Wracając myślą do lat młodości ;)
Im bliżej czterdziestych urodzin tym częściej z sentymentem wracam do młodych lat. Ostatnio przez całą nocną zmianę wspominałem czasy szkoły średniej. Zasadniczo można zaryzykować stwierdzenie, że krajobrazowo wiele się nie zmieniło. Owszem na basen już nie wpada śnieg przez szpary w oknach bo owych szczelin już nie ma. Tak jak i szkolnych warsztatów pachnących smarem, spawaniem i chłopami. Dziś to elegancki „Budynek C”. Szkolny parking dziś jest gęsto zastawiony uczniowskimi autami. Za czasów mojej młodości stały tam tylko dwa stare volcwageny, polonez i sejczento Matiego. Wspaniałe Sejczento – po tuningu silnika i że spojlerami.
. No i Żaba była inna. Obecna to siostra oryginalnej skradzionej przez nieznanych sprawców. Tak… trochę się zmieniło, ale nadal gdy przechodzę obok szkoły odczuwam coś w rodzaju deja vu.
Z nauką było różnie. Matematyka – najgorzej. Byłem prawdziwym utrapieniem dla Ś. P. profesorki Król. Tylko wstawiennictwo Wychowawcy , korki u profesora Słonia i litość ww. nauczycielki uratowały mnie przed powtarzaniem 3 klasy. Dziś żałuję swego lenistwa i krąbrności. Jeszcze bardziej tego , że nie przykładałem się do nauki języków. Szczególnie łaciny. Gdybym ją znał dobrze to dziś bym bez problemu dogadał się np. z Florii ze stanowiska nr 9 czy z brygadzistą Nicolae Draculescu.
*** *** ***
Lepiej szła mi fizyka i chemia, jeszcze lepiej biologia i geografia. Najlepiej zaś historia, WOS i polski. Z wypracowań u profesorki Wójtowicz zwykle dostawałem 5 , albo 6. Często bywałem w bibliotece (pozdrowienia pani Elu) uczęszczałem też do Klubu Młodych Poetów. Taaa… pisałem wierszyki. Zresztą nadal mi się to zdarza. W tamtych czasach głownie o Basi i o historii. Basia podobała mi się bardzo, zdaje się było to w klasie drugiej. Nie mając śmiałości wyznać jej swych uczuć pisałem erotyki ku jej czci. Wielka poezja to nie była, ale taka szczera. Te o historii były zaś patetyczne,. Takie herbertowsko- mickiewiczowskie w duchu. Raz nawet dostałem wyróżnienie w konkursie. Za wiersz inspirowany „Opowiadaniami kołymskimi”. Pamiętam ten październikowy wieczór, gdy razem z profesorką Pelc czekałem na odbiór dyplomu. Byłem bardzo z siebie dumny. Podobnie po urządzeniu w szkole czegoś w rodzaju mitingu. Celem, krytego było poparcie dla rewolucji na Ukrainie. Energia kipiała nie mogąc znaleźć ujścia. Dziś wiem co bym z nią zrobił. Lecz jaka frajdą byłoby bycie nastolatkiem z doświadczeniem życiowym czterdziestolatka? Słabą.
Poza zdobywaniem wiedzy było też oczywiście zwykle szczeniackie życie. Wyjazdy „na domki”. Do Folusza i innych tego typu miejsc. Chodziło się na imprezy. Do nieistniejącego już Armagedonu czyli największej dyskoteki w mieście. Na festyny i tu czasem były naprawdę ciekawe przygody. Na „balony”. Jeśli o „balony’ chodzi to utkwiła mi w pamięci noc 2 na 3 maja 2004. RP stała się wtedy członkiem UE co wydawało mi się bardzo ważnym wydarzeniem. Prywatnie zaś dostałem wtedy pierwszego w życiu solidnego całusa od niejakiej Darii i był to bardzo istotny Moment Przejścia. No i były oczywiście sporty górskie. Do WuEfu przykładałem się średnio. Taki czwórkowy uczeń ze mnie był. Gdy jednak padało hasło „szkolny wyjazd na Magurę” to już w myślach smarowaniem świeca spodu nart. Latem zaś razem z Rudym jeździliśmy na obozy wędrowne w Bieszczady. Rudy , mój kolega z ławki (a później brygadzista podczas pracy w UK) wizualnie się mocno zmienił. Wtedy miał rude loki spadające do połowy pleców i nosił koszulki z napisem „Ajron Mejden”. Dziś jest krótko ostrzyżony i chodzi w mundurze. Jednak dalej to ten sam Rudy. Tak samo Elektryk. Niby inny, ale jednak ten sam.
P. S.
Dzieją się rzeczy wielkie. I coś o tym skrobnę. Może w lipcu? Na razie krótkie komenty i refleksje na tzw. soszjale wrzucam.
