Za Wilczymi Wrotami


Poranek był jeszcze mroźny. Zimowe  kwiaty wymalowane na szybach zmieniły barwy wraz z etapami wschodu słońca. Najpierw były czerwone, później złote na końcu zaś srebrne. Mimo, że trwały ferie chłopiec wstał wraz z pierwszymi promieniami brzasku. Kolejne dni ferii mijały podobnie. Najpierw odbywał się rytuał palenia w wielkim kaflowym piecu. Później obywało twarz i ręce. Następnie klękało do pacierza. Na ścianie nad makatką z jeleniami wisiały święte obrazy. Matka Boska Bolesna i Pan Jezus w Ogrójcu. Odpędziwszy diabły i wezwawszy bożej pomocy oraz opieki Anioła Stróża można było zasiąść do śniadania. Tego akurat dnia składało się z bułek z masłem i dżemem oraz kawy Inki. Nieco później , jak co dzień razem z ciotką udał się do Miasta po sprawunki. Droga biegła wśród oszronionych płotów i pokrytych szadzią drzew. Po drodze wyobrażał sobie, że jest powstańcem styczniowym zesłanym na Sybir. Za mostem droga zaczynała piąć się w górę i buty ślizgały się na lodzie. Cierpliwie, krok po kroku, udało się wspiąć na szczyt wzgórza na którym leżało miasteczko.

Ciotka jak zwykle przy robieniu zakupów musiała dłuższą chwilę pogadać z Panią Sklepową. Tak było każdego dnia. Taki rytuał. Schodząc w dół zaszli do Starszego Pana. Mróz trochę odpuścił. Ubrany w barani kożuch starzec grzał się na ławeczce wystawiając  ku słońcu pomarszczoną, ogorząłą twarz. Miał wielkie wąsiska i wielką bliznę. Jedno z oczu błyskało szkliście w promieniach. Było owszem szklane. Blizna i szklane oko były pamiątkami po bitwie nad rzeką Isonzo zwaną przez Sławian Soczą. Za męstwo i oddanie monarchii dostał też medal – krzyż , który wręczył mu osobiście sam Cesarz i Król Karol I Habsburg. Chłopiec ciekawy był już tego co dziś nazywa się geopolityką

– A będzie proszę pana jeszcze wojna w Europie?

Stary wiarus zaciągnął się papierosem marki Popularne, zamyślił i wypuścił z ust dym. Po czym odrzekł powoli i poważnie.

-Będzie

-Taka jak w Jugosławii?  – dociekał chłopiec

– Większa – odrzekł, lakonicznie weteran

Kolejne godziny piątego dnia ferii mijały zgodnie z codziennym harmonogramem. Odwiedziny zwierząt  w stajni. Zjeżdżanie na sankach razem z chłopakami i dziewczynami z sąsiednich domów. Obserwacja ptaków ucztujących w karmniku. Rozwiązywanie krzyżówek i gra w „państwa miasta” z kuzynką. Później  zbudował z plastykowych żołnierzyków i klocków coś w rodzaju dioramy owej bitwy nad rzeką Isonzo. W końcu zaczęło się ściemniać. Tym razem miał spać nie u dziadków tylko w  domu ciotki i wuja. Udali się tam więc wąską ścieżką biegnącą przez wąski mostek przerzucony nad rzeką i kolejne wzgórze. Po drodze ciotka jak zwykle o tej porze opowiadała historie o duchach. Umiała to robić niezwykle sugestywnie. Może dlatego, że były to historie prawdziwe. W czasach przed socjalmediami świat niematerialny i materialny przenikał się bowiem o wiele bardziej niż teraz. Gdy dochodzili do przysiółka Skały czerwone słońce zaszło za Wilcze Wrota. Znów było mroźno, mróz kąsał policzki i przenikał przez rękawice z króliczego futra. Po kolacji wujek pozwolił oglądać film. Dzień wcześniej leciał „Potop”. Tego wieczoru puszczali w telewizorze historie mistrza kung-fu imieniem Paj-hi-woo i jego ucznia Czanga Tang-tung. Najpierw ukazana była historia przyjaźni mistrza i ucznia. Wspólne treningi. Później akcja przyśpieszyła. Mafiosi z Traid zgładzili nauczyciela ponieważ był im niewygodny. Niestety dla nich Czang był człowiekiem honoru i zebrawszy drużynę zabijaków zniszczył bandę. W ostatniej scenie po brutalnym pojedynku jeden na jeden herszt gangu został znokautowany przez młodego mściciela i malowniczo spadł  do kanionu ponosząc słuszną karę za swoje występki. Po filmie chłopiec ukląkł do pacierza. Nad łóżkiem wisiał świecący nocą na biało krzyż przywieziony z Amerykańskiej Częstochowy, oraz portrety Papieża i Jana z Dukli Pustelnika.  Po zmówieniu „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario”, „Pod Twoją Obronę”, „Wierzę w Boga Ojca”, „Wieczny odpoczynek” i „Aniele Boży” (oraz uderzeniu się trzy razy w pierś za to, że zobaczywszy w filmie nagie kobiecy biust nie zamknął oczu) wskoczył do łóżka i położył się spać. Zanim zasnął, w półśnie fantazjował, że jest wielkim wojownikiem. Husarzem, mistrzem sztuk walki, albo choćby taki Podhalańczykiem jak inny wujek, który latem wrócił z wojska.

Tak wyglądały ferie w dawnych czasach. Bardzo, bardzo dawnych. Gdy w telewizorze były tylko trzy kanały. Plus czasem czechosłowacki a jak mocno sypało śniegiem to wcale nie było telewizji, tylko radio i gazeta. Tak dawnych, że Zenek Martyniuk był jeszcze młodzieńcem, a Aleksander Kwaśniewski był zawołanym tenisistą, a kinowym hitem były „Młode Wilki”. Tak wyglądały ferie spędzane w pewnej wiosce leżącej za Wilczymi Wrotami. Zaś tym chłopcem z opowieści byłem ja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *