Lektury na lato
Czytam i polecam wspomnienia z Wietnamu pt. „Powiedz, że się boisz”. Napisał ją pilot helikoptera Robert Mason. Jeśli interesujecie się historią lotnictwa, historią techniki wojskowej, helikopterami lub planujecie robić licencję pilota ta ksiązka to lektura obowiązkowa! Autor w przystepny, a czasem zabawny sposób opisuje jak działa śmigłowiec, jak jest zbudowany i jak się nim poruszać. Szczególnie w warunkach bojowych co mam nadzieje (jesli chcecie być pilotami) nigdy Wam się nie przyda. Jest to też obowiązkowa lektura, dla osób zainteresowanych tematyką wojny wietnamskiej. Polowałem na nia od lat. Niestety w antykwiariatach i „na necie” jej ceny sięgały 100-150 zł. Niedawno, ktoś wpadł na pomysł prosty, a genialny. Wznowić wydanie. Cena natychmiast spadła. Poszedłem do księgarnii. I zacząłem czytać.

Były pilot opowiada o wojnie wietnamskiej taką jaką on ją zobaczył w czasie swojego dwuletniego pobytu na froncie (o ile możemy w przypadku tej wojny mówić o frontach). Sam uważa ją za niepotrzebną awanturę, w którą wplątał się tylko dlatego, że bardzo chciał zostać pilotem helikoptera. Akurat chwilę po skończeniu przez niego podchorążówki władze USA zdecydowały się na pełnoskalową interwencję w Indochinach. Musiał więc jechać na drugą stronę Pacyfiku. Dla niego ta wojna była ciągłą tesknotą za żoną i synem, zmęczeniem oraz strachem przed zestrzeleniem. Strach był uzasadniony. Helikoptery spadały na ziemię często. W wyniku ostrzału z ziemi, jak i np rozbijając się o drzewa czy górskie skały. Bywało, że zaloga przeżyła, a helikopetr ewakuowano i remontowano. Czas bywało też tak, że lotem do bazy sterował drugi pilot, a pierwszy leżał zakrwawiony i bezwładny na swoim fotelu. Straty wśród pilotów śmigłowców były wyjątkowo wysokie. Mason wspomina, że w dywizjonie zwiadowczym jego batalionu, poległo śmiercią lotnika 14 z 20 pilotów. W przeciagu pół roku … Mimo tego przez niemal dwa lata ciągle latał nad dżunglą. Brał udział w bitwie w dolinie Ia Drang (XI 1965) i wielu mniejszych potyczkach. Desantował patrole, ewakuował żołnierzy z okrażenia. Wozil ludzi, sprzęt, broń i amunicję. Ciagle ryzykował co nieustannie pogłebiało wojenny stres. Do tego dochodziło poczucie wyobcowania. Zupełnie innna kultura i klimat, poczucie, że każdy wieśniak może być partyzantem lub agentem partyzantów. Bar, burdel czy ciemny zaułek mógł w każdej chwili okazać się pułapką. Ludzie, którzy w dzień się uśmiechali do amerykańskich żołnierzy nocą podkładali miny, wysadzali mosty i organizowali zasadzki. Autor z całkowitą szczerością opowiada o niskim morale Armii Południowego Wietnamu i jej infiltracji przez wywiad Wietkongu. Nie ma oporu przed opisywaniem brudów armijnych – korupcji intendentury, absurdach wojskowej biurokracji, doraźnych egzekucjach, pomyłkowym strzelaniu do swoich kolegów, czy pladze chorób wenerycznych. Mason służył w wojsku ofiarnie, ale nie należy do tych weteranów tej wojny, którzy uważają, że politycy nie dali jej wygrać. Nie ma racji, wojna ta była do wygrania. Ma jednak prawo do swojej oceny. Na pewno, nie należy też do tych weternów, którzy po powrocie z wojny głosili, że Wietkong to bohaterowie, a US Army to nowe SS. Bez ogródek opisuje np. straszliwe pastwienie się nad jeńcami jakiemu z zamiłowaniem oddawali się wietnamscy komuniści. Książka ponura i okrutna, ale przy tym jednoczesnie bardzo zabawna. Można powiedzieć „szwejkowska”. Ciekawy jest też ostatni rozdział – życie „powojenne”. Próba odnalezienia się w cywilnej rzeczywistości. Trudna, ale zakończona sukcesem. Gdy „Bob” jedzie na prelekcję dla współczesnych pilotów-komandosów. Gdy pyta kto czytał jego książkę wszystkie ręce podnoszą się w górę…

Polecić też mogę najnowszy numer „Historia DoRzeczy”. Jak zwykle mozna tam znaleźć wiele ciekawych historii. Na przykład o tym jak hetman Chodkiewicz został „admirałem”, o stadninach Dzieduszyckich czy bohaterskim starszym marynarzu Simonie (był młodym kocurkiem) i innych zwierzętach odznacoznych za męstwo. Tematem numeru jest granatowa policja i próba oceny działaności tej formacji. Kim byli „granatowi”? O ile Sowieci wymordowali wiosną 1940 roku większość polskich policjantów, którzy dostali się do ich niewoli to Niemcy postąpili innaczej. Ze względów praktycznych nie rozwiązali polskiej policji. Ponad 1/3 przedwojennych funkcjonariuszy pozostała na służbie. Dołączali do nich kolejni – głównym powodem wstepowania w szeregi była bieda. Ocena „granatowych” nie jest łatwa. Wiadomo, że bardzo wielu współpracowało z podziemiem dostarczając cennych informacji, pomagało cywilom, zwalczało bandytyzm. Ocenia się, że ponad 10% funkcjonariuszy zostało rozbrojonych a przez Niemców, a następnie zlikwidowanych lub wysłanych do obozów. Jednocześnie bardzo wielu stało się „złymi psami”. Mordowało Zydów i Polaków, wymuszało łapówki, pogrążało się w pijaństwie, rozpuście i przemocy. Nie jednego z nich dosiegły kule bojowników AK. Bywało i tak, że ten sam funkcjonariusz (notabene służący na Podkarpaciu) jednocześnie mordował jednych Żydów, a innych ukrywał z narażeniem życia. Proporcje dobrego i złego są naprawdę trudne do ustalenia. Próbowac jednak trzeba. Porusza się tez w numerze temat osławionego policyjnego Batalionu 202, który na Wołyniu chronił polskich cywilów przed rzeziami, zwalczał UPA, ale i wspólnie z Niemcami pacyfikował ukraińskie wioski. Temat numeru bardzo ciekawy, i jak czesto bywa w przypadku tego czasopisma, kontrowersyjny. Bardzo podoba mi się takie urządzenie gazety o tematyce historycznej. Jest trochę ciekawostek, ale są i tematy ciężkiego kalibru. Redakcja nie pielęgnuje w czytelniku kompleksów narodowych tak jak lubią to robić „europejskie” periodyki. Jednocześnie daleka jest od „bogohonoroojczyźnianej” narracji, tak ostatnio popularnej. Narracji, która się w końcu przeje Polakom, tak jak przejadła się „europejskość”. W historii najciekawsze jest dążenie do ustalenia prawdy. I tą prawdę starają się ustalić autorzy „DoRzeczy Historia”. Choć czasem mnie irytują, do bardzo szanuję ich pracę. Dlatego serdecznie polecam lekturę tej gazety.
P.S.
Głośno ostatnio o amerykańskiej „Ustawie 447”. Niektórzy uważają, że trzeba oddać tzw. „mienie bezspadkowe” żydowksiej „mafii holokaustowej”. Jeśli sie nie ugniemy to „Amerykanie wyrzucą nas z NATO”. Czy Niemcy wyrzucili nas z UE, mimo tego, że od 2,5 roku rządzi u Nas rząd, który im nie odpowiada? Nie. Tym bardziej Amerykanie nie wyrzucą Nas z NATO. Polska poza NATO oznaczało by rezygnację USA z łupów jakie uzyskali w III wojnie światowej tj. Zimnej Wojnie. Śmierć ponad 100 000 żołnierzy amerykańskich, którzy polegli w tej wonie (głównie w Koreii i Wietnamie) poszła by na marne. Amerykanie nie wyrzucą RP z NATO. A jak będa nam dokuczać zawsze można szerzej otworzyć się na Chiny. Znajmy swoją wartość.
