Miedzy Arcole a Jałtą, albo polemizując z samym sobą (10 II)
Wczoraj opowiadałem moim drogim siatkarkom o pierwszej kampanii prowadzonej przez Małego Kaprala. Jest rok 1796. Francję od lat ośmiu lat trawi rewolucyjny chaos. Te osiem lat to prawdziwy kalejdoskop zamachów stanu, rebelii, chaotycznych i gorączkowych reform i kontrreform, ataków terrorystycznych oraz wielkich masakr. To lata głębokiego kryzysu gospodarczego, kulturowego, społecznego. Jednocześnie to już piaty rok walk z koalicją europejskich mocarstw. Francją w owym 1796 rządzi kolejny już reżim. Między 1789 a 1795 rokiem absolutystycznego, ale de facto słabego i dobrotliwego króla zastąpił rząd formalnie republikański. Faktycznie zaś będący bandą krwiożerczych, paranoicznych, ludobójczych, militarystycznych paranoików. Obaleni i zgilotynowani zostali zastąpieni przez dyktaturę cynicznych i skorumpowanych Dyrektorów. Ta właśnie teoretycznie ledwo zipiąca Francja potrafi jednak przenieść wojnę głęboko na teren wroga. Zarówno na froncie północnym jak i na południu. Przenosi i roznosi wojska wrogiej Austrii i Sardynii bitwa za bitwą. Wola walki była bowiem mocniejsza niż logika. Kierownictwo polityczne nie miało zdolności umiejętnie wykorzystać w przeciągu ostatnich trzech lat potencjału, który można było wyzyskać. Od 2023 nie ma owo kierownictwo kompletnie żadnego pomysłu na dalsze prowadzenie wojny. Wysyłanie do „maszynki do mięsa” ludzi „zbyt starych na bycie zachodnimi” , aby „front się utrzymał”. Jednocześnie, liczenie na to, że „młodzi, już europejscy mężczyźni odbudują ukraińską gospodarką i demografię”. Płaszczenie się przed „każdym silnym z Zachodu”, łaszenie się do każdego „co może co dać” i jednocześnie ostentacyjnie pogardliwy stosunek do tych, którzy już dali dużo, ale nie mają więcej… To wszystko nie jest żadna strategia. To jest dryf.
Myśląc o nadchodzącym rozejmie odczuwam ulgę, a jednocześnie przypominam sobie historię XX wieku. Na przykład lata 70-te w Indochinach. W 1972 wojska Wietnamu Południowego odparły w ciężkich walkach tzw. ofensywą wielkanocna zwaną przez wietnamskich komunistów Czerwonym Ognistym Latem. Podczas tych walk Amerykanie wspierali wojska sajgońskie uderzeniami z powietrza, ale ich zaangażowanie w walkach na lądzie było minimalne. Zdawało się, że Republika Wietnamu Południowego wytrzyma samodzielnie. Amerykanie podpisali pokój w Paryżu i starali się zapomnieć o tym co im się zdarzyło w tej części świata w latach 1964-1972. Oczywiście zostawili „białym” Wietnamczykom samoloty, śmigłowce, czołgi, armaty, transportery (swoją drogą tego samego typu , które po 24 II 2022 masowo wysyłali jako pomoc dla wojsk ukraińskich ) lecz przestali się interesować sytuacją w Indochinach. Woleli wierzyć, że Hanoi jest zbyt słabe by uderzyć kolejny raz. Stało się jednak inaczej. W 1975 II wojna indochińska zaczęła się na nowo. Armia i państwo południowo-wietnamskie załamały się jak domek z kart . W kwietniu padł Sajgon. Tak warto przypomnieć sobie tamte wydarzenia w kontekście trampowskiej logiki „zróbmy deal z wielkim rosyjskim przywódcą, skończymy przelew krwi i zapomnijmy o tej uciążliwej sprawie”. Przeraża mnie wizja „trzeciej wojny ukraińskiej”. Która wybuchnie za parę lat i skończy się tak jak miała skończyć się inwazja z lutego 2022 roku. Myślicie , że ci co spędzili ostatnie trzy lata w okopach będą mieli ochotę kolejny bronić „bardziej delikatnych, wrażliwych i europejskich rodaków”? Niby czemu? Większość pewnie wyjedzie do „Jewropy” zaraz po rozejmie i demobilizacji. Chaos społeczny i polityczny, stagnacja ekonomiczna, emigracja i wyludnienie – „pokój” wcale nie wydaje się lepszy dla Ukrainy niż dalsze okopowe jatki. Jatek jednak dalej prowadzić się zwyczajnie nie da. Choćby dlatego, że ile dronów nie wysłano by na rosyjskie fabryki i rafinerie, ile rosyjskich okrętów nie posłano by na dno ta wojna toczy się na lądzie. Napoleon z Krzywego Rogu toczy ją aktualnie zaś za pomocą niemłodych chłopów i robotników, którzy są zbyt biedni i za mało obrotni by zostać uznani za „obiecujących dla zostania prawdziwymi europejczykami”. Długo to nie przejdzie. Rosja ma zwyczajnie więcej „materiału” na „żołnierzy-niewolników”.
Na końcu zaś, gdy opowiadałem w klasie trzeciej o Traktacie Ryskim kazałem się uczniom zastanowić czy My właściwie wygraliśmy wojnę z bolszewikami? Nie powstała kantonalna Litwa, nie przetrwała naddnieprzańska Ukraina. Nie mieliśmy żadnego buforu od strony wschodniej za to bardzo długą granicę bolszewikami. „Złe granice” z Litwą i „nie najlepszą” z Czechosłowacją. Na Zachodzie zaś żądnych „przerwania Korytarza” (zauważcie jak słowo „Korytarz” wróciło strasznym echem w 2022 roku) Niemców. Właściwie tylko z Rumunami i Łotyszami mieliśmy przyjazne kordony. Do tego wszystkiego tlący się separatyzm w Galicji Wschodniej. Tak, wygraliśmy wojenny chaos lat 1914-1921 w tym sensie, że potrafiliśmy odtworzyć Rzeczpospolitą od śląskich hałd po Dźwinę. Odbudować ją ze zniszczeń i jeszcze wybudować nowe miasta. Żyliśmy jednak przez te lata między Rygą a Westerplatte niejako z toporem nad głową. Wtedy mieliśmy fatalne uwarunkowania geopolityczne. Dziś… dziś jesteśmy w NATO, granice jak na razie dużo bardziej korzystne. Co jednak będzie za 5-10 lat? Wtedy też byliśmy młodym , silnym ludem o mocnej kulturze. Dziś jest zupełnie na odwrót. Możemy się pochwalić jak nam wzrosło PKB w porównaniu z 1989. Historia jednak zna wiele Królestw, które słynęły z dostatku, ze swych skarbów i zostały zdmuchnięte przez wichry Historii tak, że pamiętają o nich tylko historycy.
P.S.
Chciałbym też podkreślić, że poprzednia ekipa w Waszyngtonie ani „europejscy politycy nurtu niepopulistycznego” nie mieli ani ochoty, ani pomysłu na realną a nie „kroplówkową” pomoc dla Ukrainy. Trump przynajmniej nie tonie w tej szpetnej hipokryzji.