Na Tokmak!


Robotyne kojarzyć się może z Passchendaele. Mozolne przebijanie przez ufortyfikowany step z bitwą pod Kurskiem. Można patrzeć na sprawę pesymistycznie. Można też wierzyć, że uda się może nie tyle fizycznie przedrzeć do brzegów Azowskiego Morza, co dotrzeć na tyle blisko by osławiony Korytarz był de facto bezużyteczny. Jeśli każda droga i każda linia kolejowa mogła być w każdej chwili ostrzelana z prymitywnych haubic. Historia zna ofensywy mozolne ale zwycieskie. Alianci całe lato 1944 roku starali się wyjść z Normandii. W końcu się im jednak udało. We Włoszech spychanie Niemców na północ trwało 1,5 roku. Letnio-jesienna kontrofensywa wojsk koalicji na zachodnim froncie w 1918 też przypomniała spacer, a nie kawaleryjska szarżę. Ktoś powie – Załużny nie ma Efów ani Gryfow. Nie ma, ale i bez silnego lotnictwa SZU powoli posuwa się naprzód. Cel nie jest blisko, ale nie jest też daleko.

Wola walki

Na innych frontach żołnierze SZU i GN też bronią się i atakują. Atakowane są cele na Krymie, w Ługandonie i samej Rosji. Od Kaukazu po Psków. Ta wojna jest konfliktem totalnym. Dwie kwestie są kluczowe i bez nich nawet najbardziej malownicze ukrainskie rajdy nie przechylą szali zwyciestwa na ich stronę. Wola pomocy ze strony sojuszników to pierwsze a drugie wola walki ukraińskiego społeczeństwa. Nie trzeba być asem wywiadu czy biegłym w swoim fachu ofsintowem żeby zdawać sobie sprawę, że z jednym i drugim jest poważny problem. Dostawy broni i wszelkie wsparcie Ukrainie się należy. To Zachód dopuścił by reżim z Kremla dokonał pełnoskalowej inwazji. Natomiast woli walki dostarczyć się nie da. Nikt spoza Ukrainy nie ma obowiązku umierać za Bierdiańsk i Sołedar. Ta jednak eroduje z różnych przyczyn. Wojna na całego trwa już ponad 18 miesięcy. To długo. Co prawda liczba poległych nie jest porażająca (wiem, brzmi to jakby tekst pisał Stalin) patrząc kategoriami XX wieku. Mamy jednak wiek XXI. Ukraincy różnią się od Polaków czy Brytyjczyków. To jednak ludzie ery cyfrowej. Z typowego Milenalsa nie zrobisz zdyscyplinowanego wojownika. Tym bardziej z przecietnego Snołflołersa. Na to nakłada się postsowiecki syf mentalny. Dzika korupcja, kryminalny anarchizm, cwaniactwo. Do tego wszystkiego wiadomo już, że w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej nie będzie rosyjskich czołgów pod Łuckiem czy Czerksami. Z Czerkas do Sołedaru daleko. Z Łucka do Bierdiańska jeszcze dalej. Ciężej się wojuje daleko od domu. Te wszystkie czynniki tworzą toksynę, która jest groźniejsza niż 1000 Kinidżałów.

Wojna totalna to wojna w której każdy członek walczącego społeczeństwa staje się częścią machiny zwycięstwa. Przed Ukrainą zima i zapewne kolejna fala rakietowych ataków, których celem będą elektrownie, linie przesyłowe, ciepłownie itd. Przed ukraińskimi obywatelami i obywatelkami w kraju i na wychodztwie kontynuacja wewnętrznej walki. Walki między postawą trzeba trzymać się razem i wspierać walczących a postawą trzeba żyć swoim życiem. Ta walka narasta wraz z przedłużaniem się konfliktu. Ma ona takie samo znaczenie jak walki frontowe czy ataki na tyłach wroga. To front wewnętrzny.

Wojna bez końca

Ponad rok temu pisałem o tym, że przed Ukrainą jest kilka możliwych dróg. Niestety ścieżka chorwacka jest, jak się wydaje zamknięta. Może więc po koreańsku? To też wydaje mi się coraz bardziej wątpliwe. Chanat Moskiewski ma jak się wydaje i chęć i możliwości by nie zamrażać konfliktu do końca. Wielkie bitwy sie zakończą. Będzie jednak trwać wymiany ciosów dalekiego zasiegu (rakiety, drony, komandosi etc. ) oraz nieustanna mała wojna na ukrainie Ukrainy. Wytworzy to kastę zawodowych wojowników podobnych dawnym Kozakom. Razem z zdemobilizowanymi weteranami stworzą najsilniejszą partię w kraju. Zdolną obalić za pomocą majdanu każdy rząd. Oprócz małej wojny nad Ukrainą będzie wisieć widmo kolejnej inwazji. Jej sytuacja będzie przypominać sytuację Izraela z okresu między 1947 a latami 1980-tymi. Taki kraj może istnieć tylko jako demokracja wojenna albo taki, gdzie rządzi formalna lub nieformalna junta. Nie ma innych dróg by przetrwać. Na smutę, rewolucję i rozpad Federacji Rosyjskiej nie ma co na razie liczyć.

Z polskiej perspektywy

Psków, Czernihów, Lwów, Rzeszów, Zaporoże, Puszcza Białowieska, Krym – jeśli dla kogoś to nie jest nasza wojna to widocznie nie zna ani podstaw geografii ani ojczystej historii. Sytuacja jest jednak inna niż na początku konfliktu. Wtedy przypominało to pożar domu sąsiada. Pomagasz gasić i jako człowiek dobry ze swej natury i jednocześnie działający w swoim interesie. Pożoga może sie wszak roznieść dalej. Dziś jednak sytuacja jest inna. Polska powinna nie dawać wszystkiego czego Ukraina zarząda. Rzeczpospolita ma swoje żywotne interesy z których nie może zrezygnować. Tak jak w 1918 mogliśmy oddać Ukraińcom Kołomyję, ale już Lwowa nie tak dziś nie możemy sobie pozwolić na destrukcję naszego rolnictwa. To tylko z jedną z spraw do załatwienia i załatwić je należy z poszanowaniem sąsiada, ale i z zadbaniem o swoje gospodarstwo. Natomiast w relacjach międzyludzkich sugerował bym ostrożność w używaniu takich słów jak dezerter, dekownik, tchórz, roszczeniowe baby itp. Dla ogromnej większości Polaków wojna jest czymś totalnie abstrakcyjnym co ułatwia ferowaniu łatwych sądów. Pismo jednak mówi nie sądzcie a nie będziecie sądzeni.

P. S.

Litwa potrafiła wezwać nuncjusza na dywanik. Polska nie. To gruby błąd szkodliwy i dla naszego państwa i dla katolicyzmu w Polsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *