Tatarsko – mongolska sztuka wojny 2
Dziś ciąg dalszy opowieści o sztuce wojny wg Czyngiza i jego następców. Kroci mnie by skomentować sprawy bieżące w Polsce, Europie Wschodniej czy sprawy dżyhadowe. Jednak za dużo ostatnio tych spraw bieżących, a więc będzie o dawnych dziejach.
Wilki nauczycielami – taktyka walki w polu
Jak już wiecie armia mongolska była armią blitzkriegu. Przed bitwą w polu wodzowie tatarscy skutecznie dezorientowali wroga manewrując, rozłączając to łącząc wojska. Usypiali jego czujność, bądź wręcz przeciwnie budzili przerażenie paląc niezliczone ogniska czy rozstawiając liczne pozorujące kukły. Atak zaczynali często od rozpoznania bojem – wysyłając mniejsze siły, dla rozpoznania słabych i silnych punktów przeciwnika. Przeciwnika łamano zasypując falami strzał, niekiedy używając też polowych machin bojowych. Po deszczu strzał w zależności od okoliczności uderzali odpowiednimi siłami. Czasem było to przełamujące uderzenie ciężkiej kawalerii w stylu „rycersko -husarskim„. Takie uderzenia stosowano np. na wroga przeprawiającego się przez rzekę, albo z podłamanym morale. Stosowano wtedy szyk zwany „dłutem„. Innym razem rozwijano wojska w oskrzydlający półksiężyc – zwali tą formację „jeziorem„. Wciągano wroga w zasadzki pozorując odwrót. Na pewnych zwycięstwa wojowników przeciwnika spadały ciosy z flanki. Jednocześnie „uciekający” zawracali atakując z trzeciej strony. W czasie ucieczki stosowano często „strzał partyjski” czyli zaskakujące salwy strzał „do tyłu„. Takie manewrowanie to tak zwany „taniec tatarski„. Odwody staranie ukrywano. Gdy mieli czas na przygotowanie (a starali się zawsze sami wybrać czas i miejsce konfrontacji) kopali wilcze doły, rozsypywali kolczatki i zakładali inne „pola minowe”. Innym zaskakującym sposobem walki było związanie walką czoła wroga, gdy w tym czasie odwód uderzał na tyły, a flanki zaciskały pierścień okrążenia. Trochę jak w klasycznym manewrze Hannibala.
Sztab z wodzem stacjonował na wzgórzu – najlepiej najwyższym. W Europie w tym czasie królowie i wodzowie sami brali udział w walkach. Co mądrzejsi brali udział dopiero w szarży odwodów. Co głupsi lecieli na czele pierwszego natarcia. I nie po to, żeby podprowadzić wojowników pod pozycje wroga dla podbudowania morale, ale wprost , żeby tłuc się i narażać głowę dla rycerskiej chwały. Kończyło się to często „urwaniem głowy” wojsku już na początku bitwy. Mongolscy wodzowie robili inaczej, obserwowali walkę z góry cały czas mając pieczę nad tym co się dzieje. Łączność zapewniały znaki wydawane buńczukami, łącznicy. Zauważmy, pod Grunwaldem nasz król, dowodził na sposób tatarski, a wódz Krzyżaków ostatecznie wziął udział w walce i poległ.
Wrogów deprymowano i łamano na różne sposoby. Czasem wielotysięczne siły walczyły na rozkaz chana w całkowitym, przerażającym milczeniu. Innym razem przeraźliwie wyjąc i pogwizdując. Konie płoszono petardami, bombami dymnymi, strzałami świszczącymi. Pod Legnicą, jak już pisałem, użyli prawdopodobnie coś w rodzaju gazu łzawiącego, wywołując panikę. Chyba nie za bardzo rozumieli europejski podział na bronie „honorowe” i „niehonorowe„. Broń miała dać zwycięstwo 😉
Szable, łuki, dzidy – broń ofensywna
Co do uzbrojenia, różniło się częściowo od standardów Europejskich. Jako broń białą chętnie używali bardziej ergonomicznej szabli, choć miecz, długi nóż i topór też był w użyciu. Lubili też broń obuchową – maczugi, buzdygany i czekany (czekan to taki kilofek na długim stylisku podobny do tego jaki stosują dziś alpiniści). Czekan bardzo skuteczny do przebijania zbroi i hełmów. Groźnym orężem była włócznia, często o barwionej na czerwono rękojeści. Z niej to wyrosła lanca, która przeżyła renesans w czasie wojen napoleońskich dzięki naszym ułanom. Apropo „ułan” to słowo z języka tatarskiego 😉 Specyficzną bronią był arkan czyli lasso. Przydawał się np. gdy wojownik chciał pochwycić „języka”. Niektórzy byli wprawieni w walce biczami i kiścieniami. Kiścień to takie nunchaku, tylko zamiast kołka
zakończony jest np. kolczastą kulą.
zakończony jest np. kolczastą kulą.
Bronią do walki na dystans były oszczepy i dziryty (małe oszczepy) i, nade wszystko, łuk refleksyjny. Oto jego opis:
Każdy wojownik miał ze sobą trzy łuki. Strzały były różnorodne. Jedne służyły do rażenia ludzi w kolczugach i zbrojach. Inne miały kaleczyć konie i wrogów pozbawionych zbroi. Istniały też strzały świszczące. Miały dwojaką funkcję – sygnalizacyjną i „płoszącą„. Strzały zapalające podpalały wrogie obozowiska i tabory. Strzały trujące były bronią psychologiczną . Do zatruwania grotów stosowano m.in wilczą jagodę, jad żmij chwytanych na wiosnę itp. Łuki trzymano w futerale – łubiu, a strzały w kołczanie. Konny łucznik stawał do bitwy z minimum trzema kołczanami. W każdym było po trzydzieści strzał różnej długości i rodzaju. Robiony był zwykle ze skóry i kory brzozowej. Niekiedy używali także polowych balist i katapult miotając kamienie, belki, wielkie strzały – bełty czy „kotejle mołotowa” sporządzone np. z oliwy czy ropy.
Ciąg Dalszy w następny weekend 🙂
Krosno 23.XI.2015 r.