Od września do grudnia
Taki tekst strzeliłem na Insta 8 II:
Tak mnie bombardują relacje z 100-ówki i mi się przypomniała ta gimbaza, która uczyłem w 2022. A teraz jest 2026 i to są MATURZYŚCI. Łobuzy z 5 BDT to już nawet chyba brody golą XD
No to powodzenia dorośli ludzie w dorosłym życiu. I dużo szczęścia. Przy czym szczęście nie polega na tym, żeby dużo zarobić, ale się nie narobić. Mieć dużo imprez i segzu. Tylko na czym innym.
P. S.
A Jakbyście stwierdzili, że matura to bzdura i lepiej grabać eurosy, to na wolnym nie śpiewajcie piosenek Ich Troje, ani innego Cypisa, gdy starszy kolega za ścianą wstaje na I zmianę XD
Gdy wstukiwałem te słowa wróciły wspomnienia z tamtego czasu. Jesieni pierwszego roku wielkiej wojny ukraińskiej. Zarazem jesieni kiedy po siedmiu latach przerwy wróciłem do Elektryka. Szkoły w której zdawałem maturę i miałem praktyki studenckie.
Jesień Zwycięstwa
Tamtego roku przedostatnia z jego pór zaczęła się dla mnie euforycznie. Doznałem stanu wielkiego szczęścia po błyskotliwym nastupie SOU na pograniczu Ukrainy Słobodzkiej i Donbasu. Wrześniowa Burza pogromiła rosyjskie siły w tym regionie. Brzmiały w tej operacji echa rajdów wojsk Sahajdacznego. Przypominała chorwacka Burzę z lata 1995 roku. Pod koniec tamtej jesieni wojska ukraińskie odbiły Chersoń nad dolnym Dnieprem.
Sam we wrześniu ostatni raz tego roku wyruszałem w trasę na wschód. Jedną na Roztocze z Saszą – zdemobilizowanym na skutek ran komandosem. Drugą do Lwowa i Stryja. Rwało mnie dalej. Do takiej podróży jaką przeżyłem na przełomie lutego i marca. Wtedy to była bardzo moja wojna. Nie na tyle moja, żeby walczyć w obronie Ukrainy z karabinem w ręku, ale na tyle moja, że rwało właśnie na ukraińskie szosy. Na Lewy Brzeg. Doskonale też pamiętam ten słoneczny poranek kiedy z paczkomatu wyjąłem przesyłkę. W niej były dwe zdobyczne czapki wojskowe i kilka szewronów ukraińskich jednostek. Prezent ze Wschodu.
Wojna ta była wtedy dla mnie jeszcze zrozumiała i pod względem techniki i taktyki jak i moralnie. Były już na polu walki drony, polowe tablety, nawigacja satelitarna, laserowo naprowadzane bomby, ale był w niej jeszcze manewr. Były jeszcze zagony pancerne , kolumny cięzarowek, desanty spadochronowo-śmigłowcowe. Moralnie to było jeszcze przed polsko-ukraińskim pęknięciem z lata-jesieni 2023. Jeszcze, jak się zdawało panowały braterstwo i jedność. Dziś, gdy widzę w relacjach medialnych zamarznięty i dumny Kijów mowiacy Rosji – guerra a cuchillo! wracają wspomnienia sprzed czterech lat. Czuję gniew i czuję solidarność. Owszem nadal to w jakimś stopniu moja wojna. Lecz to już nie to samo co w roku 2022. Wtedy wszystko było klarowne i proste. Zdawało się, że dawna Rzeczpospolita odrodzi się, że budzi się Międzymorze. Jesień tego roku była dla mnie Jesienią Zwycięstwa.

Sanatorium
Do Szkoły trafiłem z trudnej i dziwnej sytuacji życiowej. Nie tyle byłem Polakiem co otworzył Serca i Drzwi i syci sìę swą sarmacką cnotą co raczej miałem w domu obóz uchodźców. Nie wchodząc w szczegóły, obóz uchodźców to trudne do wytrzymania miejsce. W poprzedniej pracy na trzy zmiany obsługiwałem linię produkcyjną na której do i z pieca i malowania szły, zdawałoby się bez końca, motyki, widły, grabie i łopaty. Huk, gorąc, monotonne tysiące kroków każdego dnia. Tu zaś robota była czysta, w białych koszulach, z ogolona gębą. Człowiek pachniał po fajrancie wodą kolońską, a nie potem, farbą świeżo pieczoną i hartowaną stalą.
Do tego… Wszystko było prawie dokładnie takie samo jak przed laty. A55, A56, A30, A136, Biblioteka, B17. Nawet paprotki w tych samych miejscach wisiały. Nagle z wyczerpanego nazbyt ciekawym stałem się jakąś Małą Gwiazdą. Ani tego nie oczekiwałem, ani się spodziewałem, a stało się. O tak, włączyło mi się charme gawędziarza. Opowiadałem tej szkolnej młodzieży o historii z pasją. Nie nudzili się na moich lekcjach. Byłem szczęśliwy robiąc to co lubię i do czego, być może, mialem powołanie. Jednocześnie odliczałem tygodnie i dni do końca tej zabawy. Nie praca, a sen raczej. Sen świadomy, że jest snem i się skończy.
Odpocząłem przez te 9 tygodni. Gdy sąsiad Stachu napotkany po drodze do szkoły pytał
–do roboty Sąsiad?
Odpowiadałem
–Stachu to nie robota, to na razie sanatorium
Nie żeby praca nauczyciela była prosta, łatwa i przyjemna. Mówię tylko o swoim konkretnym przypadku. O tym moim śnie na jawie raczej niż zawodowym doświadczeniu.
Czarny kot w czarną noc
Tamtej jesieni przyszła też Małpa. Zachodziła już od wiosny. Sprawdzała ludzi i terytorium. W październikowy, zimny i deszczowy wieczór po prostu przyszła za ludźmi. Wlazła do domu, wyprosiła kawałek schabu. Potem wskoczyła do łóżka i zaczęla mruczeć. I została. I było tak spokojniej, gdy ona była. Nawet był taki wieczór, gdy tak sobie siedzieliśmy ja, Katia, Anna Władymirywna i Małpa. Za oknem szalał jesienny wicher, o szyby bębnił deszcz jesienny, ale w domu było ciepło, jasno i sucho. Było składanie szafki z plastykowych rurek i płótna. Była kolacja, poprawianie kartkówek, herbata, film i poczułem się jakby szczęśliwy. Potrzebny. Pierwszy raz od bardzo dawna.

A potem spadły śniegi…
A potem dnia 1 grudnia ten epizod mojego życia się skończył. Przeleciałem przez klasy jak spadająca gwiazda, jaśniejąc pięknym, zielono-złotym blaskiem. Taki meteor. Niedługo później spadły śniegi. TA jesień się skończyła.
Nie znalazłem w tamten czas odwagi cywilnej by walnąć pięscią w stół i zakomunikować odpowiednim Osobom , iż moją kolejną pracą będzie szoferowanie po ukraìnskich szosach. Oczywiście na kierowcę TIR-a nie mam uprawnień. Oraz nadaję się do tego jak do polowania na wrogie drony za sterami Super Tucano. Busem 3.5 tony mógłbym jednak jeździć. A powrocie z trasy pisać korespondencję, nagrywać podcasty. Nie brakowało męstwa by jechać na kierunki Izjum, Chersoń, Kramatorsk, Nikopol, a tego cywilnego zabrakło.
Wróciłem do Fabryki Narzędzi Rolniczych, potem rok malowałem blachę w Fabryce Blaszanych Regałów. Niedługo po moim zatrudnieniu w drugiej z fabryk Anna Władymirywna repatriowała się do Kijowa. Jakoś się ustabilizowało to życie. Człowiek przywykł do pracy w rytm czterobrygadówki. Były ogródki – warzywny i ziołowy. Były wycieczki po południowej Polsce i okolicy. Herbaty i wina, oglądanie FKA, basenowanie we Frsztaku i Svidniku, Msza w co drugą niedzielę (8.30 w Polance), koszenie trawy, biegówki. No i były koty co wykocily się w deszczowo- śnieżny wieczór 27 marca 2023. Z czego dwa znalazły domy, a dwie kocice zostały. Stabilne życie, ale czułem coś w rodzaju przyspieszonego starzenia. Brakowało … Drogi i Celu.
Dalej przyszedł dzień kolejnego powrótu do szkoły. Tej samej, tylko tym razem na cały rok. Czyli de facto od września do czerwca. Znów zdawało mi się , że to wszystko jakiś sen. Znów odliczałem tygodnie do jego końca. Wiosną zeszłego roku, gdy rozkwitły tarninowe zarośla i sady wiśniowe i ja jakoś odmłodniałem. Przekwitły, sen się skończył i kolejny raz musiałem szukać sobie zajęcia. Tak, po różnych perturbacjach, trafiłem tutaj. Do wieloetnicznego osiedla robotniczych baraków w Haelen, w dalekiej Hollandii.

Popijając kawę na fabrycznej stołówce
I tak popijając kawę w fabrycznej stołówce (a to przyznać trzeba – takiej w Polsce nie widziałem) myślę nad życiem. Robota się zaczęła rozkręcać. No nie lekko, ale choć w euro zapłata. Przy okazji mam trochę ćwiczeń fizycznych, tak to nazwijmy 😉 Ciekawe to doświadczenie porównać życie i pracę w Zjednoczonym Królestwie i Królestwie Niderlandów.
Ciekawym jest też pracować w takim etniczym tyglu. Z samych tych co ich poznałem z imienia – ich Małe Ojczyzny to: Kraków, Wielkopolska, Dnipro, Muntenia, Łódź, Kołobrzeg, Góry Kemilańskie, Wołnowacha, Sądeczyzna, Beskid Żywiecki, Delta Dunaju, Podhale, Dobrudża, Auksztota, Sumy, Bukowina, Radom, Ługańszczyzna, Kurpie, Sarajewo, Zamojszczyzna, Tracja, Dolny Śląsk, Zaporoże, Bydgoszcz, Winnica, Swanetia, Atlas Wysoki, Pogórze Kazachskie ufff….
Coś nowego w życiu. Może restart. Może też i ucieczka. I osiedle spoko i ludzie w nim spoko. Las blisko i sowa nocą pohukuje. Mam już tu nawet swoje koty. Stellę i Grubego. To wszystko pozytywy.
Lecz tak naprawdę, gdyby Los był sprawiedliwy tańczyłbym nie tylko na Studniówce 25′ , ale i 23′, 24′ i 26′. Nagrodziłby i te 117 godzin na przedwiośniu roku 2022. Jak i te wszystkie trudy, wyrzeczenia jakie przyjąłem na siebie między marcem a wrześniem tamtego roku. Więcej, sprawiedliwość sprawiedliwością, ale moja praca tutaj to straszliwe marnowanie zasobów ludzkich. Gdyby tak samorząd akurat jesienią roku 2022 stwierdził, że trzeba inwestować w edukację. Gdyby doszedł do wniosku, iż to absurd – ponad trzydziestoosobowe klasy w kraju, gdzie od bodajże dwóch dekad mamy stały niż demograficzny. I wtedy…A ja bym się już odwdzięczył. Pracował nie na pół, ale na 90% swoich możliwości. Bo jestem niemal pewien , że mając przed sobą wizję nie roku, ale pięciu lub choć trzech stabilnej pracy w szkole wyciągnął bym z siebie o wiele więcej To co szło mi dobrze, szło by jeszcze lepiej. To co szło gorzej – nad tym bym pracował. Chciałoby się człowiekowi. Sobie zaś nie mogę wybaczyć, że nie znalazłem owej cywilnej odwagi i nie zrobiłem tego co powinienem zrobić w śnieżną zimę 2022/2023. Czasu już jednak nie odwrócę. Pora spojrzeć do przodu, nie za siebie.

