Żytomierz – Kijów


Za Żytomierzem poczułem jeszcze silniejsze uderzenie adrenaliny. Działała jak bardzo silny stymulant, jakaś nadamfetamina.   Wpiłem ręce w kierownicę i gaz, gaz, z auta trzeba było wyciągnąć wszystko. Czułem silne połączenie z maszyną.  Pewnie podobnie czuli się konni kurierzy jadący z ważną misją, piloci myśliwców czy pionierscy piloci statków kosmicznych. Na drodze panowało kompletne szaleństwo.  Między Żytomierzem, a Kijowem jest koło stu trzydziestu kilometrów. Cały czas mijałem ludzi, którzy starali się uciec spod grozy najazdu. Groza wisiała w powietrzu – na Ukrainę szły znów ordy koczowników. Wisiała w powietrzu… Chyba tak można opisać to zjawisko, zbiorowe  poczucie  totalnego  zagrożenia. Ktoś mnie kiedyś pytał czy to była taka atmosfera jak za pierwszych lockdownów, tych z przedwiośnia 2020 roku. Trochę tak, tylko dużo silniej  uderzało w głowę.

    Sznur samochodów jadących ku polskiej granicy zdawał się nie kończyć. Część kierowców starała się ominąć gigantyczny korek i jechała pod prąd. Jednym kołem na poboczu drugim na szosie. Niektórzy robili to zachowując rozsądną prędkość. Inni pędzili jak po niemieckiej autostradzie owładnięci dzikim strachem przed rosyjską armią. Mijanie takich na żyletki było… no właśnie nie budziło strachu. Nie należę do facetów, którym benzyna płynie w żyłach zamiast krwi. Wtedy jednak zupełnie się nie bałem. Magia adrenaliny, gdyby nie zalała neuronów to całkiem możliwe, że zatrzymał bym się na poboczu i zamarł ze strachu. Byłem jak ten Seba co boi się wejść na rusztowanie, a po dwóch kreskach idzie z kolegami na Rysy. Pewnie Ci jadący pod prąd byli jeszcze bardziej nabuzowani. Co jakiś czas widać było w przydrożnych rowach rozbite samochody tych którym zabrakło szczęścia. Gdzieś po drodze miałem dwa ostre hamowania. Pierwsze przed leżącą na boku wojskową ciężarówką – zapewne wypadek był wynikiem uniku kierowcy, który nie chciał zderzyć się z „rajdowcem”. Drugi raz przed blok-postem, to było chyba na granicy obwodów żytomierskiego i kijowskiego. Ten posterunek był  prawdziwą fortecą z betonowych bloków, zasieków i miał bardzo silną załogę. Wokół niego kręciły się dziesiątki mężczyzn w wieku poborowym z łopatami i workami. Gorączkowo pracowali budując , zdaje się, jakieś dodatkowe umocnienia. Przypomniał mi się wtedy słynny wiersz Broniewskiego. To było to! Powszechna mobilizacja, powszechny opór, bagnet na broń!

Annę wysadziłem zaraz za Żytomierzem, Jelena jechała do samego Kijowa. Mieszkała w dzielnicy Borszhiwka. Takie wielkie, robotnicze blokowisko. Starałem się rozmawiać, ale słowa jakoś się mi gubiły. Długo nie rozmawiałem po ukraińsku, byłem zbyt skupiony na prowadzeniu mojego Lwa. Zresztą o czym było rozmawiać? Jej mąż, syn i bratanek byli w szeregach obrońców miasta. Miasta do którego właśnie jechaliśmy. Nie widziałem o czym z nią rozmawiać mając świadomość gdzie są teraz jej krewni, wydukałem tylko Piotr Wielki zrobił z Rosji europejski kraj. Putin chce być jak Piot, ale cofnie Rosję do Azji. Moja autostopowiczka pokiwała z zrozumieniem głową. Jelena… może i etniczna Rosjanka sądząc po imieniu, nie chciała wyjeżdżać ze swojego miasta. Była Kijowianką z serca. Atakowano jej MIASTO, a jej mężczyźni stanęli na barykadach by go bronić. Kraj się bronił, Stolica stawiała opór. Mimo wszystko, mimo tego, że generałowie i analitycy, politycy i dziennikarze z Zachodu zwykle nie wierzyli, że uda się owa obrona. Dobrze, że sami Ukraińcy nie uwierzyli w uczone analizy, w strategiczne symulacje mądrych głów i superkomputerów. Oto i gdzie jest tajemnica sukcesu tej kampanii – w czymś niemierzalnym przez żadne AI. W serach!

W końcu dojechaliśmy do miasta. Widać było wysokie blokowiska na Lewym Brzegu. Lśniły w przedwiosennym słoneczku  jakby były zbudowane z marmuru nie betonu. Na liczniku miałem grubo ponad sto. Ostro zahamowałem przed blok-postem na rogatkach. Kontrola dokumentów. Polski paszport wywoływał wśród mundurowych radość, a informację, że jadę po rodzinę zrozumienie. Sława Ukrainie! Sława Bohaterom! Powodzenia! Powodzenia!

Chłopcy byli uzbrojeni bo zęby, a oczy im  płonęły. Nigdy wcześniej nie widziałem ludzi z takimi oczyma. Pewnie podobne spojrzenie mieli hoplici pod Maratonem czy Krzyżowcy widzący mury Jerozolimy. Ulice ukraińskiej stolicy były puste. Panowała złowroga cisza. Gdy zwolniłem adrenalina zaczęła puszczać. Wysadziłem Jelenę i dalej jechałem już sam. Straciłem dawno  kontakt telefoniczny z Polską, informacje o świecie miałem tylko od Katii. Na szczęście sieć GMS działała sprawnie. Plan A zakładał, że podjadę, aż na Lipski. Zabiorę do Polski trzy osoby, pomogę z walizkami. Załatwiła u gwardzistów pilnujących dzielnicy przepustkę. Plan B – przedrę się aż na Aleję Szewczenki. Czułem jednak, że fizycznie nie dam rady.   Było już późne przedwiosenne popołudnie, a byłem w trasie od szóstej wieczór dnia poprzedniego. Siły mnie opuszczały jak i odwaga. Strach był tym silniejszy, im cześciej myślałem o tym co się dzieje na lotnisku w Hostomlu. Nie znałem wyniku tej sławnej bitwy. Toczyły się walki. Ważyły się losy Świata. Wyobraźnia zaczęła straszyć. Niedługo będą tam lądować desantnicy z Pskowa! Miasto będzie otoczone! Nie wrócisz już do Polski! Nastrój potęgowało i zmęczenie i zmilitaryzowanie ulic. Zamaskowane czołgi z lufami skierowanymi na ulicę, posterunki uliczne zmienione w małe fortece, BTR-y, wojskowe ciężarówki, przeciwczołgowe jeże i uzbrojeni mężczyźni. Byli tam i żołnierze liniowi, policjanci, gwardziści i WOT-owcy. Ci ostatni  często w cywilnych ubraniach oznaczeni jedynie niebieskimi i żółtymi opaskami na ramieniu. Wyglądali jak dudajewowscy opłoczeńcy,albo powstańcy z Warszawy.  Broni było mnóstwo, niemal każdy facet na ulicy dzierżył jakiś oręż. Widziałem pistolety, automaty, RKM-y, granatniki,  broń krótką, noże myśliwskie zatnięte za pas.  Widziałem nawet młodego chłopca z karabinem systemu Mosin-Nagant i żołnierza, który dzierżył granatnik jako żywo przypominający Panzerfausta. Myślałem, że mam halucynacje, ale po powrocie do Polski sprawdziłem. Te niemieckie granatniki były produkowane w krajach Układu Warszawskiego, na „zdobycznej licencji” do czasów wczesnego Breżniewa.

   Jechałem dalej i dalej. Umówiliśmy się najpierw pod MC Donaldem, później pod budynkiem Cyrku.  To był właśnie plan C. Cyrku?  Zapytacie. W Związku  Radzieckim sztuka cyrkowa była bardzo ceniona, Zbudowano więc specjalny murowany cyrk dla masterów tej sztuki – sportu. Przejechałem ufortyfikowany wiadukt wokół którego było mnóstwo młodych żołnierzy. Jedli kanapki, pili herbatę, palili papierosy, a niektórzy się modlili. Podwiozłem kolejnych stopowiczów. Młodą parę z wielkim pleckami. W końcu dowlokłem się pod  ów Cyrk. Wysiadłem i czekałem. Czułem się jakbym był w Groznym tuż przed rosyjskim szturmem, albo w wierszu Herberta o Oblężonym Mieście. Męstwo mnie opuściło i nogi zaczęły dygotać. Paliłem papierosa za papierosem bijąc chyba życiowy rekord nikotynowy. Narastała we mnie agresja, myślałem gdzie ta cholerna taksówka ?! I wtedy właśnie zrobiłem sobie selfie. Na zdjęciu godzina 16.04, data 25 luty 2022. Piękny, przedwiosenny początek wieczoru. Wyglądam na niej  jak człowiek, który ma zjazd po długim ciągu amfetaminowym. Nie jest to najbardziej korzystna moja fotka, ale jako historyk jestem z niej dumny. Daj Boże żebym nie musiał robić nigdy równie historycznych zdjęć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *