Nauki roku 2015
Kijów. Luty.
Na peronach panowała dziwna, nerwowa atmosfera. Grupy żołnierzy stały zbite w kupkach niczym kijowskie wrony siedzące na dachach. Ludzie zbijają się w grupki, gdy się boją, gdy czują się niepewnie. Ten odruch jest podobno jedną z najczęstszych przyczyn śmierci świeżych rekrutów na frontach wojen. Wokół przemykali cywile ze spuszczonymi głowami. Niebo było za to piękne – jaskrawo niebieskie, jak to podczas mrozów. Dziewczynom i żonom zamarzały łzy na policzkach. Jakiś ochotnik z Gruzji nerwowo pali papierosa, chmura dymu wylatuje spod orlego, kaukaskiego nosa. Jakiś spadochroniarz popija małpkę smakowej wódki. Z nadjeżdżających ze wschodu pociągów wysypują się cywile i żołnierze z potwornie wymęczonymi twarzami. Wszystko jak na dawnych kronikach filmowych, tylko , że w 5 D i kolorze. Wojna!
Glastonbury. Czerwiec.
Wszędzie unosił się kurz, zasłoniłem więc chustą twarz. Po gruntowych drogach sunęły niezliczone pojazdy. Traktory, terenowe widlaki, dżipy, vany , ciężarówki. Siedziałem na pace forda i czekałem, aż kolejny posterunek ochrony przepuści nas dalej. Sprawdzają kolejne opaski na ręku. Musisz mieć kilka by przejechać. Tak… Festiwal w Glastonbury to przedsięwzięcie z rozmachem godnym Imperium. Miałem wrażenie, że buduje jakąś wielką bazę wojskową a nie festiwal podczas którego uczestnicy mają się stać na kilka dni „Dziećmi Wszechświata”. Za 200 funtów. Dziwne to było uczucie, na samym końcu przygotowań, gdy musiałem z kolegami wyskakiwać z paki i budować namioty dla bileterów przy bramach. Brudni, zbrojni w młoty i wyglądąjacy nieco dziko gorączkowo pracowaliśmy. Trzeba było pracować szybko, bo te namioty były przy bramach wejściowych. Zaczynały się już robić ludzkie korki na drogach na terenie festiwalu. Musieliśmy zdążyć na czas. I tacy szarzy od kurzu, w szarych ubraniach, w złotym słońcu zachodu musieliśmy wyglądać surrealistycznie otoczeni tłumem kolorowych, młodych ludzi będących ewidentnie pod wpływem różnorakiej ekstazy. Jak kosmici, albo podróżnicy w czasie. A te wszystkie brytyjskie chłopaczki i te wszystkie młode, brytyjskie dziewczęta patrzące na nas szerokimi źrenicami … otaczali nas jak korowody ni to nimf i elfów. Wokół było świętojańsko, hipsiowsko, ekstatycznie. I nasza polsko-angielska załoga wśród tych korowodów. Szara. Słońce już zaszło , gdy skończyliśmy robotę. Wracaliśmy do Exeter.
Lublin. Listopad
Noc była miło ciepła jak na listopad. Patrzyłem na jesienną panoramę Lublina . A tu nagle słyszę – w Paryżu wojna! – Jaka wojna? – terroryści biegają po mieście! Strzelają z kałasznikowów! Wysadzają się w powietrze! Krzyczą Allahu Akbar! Mają zakładników! Zgasiłem papierosa na pokrywce od słoika i poszedłem na internety. Atak na Debalcewo to jednak atak na miasto w stepach, ale atak na Paryż, wojna w Paryżu to faktycznie interesująca nowość. Pierwsze jednak, położyłem czajnik na grzejniku. Ciekawe czasy, ciekawe noce – kawa się przydaje w takich momentach.
Morał
Jaki z tego morał? Sami sobie zinterpretujcie. Co ja o tym wszystkim myślę – można się dowiedzieć czytając Chutornika. Ale jestem nieobiektywny do końca. Bo nikt nie jest. Ostateczne wnioski wyciągnijcie sami.