadać i obserwować jak im się szeroko otwierają oczy, jak otwierają usta w niemym „ooooo”!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *