Rangersi cz.2


Teoretycznie mogli się nadziać na patrole Gwardii Terytorialnej i Straży Granicznej, ale szanse były na to niewielkie. Tak samo jak spotkanie wrogich cywili, którzy mogli zaalarmować  mundurowych. Wiedzieli, że obława się zacznie, ale dopiero po tym, gdy dokonają już dywersji. Każda z drużyn miała wyznaczone cele. R-181 miała zniszczyć pociąg z amunicja. R-182 „ściąć” za pomocą ładunków wybuchowych dziesięć słupów wysokiego napięcia kluczowej linii zasilającej zagłębie kardamonowe leżące w dolinach popołudniowej stronie rzeki. R-183 z kolei podpalić słabo chronione składy paliwa lotniczego. Rajd był poprzedzony wielomiesięcznymi przygotowaniami. Teraz w dziczy przygotowywali się do zadania ciosu.  Złożyli ofiarę z suhaka i trzech bażantów dla Boga Wojny. Chcieli uzyskać przychylność Niebios na najbliższe dni. W końcu, gdy zwiadowcy ustalili, że można ruszać  rozdzielili się. Grupa Rysia ruszyła wzdłuż ogromnego starorzecza, ominęła szerokim łukiem nieprzyjazne sioło. Nie zauważył ich obserwator czatujący na wieży obserwacyjnej. Nie wyczuły wiejskie psy. Zaszyli  się w gęstych zaroślach  kilkaset metrów od miejsca, gdzie tory zakręcały pod katem około 50 stopni. Przeczekawszy dzień, pod osłoną ciemności zaczęli minerską  pracę. W odpowiednich miejscach założyli  ładunki. Rozciągnęli lont. Biały lont o błyskawicznym tempie spalania. Podczas tej żmudnej roboty zaskoczył ich niewielki śmigłowiec patrolujący z powietrza linię torów. Patrolowy helikopter był bardzo nowocześnie wyposażony. Piloci  mieli możliwość  lepszego widzenia w ciemności, mieli też lunetę, która widziała ciepło ludzkiego ciała. Dywersanci instynktownie  zamarli  bez ruchu. Biały, kamuflujący strój miał jeszcze tą właściwość, iż czynił termowizyjną kamerę bezużyteczną. Przeczekali powietrzny patrol i zniknęli w kryjówce, zacierając ślady czołgania tak dobrze na ile było to możliwe.

Czekali od świtu. Godziny mijały w ogromnym napięciu. Kolejne składy przejeżdżały z hukiem. Oni jednak czekali na ten właściwy. Ryś wylosował zaszczyt odpalenia ładunku. Gdy zbliżała się godzina W-ybuchu zaczął czuć narastający strach. Ciało zaczęło lekko drgać. Wiedział, że dopiero po detonacji ich misja stanie się prawdziwie niebezpieczną. Wiedział, że uczestniczy w wielkiej partyzanckiej operacji. Skoordynowana akcja wywoła  taką samą skoordynowaną kontrakcję. Rozleniwieni pogranicznicy, policjanci i gwardziści zaczną działać tak jak teoretycznie powinni cały czas. W trybie alarmowym przybędą myśliwskie oddziały imperialnej policji i brygady jegiersko-dragońskie wyspecjalizowane w polowaniu na partyzantów. Będą tropieni przez ludzi i psy. Ścigani przez narciarzy, oddziały piesze, zmotoryzowane i konne. Na niebie  pojawią się Krogulce, helikoptery i drony zwiadowcze. Będą musieli dopaść do rzeki. Wyjąć łodzie z kryjówki. Przepłynąć ogromne, lodowate  wody, a później posuwając się łęgowymi lasami dotrzeć  do miejsca, gdzie góry stykają się z rzeką. W górach dołączą do partyzanckich zgrupowań tam operujących. Tam już będzie bezpieczniej. Tam będzie szansa na pomoc i ewakuację rannych. Tu byli zdani tylko na siebie i łaskę Boga Wojny. Żeby uspokoić nerwy zapalił papierosa. Koledzy gadali  szeptem  o babach, o ich rozkosznych atrybutach i ich  wilgotnym żarze.  Te rozmowy sprawiły mu przyjemność, rozochociły młodą głowę.  Zaczął myśleć o Tej Która Czeka. Przypominał sobie ich ostatnia wspólną noc.  Pożądanie rozlewające się po ciele młodego mężczyzny odpędzało demony wojny. Lecz w pewnym momencie nie mając ujścia zaczęło przynosić miast przyjemności  narastającą frustrację. Pomyślał , że głupio jakoś  umrzeć kiedy się ma dziewiętnaście lat i jeszcze nie nasyciło życiem i miłością. Nie bał  się tak  śmierci, ani nawet cierpień przedśmiertelnych co właśnie tego, że jak umrze to z nim umrze ziemska połowa ich miłości.  Pożądanie  zmieniało się w bolesną tęsknotę.   Zaczął myśleć o swojej siostrze dla której też musi żyć. O swojej wymordowanej rodzinie, o poległych kolegach.  Zastanawiał się, czy jego przodkowie go widzą w tej chwili.  Wojownika z lontem w dłoni.  Dłużyło mu się to czekanie coraz bardziej.   Czas jakby przestał istnieć, minuty zmieniały się w godziny, godziny w wieczność.

 W końcu błysnęło lusterko. Był to znak by się przygotować.  Zapalił papierosa i czekał. Słyszał jak lokomotywa zbliża się do punktu zero. Zbliżała, zbliżała, zbliżaaaała.  W końcu zrozumiał, że to ta sekunda.  Przytknął żar do końcówki lontu.  Jebło jak trzeba, błysęło, huknęło i lokomotywa ze zgrzytem zjechała z nasypu z straszliwym zgrzytem i trzaskiem ciągnąc za sobą kolejne wagony. Ryś połknął tabletkę z baskadiną, przypiał narty, zarzucił automat na plecy  i zerwał się do biegu. Teraz trzeba było biec ile sił w nogach. Tak długo, aż dołączą do partyzantów.  Przez pusty, mroźny step czerwieniący się zachodem. Ruszyli rozpędzając się tak mocno na ile mięśnie nóg i młode płuca  pozwalały. Ku odległym o kilka wiorst  zbawczym nadrzecznym zaroślom.  Nagle nisko nad ich głowami przeleciał klucz odrzutowców. Chwilę później z tyłu rozległa się kaskada eksplozji. Odwrócili się na moment. Rakiety i pociski z działek automatycznych zostawiały na niebie piękne smugi.  Celny ostrzał  zmieniał  kolejne wagony wypełnione pociskami do moździerzy i haubic w gigantyczny pokaz  fajerwerków. Widok był wspaniały – wykonali zadanie! Zrobili to!

 

Miesiąc później…

Obudził się i próbował zorientować, gdzie jest. Ogromnym wysiłkiem woli uniósł obandażowaną głowę.  Była bezksiężycowa noc, ale zrozumiał szybko, że  ktoś niósł go na noszach. Słyszał chlupot lodowatej wody. Tak przekraczali rzekę.  Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności zobaczył  sznur ludzi niosących nosze. Obok szły konie objuczone amunicją, workami z zapasami, cięższą bronią. Kolejny rząd stanowiły szeregi bojowników idących na własnych nogach.  Szli w  całkowitej ciszy.  Tylko dźwięk  ludzkich i końskich nóg mieszających lodowatą wodę, ciche jęki rannych  i rżenie koni mąciło idealną ciszę. Zrozumiał, że brał udział w bitwie i teraz się wycofują.  Postanowił sobie przypomnieć co się działo w ostatnich godzinach i dniach. Przegrali? Wygrali, ale jak to partyzanci musieli odskoczyć od wroga? Poznawał okolice. Znał ten bród. To była Rzeka Błękitna i jego rodzinna Jazygia. Zrozumiał, że kierują się na południe w Góry Srebrnej Pantery. Choć trzebione i wypalane  przez wroga tamtejsze lasy dadzą bezpieczne schronienie.  Przypomniał sobie też moment odniesienia rany. To była walka o ratusz. Piętro po piętrze, pokój po pokoju torowali sobie drogę granatem, automatem i nożem. W końcu ostatni obrońcy trzymający się jeszcze w piwnicach i na poddaszu, albo zginęli, albo poprosili o łaskę. Wbiegł z kolegami na taras wieńczący ratuszową basztę. Ogarnięty euforią zaczął mocować chorągiew bojową Wielkiego Księstwa Kardanostanu.  Błękitny sztandar z dwugłowym złotym orłem, słońcem i półksiężycem załopotał  wesoło na wiosennym wietrze. Uniósł karabin do góry w geście tryumfu i wtedy poczuł uderzenie w pierś. Zdążył pomyśleć, że musiał trafić go snajper. Poczuł metaliczny smak w ustach i zobaczył jak z ust wydobywa się krwista piana. Kula z wzmocnionym rdzeniem przebiła kamizelkę kuloodporną i utknęła w płucu.  Zachwiał się i runął staczając się po schodach wiodących na górną część tarasu. Potem film mu się urwał. Nie mógł sobie przypomnieć ani minuty tego co działo się z nim później, aż do tej chwili. Leżał wiec i  tylko patrzył na nocne niebo rozświetlone  tysiącami gwiazd i srebrnym światłem księżyca. Bolały obandażowane żebra. Czuł, że trawi go silna gorączka. Zaczął zapadać w półsen szepcząc cicho jej imię.  Nagle poczuł lekkie ukłucie i delikatny, żeński,  przepraszający uścisk drobnej dłoni. Przewrócił nieco głowę. Śliczna, czarnowłosa, drobna sanitariuszka otwarła różowe usta. Cichym, dziewczęcym, ale bardzo pewnym głosem powiedziała:

– przylecą po Was, przylecą helikoptery. Przejdziemy w góry i tam was wszystkich załadujemy do śmigłowców. Będziesz żyć.

 

Koniec opowiadanka. Może kiedyś napiszę jeszcze jakieś „Kardanostanskie”. Jak będzie wena bo pieniędzy ani nagród z tego tytułu nie oczekuję  🙂

P. S.

Komentarze polityczno-bieżące na  chutornik_dzialfoto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *