Sny
To było jakoś około Matki Boskiej Gromnicznej. Zapadła zimowa noc. Za oknem szkocka zima. Śnieżyca, ulewa, znów śnieżyca. Wicher targał koronami drzew, kołysał czubkami choinek. Sama przyroda stworzyła scenografię do Makbeta czy innego Snu Srebrnego. Dopiłem herbatę, zakryłem głowę czerwonym kocem i pogrążyłem się w bardzo głębokim śnie. Szybko przyszły ku mnie wizje. Pierwsze były całkiem miłe. W śnie było szmaragdowe jezioro rozlane szeroko wśród porośniętych bukami drzew. Było wczesne lato. Na jeziorze kołysały się łódki, a na nich opalały się nago dziewczęta w wieku studenckim. Miło mieć takie sny! Słońce zaszło za wzgórza, na plaży płonęło ognisko. Krążyły z rąk do rąk flaszki wina. Jakiś chłopak grał na gitarze i śpiewał piosenki o miłości. Inny chłopak zniknął w gęstwinie z trzymaną za rękę dziewczyną. Jakaś inna parka z lasu wracała z promiennymi twarzami. Oto i życie! Szczęście i młodość! Lecz nie za długo ten sen trwał. Chłopak zaczął grać nutę groźną i pieśń posępną zaczął śpiewać.
W kolejnym śnie widok był już zupełnie inny. Byłem na szczycie wzgórza, wśród buków, ale była mroźna zima. Śnieg skrzypiał pod butami. Para buchała z ust, a słońce iskrzyło złotymi igłami. Na rozwidleniach konarów oszronionych drzew ktoś oparł dwie belki. Tak, to była wieszalnica. Wisielcy zamarznięci na kamień patrzyli na mnie martwymi oczyma. Ręce mieli skrępowane z tyłu. Ubrania i twarze oszronione. Kolorytu dodawały huśtające się na nich kruki. Napełniłem serce grozą i jak to bywa, gdy śnią się koszmary obudziłem się z zimnym potem na skroni. Za oknem nadal szalała wichura.
Gdy zasnąłem znów śniła się wojna. Partyzanci maszerowali przez kwietniowy, górski las. Jakieś niezidentyfikowane dwie armie walczyły o opuszczone i płonące blokowisko. O piątej obudził mnie budzik. Poranna zmiana w fabryce czekała już na mnie. Nie chciało się wyłazić spod koca. Nawet kawa nie pomagała się dobudzić. Wichura trochę zelżała, padał jednak intensywnie deszcz ze śniegiem. Cóż było jednak robić? Dojadłem parówki, dopiłem kawę, wyszedłem na pole. Na podwórzu spotkałem babcię. Też miała dziwne sny. Zerwała się wcześniej niż zwykle. Nie mogąc zasnąć wyszła sprawdzić jak się mają kury. Co jej się śniło? Rosjanie, którzy wdarli się w granice. Jedna szła na Warszawę. Druga na Częstochowę. Śmiałem się wtedy z tego jej snu. A jakiż to potop bez oblegania Jasnej Góry? Racjonalizowałem. Teraz rozumiem znaczenie jej snu. Warszawa to był Kijów. Częstochowa to Mariupol.
Tak prowadzę tą stronę od ośmiu lat. Regularnie próbuję ją jakoś zredagować. Wprowadzić jakiś porządek (https://chutornik.pl/2022/07/troche-porzadku/ ). Jest jednak jak dziki ogród. Taki, który wymknął się spod kontroli ogrodnika. Taka też jest epoka, w której powstawał Chutornik.pl To czas chaosu i burzy. Wierzyć w takich czasach trzeba raczej snom, omenom i znakom niż kalkulacjom geopolityków. Raczej śpiewać pieśni niż pisać felietony. Sny mówią prawdę, a pieśń odpędza demony. Strasznie zmęczyło mnie pisanie. Coraz bardziej zaś mam ochotę pośpiewać.