Baśnie 1001 nocy, wersja współczesna
Ostatnio oglądając cotygodniowe „przeglądy” dziennikarza Witolda Gadowskiego (które lubię) usłyszałem kilka stwierdzeń, które są jawnymi półprawdami. Pewnie wielu z Was też słucha felietonów internetowych pana Gadowskiego. Warto więc trochę „naprostować”.
„Kiedyś było jakoś fajniej”
Znany dziennikarz sugeruje, że wszystko złe przyszło do Iraku z Amerykanami, a ludzie wspominają czasy poprzedniego reżimu jako „złote”. Być może tak własnie Gadowskiemu mówią. Ludzka pamięć to specyficzna machina. Na przykład w latach 90-tych dość powszechnie można było słyszeć w Polsce osławione „Komuno wróć!„. Chyba podobnie jest w Iraku bo ludzie czy na Bliskim Wschodzie czy w Paryżu czy na chińskiej wsi są w gruncie rzeczy podobni. Zawsze i wszędzie można było i będzie można usłyszeć „kiedyś to było, teraz tak nie ma„.
Na fotce głównej – wyzwalanie Al-Falludży , 2017 rok.
Jak było naprawdę z tym Saddamem? Korespondencję Gadowski wysyła z północnego Iraku. W 1988 roku armia Saddama Husajna przeprowadziła tam operację pacyfikacyjną o kryptonimie An–Anfal. W jej toku zniszczono 3-4 tysiące kurdyjskich wiosek z terenów „zakazanych„. „Zakazanych” czyli objętych kurdyjskim powstaniem wspieranym przez irańską ofensywę. Na wsie zrzucano bomby paliwo-powietrzne, napalm i bomby z gazami bojowymi. Ostrzeliwano je z haubic, moździerzy, czołgów i wyrzutni rakietowych. Palono domy, burzono je za pomocą buldożerów i materiałów wybuchowych. Wycinano lub niszczono chemikaliami sady. Setki tysięcy ludzi przesiedlono. Dziesiątki tysięcy cywilów obu płci i w każdym wieku zginęło w nalotach. Dziesiątki tysięcy mężczyzn podejrzanych o związki z kurdyjską partyzantką wywieziono na pustynię, gdzie czekały już na nich wykopane w piasku doły i karabiny maszynowe. Żołdacy gwałcili kobiety i grabili majątek Kurdów. W tym samym roku irackie lotnictwo zaatakowało bronią chemiczną kurdyjskie miasto Halabdża. W ataku gazowym zginęło na miejscu pięć tysięcy ludzi, a kolejne tysiące zmarły później w wyniku chorób wywołanych toksynami. To największa rzeź jakiej dopuścił się Saddam, ale nie jedyna. Na przykład w Halabdży w 1987 przeprowadzano akcję niszczycielską burząc część miasta.
Faktycznie iracki dyktator w 2003 roku nie był ani szczególnie groźny ani okrutny, ale sugerowanie, że to w ogóle był taki „Łukaszenka arabski” jest ćwierćprawdą. Saddam był rozbójnikiem jakich mało. To, że w 1991 Amerykanie wybili mu kły nie zmienia tego, że był tygrysem. Gadowski w pewnym sensie obraża tyrana sugerując mu brak rozmachu 😉 Zbrodnie Saddama można po części usprawiedliwić. W 1988 Kurdowie współpracowali mocno z Persami. Był to ostatni rok morderczej, ośmioletniej wojny między Iranem a Irakiem. Przegrana Iraku oznaczała by nie tylko rozpad kraju, ale i zdominowanie Arabów-Sunnitów przez Szyitów oraz groziła fizyczną zagładą samego Husajna, jego rodziny i klanu. Najazd na Kuwejt w 1990 z kolei tym, że Irak po wojnie był bankrutem. Na pewno jednak dyktator z Bagdadu nie był taki łagodny jak mówi znany dziennikarz. Był rzeźnikiem. Gadowski ma oczywiście obowiązek przedstawić opinie jakie słyszał, warto jednak, żeby dodał kontekst.

jak do tej pory wojna na którą zmobilizowano miliony mężczyzn i chłopców), bardzo krwawej i zapomnianej wojnie napiszę kiedyś dłuższy wpis. Ten konflikt miał ogromny wpływ choćby na dzisiejszą sytuację w Syrii, Iraku i Iranie. Warto o tym pamiętać.
Polska krew w arabskim piasku
Dalej znany dziennikarz sugeruje, że polski udział w inwazji i okupacji Iraku był bez sensu. Polska nie ma bowiem żadnych interesów w Iraku, a polska misja wojskowa w tym kraju była tym samym co pobyt Polaków na Santo Domingo (https://chutornik.pl/2018/04/witamy-w-polsce/).
To oczywiście jego interpretacja do której ma prawo. Ja widzę to inaczej. Po pierwsze w 2003 potrzebowaliśmy wzmocnienia naszej pozycji w NATO. Realnie w razie W pomóc nam może Ameryka, bo na Bundeswehrę nie ma co liczyć. Amerykanie zaś potrzebowali w 2003 roku udziału koalicjantów w operacji irackiej. Z przyczyn politycznych nie militarnych (naprawdę poradzili by sobie militarnie nawet bez Brytyjczyków) więc wysłanie dodatkowych wojsk do Afganistanu nic by nam nie pomogło. Pentagon wolał tysiąc żołnierzy polskich w Karbalii niż pięć tysięcy w Kabulu. Moralność, słuszność wojny miała drugorzędne znaczenie. To smutne, ale tak działa polityka międzynarodowa. I chwała ówczesnym polskim decydentom, że ten kontyngent wysłali. A był to nie kto inny jak Olek Kwasniewski i Leszek Miller. Natomiast stwierdzenie, że żołnierze narażali tam życie, a przecie są to ludzie jak wszyscy jest zwyczajnie głupie. Czy byli to chłopcy z poboru? Nie. To byli żołnierze zawodowi. Zawód żołnierza polega nie na ćwiczeniu na poligonach, ani uświetnianiu uroczystości patriotyczno-religijnych tylko na wojowaniu. Jeśli ktoś chce pracować w wojsku a absolutnie nie życzy sobie iść na żadne wojny bo „ma żonę, dzieci, chce żyć” to powinien znaleźć sobie inne zajęcie. Bibliotekarz, tokarz, księgowy – jest cała masa innych zawodów. Nie, zawód mundurowy nie jest „zajęciem jak każde inne„. A porównanie z Santo Domingo jest co najmniej dyskusyjne. Z tamtej wyprawy niewielu wróciło żywych, w Iraku zginęło kilkudziesięciu żołnierzy WP. Jest różnica, gdy ginie 3 na 4 i jak ginie jeden na 200. Chwytliwe porównania czasem są idiotyczne, gdy zobaczy się na szczegóły.

Kto jest winny upadku Mopsulu?
Znany dziennikarz, jak sądzę, sugeruje, że (na szczęście powstrzymanemu) rozpadowi Iraku w 2014 winni są Amerykanie. Jest to po części prawda. Najazd Amerykański w 2003 roku spowodował destabilizację tego kraju. Jednak głównym winnym tego, że w 2014 Państwo Islamskie zdobyło Mosul, a jego czołówki pancerne znalazły się na dalekich przedpolach Bagdadu jest… ówczesny iracki premier Nuri al-Maliki. Wybrany, w jak najbardziej demokratycznych wyborach. Zacznijmy jednak od początku.
Amerykanie najeżdżając Irak w 2003 mieli w głowach silne przekonanie, że są niepokonani. Wynikało to zapewne z stosunkowo łatwych zwycięstw jakie odnosili w latach 90-tych XX wieku. Okazało się jednak, że Saddam nie jest taki głupi. Wielkich walk nie było, bowiem… reżim zdawał sobie sprawę, że w konfrontacji regularnej ma małe szanse. Przygotowano więc wojnę partyzancką. Już jesienią 2003 roku w „Trójkącie Sunnickim„, bastionie zwolenników obalonego reżimu, wybuchło powstanie. Nie było tam co prawda lasów ani gór, ale były gęsto zabudowane miasta i wsie oraz wielka nienawiść do Ameryki. Podkładano miny, urządzano zasadzki, zabijano kolaborantów. Rzucano koktejle Mołotowa i rozciągano stalowe linki tuż przed przejeżdżającym konwojem. Wiosną następnego roku rozpaliło się z wielką siłą, a do Arabów-sunnitów dołączyła AL-Kaida. Na południu zaś wybuchło powstanie szyitów wspieranych przez Iran i Syrię. W kraju zapanował chaos bo sunnici i szyici atakowali Amerykanów, ich sojuszników i siły rządowe oraz bili się między sobą. W zamachach i rzeziach sunnicko-szyickich zginęły dziesiątki tysięcy cywilów. Amerykanie też tracili tysiące żołnierzy co było dla nich szokiem. Przerzucali do Iraku coraz to nowe siły. Na przykład z Afganistanu dzięki czemu mogła zregenerować się partyzantka talibska. Ilu tak naprawdę zginęło nie wiadomo, bo nie wiadomo ilu poległo „kontraktorów” z „prywatnych firm wojskowych” oraz Latynosów, którzy walczyli w zamian za obietnicę upragnionej „zielonej karty„. Z czasem chaos był tak wielki, że sunniccy rebelianci zaczęli pragnąć spokoju. Z kolei ich sojusznicy z Al-Kaidy zerwali związki z centralą organizacji i zaczęli działać na własną rękę. Tak właśnie rodziło się Państwo Islamskie choć wtedy jeszcze funkcjonujące pod inną nazwą. Arabowie z „Trójkąta” mieli dość kłopotliwego sojusznika. Narzucali swoją wersję islamu (w tym regionie silne są wpływy sufizmu), terroryzowali ludność, prowokowali odwety szyickich milicji. Amerykanie postanowili to wykorzystać stosując tę samą strategię co Rosjanie w Czeczenii. Po prostu skłonili część umiarkowanych rebeliantów do przejścia na stronę rządu w Bagdadzie. Dziesiątki tysięcy partyzantów nie tyle złożyło broń co skierowało ją przeciwko dżihadystom. W zamian zyskali solidny żołd, oraz obietnicę, że sunnici nie zostaną zdominowani przez szyicką większość. Jednocześnie istniały nadal ich struktury podziemne, których wodzem był nieuchwytny do dziś (nie wiadomo żyje czy nie) marszałek ad-Duri. Ilość zamachów gwałtownie spadła. Dżihadyści, w większości przybysze z zewnątrz, byli łatwo wyłapywani przez miejscowe siły. Wydawało się, że Irak ma już złe czasy za sobą.
Jednak…. Arabowie -szyici zaczęli robić to samo co sunnici przed 2003 rokiem. Tyle, że Arabowie- sunnici byli mniejszością więc musieli uciekać się do dyktatury. Natomiast szyici po prostu demokratycznie spychali sunnitów na margines. Kurdowie to co prawda też w większości sunnici, ale nie mieli zamiaru wspierać Arabów z „Trójkąta” po tym co im zrobił Saddam i jego ekipa. Oddziały byłych rebeliantów sunnickich rozwiązywano. Ludzie ci tracili pracę. Zaczęły się aresztowania. Rosła frustracja. Autorem tej samobójczej dla Iraku polityki był własnie premier al-Maliki. Nie wiadomo szyicki fanatyk, agent Iranu a może jedno i drugie.
Nic dziwnego, że na fali „arabskiej wiosny” w 2011 wybuchła kolejna rebelia sunnicka. I tu mała uwaga. Jestem przekonany, że gdyby USA i sojusznicy nie obalili reżimu w 2003 roku też wybuchła by w Iraku wojna domowa. Tyle, że powstali by Arabowie-szyici wspierani przez Iran. „Arabska wiosna” wszędzie niosła ogień powstań i rewolucji.

Kolejna rebelia sunnicka znalazła wsparcie ze strony… dawnych sojuszników- dżihadystów. To (między innymi) dlatego Państwo Islamskiemu tak łatwo było zajmować błyskawicznie ogromne połacie Iraku. Potem sunnici znów mieli dość i znów dogadali się z szyitami. Miejmy nadzieję na dłużej.
Trochę to skomplikowane…
Ja wiem, trochę to zawiłe, sam się w tym gubię. Stanowczo nie jestem szpecem od Bliskiego Wschodu. Bazuję na ogólnie dostępnych informacjach. Pan Gadowski zaś uchodzi za takowego. Faktycznie chłop odważny (wcześnie bywał też w ogarniętej wojną Jugosławii), faktycznie wie o Bliskim Wschodzie o wiele, wiele więcej niż ja. Więc… niech nie gada farmazonów. Informacja, nawet prawdziwa, pozbawiona kontekstu nie jest informacją tylko dezinformacją.

P.S.
„Jeśli fakty…” – https://wpolityce.pl/polityka/429021-pzl-informacje-o-odstrzale-200-tys-dzikow-sa-nieprawdziwe
To tak pod wczorajszy tekst. Ciekawe czy PZŁ usiłuje rakiem wycofać się z planu pod presją, czy cała sprawa była fejkiem od samego początku. Ostatnie lata znają wiele takich zakalców pieczonych przez opozycję.

A tutaj mój ulubiony publicysta Agnosiewicz o „rzezi dzików” – http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,778582
Jak jest naprawdę? Dalej nie wiem. No trudno, nie muszę wiedzieć wszystkiego. Właściwie z roku na rok wydaje mi się, że wiem coraz mniej.