Na biegówkach cz. 4


Za wododziałem

Po pokonaniu 18 kilometrów górskich ścieżek dotarliśmy do małej wioski Kalinowo (po słowacku Kalinov). Byliśmy za linią karpackiego  wododziału. Potoki spływające w dół toczyły swe wody nie do Bałtyku, ale do Morza Czarnego.  Wieś liczy ok. 300 mieszkańców i leży w okresie (powiecie) medzilaborskim – najsłabiej zaludnionym na terenie Słowacji.  Ten mikroregion znany jest głównie dzięki postaci znanego malarza Andy’ego Warhola, którego rodzice pochodzili z tych okolic. W miasteczku znajduje się muzeum artysty. Teraz opowiedzmy o samym Kalinowie… 

Wśród krzewów kaliny

Pierwsi ludzie, którzy pojawili się w tej dolinie, a o których coś wiadomo, używali rzymskich monet. W wiosce znaleziono skarb złożony z takich właśnie pieniędzy. Czy byli rzymskim kupcami, którzy przez Przełęcz Beskid podążali ku bursztynowemu Bałtykowi? A może był to depozyt należący do miejscowego wodza lub łup wojowników/zbójników? Tego nie wiemy. Wiadomo na pewno, że Kalinów został założony końcem XVI wieku na „surowym korzeniu„. Inwestorami byli węgierscy magnaci z Humennego.  W pierwszych latach osadnicy, zapewne zrutenizowani ( dziś powiedzielibyśmy „zukrainizowani”) Wołosi, musieli wykarczować puszczę. Najbardziej popularna metoda polegała na wypalaniu lasu. Najpierw zdzierano z drzewa korę „na wysokość chłopa„. Dzięki temu drzewo usychało, a przynajmniej stawało się słabsze i podatniejsze na ogień. Potem wzniecano pożar. Po wypaleniu połaci puszczy następowała najcięższa część robót. To jest wykopanie korzeni i wyplantowanie karczowiska. Nie było wtedy koparek i spychaczy. Wszystko odbywało się za pomocą siły mięśni. Końskich, wolich a przede wszystkim ludzkich. By znaleźć chętnych do wykonania tego niełatwego zadania stosowano rozmaite „promocje”. Na przykład 25 letnie zwolnienie od wszelkich podatków i należności. Kolejną zachętą była odległość od „cywilizacji”. Wielu osadników w Karpatach (podobnie było choćby w stepach Ukrainy)   było zbiegłymi chłopami pańszczyźnianymi, eks-zbójami czy innymi zbiegami. Po wykarczowaniu miejsca na wioskę, zbudowaniu pierwszych chat, zaczęło się gospodarowanie. Z początku Kalinów był typową leśną osadą. Osadnicy trudnili się hodowlą, wypalaniem węgla, produkcją smoły, myślistwem. Z czasem na miejscu wykarczowanego lasu siano żyto zboża , sadzono drzewa owocowe. Zbudowano cerkiew – centrum życia społecznego. Ogólnie mówiąc  puszczańska osada zmieniała się w górską wieś. 

Tołhaje z Zakarpacia

 Górale dorabiali sobie (jak to często bywa wśród górali na całym świecie) zbójnictwem. Proceder ten zwał się tołhajstwem. Węgierscy szlachcice sponsorowali górskich bandytów i chronili ich przed wymiarem sprawiedliwości. W zamian dostawali udział z  części  łupów. Tołhaje przeprawiali się przez górskie przełęcze, gdzie często czekali na nich lokalni współpracownicy. Napadali na dworki, plebanie, domy bogatych chłopów. Nie gardzili łupieniem karawan kupieckich czy ludzi wracających z targu. Zdarzały się napady na miasteczka. Co prawda istniała swoista Straż Graniczna tzw. oddziały smolaków, ale ich skuteczność była dyskusyjna. Rekrutowano ich z lokalnych mieszkańców, często mających kryminalną przeszłość. Z jednej strony doskonale znali teren. Z drugiej byli podatni na korupcję, a często sympatyzowali bardziej  z zbójnikami niż ludźmi, którzy ich najmowali do służby. Nie odstraszały też  brutalne kary takie jak łamanie kołem czy wieszanie na haku „za poślednie ziobro„. Stosunek ryzyka do zysku sprawiał, że proceder zbójowania był powszechny. Większość zbójników nie „pracowała w zawodzie” cały czas. Jedni trudnili się tym za młodu by zdobyć kapitał np. na założenie swojego gospodarstwa. Inni „chodzili na zbój” od czasu do czasu by sobie dorobić. Zupełnie jak dziś ludzie, którzy wyjeżdżają na jakiś czas „na Zachód” by zdobyć funty, euro i dolary. Schwytać rozbójnika nie było łatwo. Napadali z zaskoczenia, często nocą po czym znikali w lasach. Oprócz zysków materialnych tołhaj zdobywał prestiż społeczny i powodzenie wśród kobiet. Prawdą jest, że ludzie tacy jak Janosik zabierali  bogatym i rozdawali biednym. Tyle, że ci biedni przeważnie byli, a raczej były płci przeciwnej 😉  Proceder ten był utrapieniem (i, nie ukrywajmy, jednocześnie źródłem zysków) ludności z   karpackiego pogranicza (na „węgierską stronę” wyprawiali się z kolei górale z „polskiej strony„), aż do początku XIX wieku kiedy skutecznie zdławili go Austriacy.

Nowoczesność wkracza w góry

XIX wiek był czasem wielkich zmian, które docierały także w odległe górskie doliny. Do Medzilaborec doprowadzono kolej. Młodzi ludzie poznawali świat podczas służby wojskowej i wyjazdów zarobkowych. Ludzie wracający po kilku latach z Budapesztu, „Njujorku” czy „Szikago”  przywozili  ze sobą nie tylko dolary, ale i nowe idee. Mieszkańcy Kalinowa byli przeważnie  Rusinami Zakarpackimi. To ciekawa grupa etniczna żyjąca we wschodniej Słowacji i na ukraińskim Zakarpaciu. Etnicznie i kulturowo  spokrewnieni z ukraińskimi góralami – Łemkami, Bojkami i Hucułami.  Końcem XIX stulecia nie wystarczyło powiedzieć o sobie „Ja Rusin z Kalinowa, grekokatolik tutejszy”. Trzeba było być członkiem jakiegoś narodu w nowoczesnym rozumieniu tego słowa.  Rusini musieli się zdecydować czy chcą zostać Węgrami, czy zachować swoją tożsamość. Jeśli zaś chcieli ją zachować to  musieli określić jaką ona ma być. Poddawani naciskom przez węgierską administrację (po 1867 r.) naciskom madziaryzacyjnym często  sympatyzowali  z Rosją. Wpływy ukraińskiego ruchu narodowego były tutaj raczej niewielkie, choć już za górami np. w Jasielu czy Polanach Surowicznych większość górali identyfikowała się z narodem ukraińskim.  Gdy w 1914 r. wybuchła Wielka Wojna linia Karpat stała się szybko linią frontu. Władze austro-węgierskie deportowały, aż 2/3 mieszkańców wsi podejrzewanych o sympatie dla wojsk  cara Mikołaja II.  W Pasmie Granicznym toczyły się mordercze walki. Tysiące żołnierzy padło ofiara bitew, chorób i … pogody. Pierwsza wojenna zima była długa, mroźna i śnieżna, a na dodatek obfitująca w nagłe odwilże.  Sam Kalinów zimą 1914/1915 roku przechodził z rąk do rąk. Większość zabudowy spłonęła podczas walk.  I wojna światowa wyznaczyła nowe granice. Na północ od Pasma granicznego  była teraz odrodzona Polska. Na południe Czechosłowacja.   Gdy Kalinów się już odbudował znów spadła na niego wojna. W 1938 roku Czechosłowacja się rozpadła. Czechy znalazły się pod okupacją niemiecką. Obecny Obwód Zakarpacki został anektowany przez Węgrów. Słowacja stała się państwem  niepodległym, ale zależnym od Niemiec. Latem 1944 wybuchło na Słowacji antyniemieckie powstanie. Z pomocą dla powstańców ruszyły oddziały Armii Czerwonej. Późną jesienią 1944 bitwa o Przełęcz Dukielską dotarła do tej doliny.  Z Niemcami walczyli tutaj  sowieccy strzelcy górscy z I Armii Gwardii. Był to jeden z najbardziej krwawych  epizodów tej operacji. Choć wioska okazała się pierwszą miejscowością w Czechosłowacji z której wyrzucono nazistów to cena za to była wysoka. Ponownie większość zabudowy została unicestwiona. Na polach i w lasach zalegały tysiące min, niewybuchów i niepogrzebanych ciał.   Po wojnie przyszły trudne lata odbudowy i komunizmu. Był to szczególnie ciężki czas dla słowackich grekokatolików. Należy tu wspomnieć, że słowaccy grekokatolicy mają  swój kościół (nieco ponad 200 000 wiernych) zupełnie odrębny od ukraińskiego. Łączy ich wschodni   ryt liturgiczny i uznawanie zwierzchnictwa papieża.  O ile komuniści, przedstawiciele „świeckiej religii” z zasady  walczyli z Panem Bogiem, to z „katolickim Bogiem” walczyli szczególnie zaciekle. W latach 1950-1968 Kościół Grekokatolicki został zdelegalizowani. Duchownych aresztowano i wysłano do obozów pracy. Wiernych „zapisano” do Cerkwi Prawosławnej. Represjonowano też duchownych rzymskokatolickich. Nie oszczędzono też zakonnic czy świeckich działaczy.  Mimo tego wiara przetrwała. Dziś w Kalinowie istnieją dwie katolickie. Jedni wierni chodzą do cerkwi, drudzy do kościoła. Obie świątynie to cenne zabytki wybudowane w XVIII stuleciu.

Dzień dzisiejszy

Dziś wioska…. wygląda jak typowa wioska ze wschodniej Słowacji.  Niewątpliwie największym problemem regionu jest wyludnianie się. Z  jednej strony we wszystkich górach w jakich byłem, od Dartmooru w Anglii po Kaukaz w Gruzji, młodzi ludzie mają tendencję by wyjeżdżać z gór. Na wschodzie Słowacji problem ten jest jednak wyraźnie bardziej dolegliwy. Drugi problem to kwestia słabej integracji społecznej mniejszości romskiej. Kwestia, wbrew pozorom skomplikowana, więc temat na inny wpis 🙂 

Tyle o Kalinowie – pora wracać do Polski.

Szlaki i noclegi

Wschodnia cześć Beskidu Niskiego znana była kiedyś, z słabej bazy noclegowej. Dziś to się zmieniło. Pełno tu gospodarstw agroturystycznych. Dużo też szlaków. Coś dla siebie znajdą i turyści piesi i rowerzyści i miłośnicy jazdy konnej. Rzeki są pełne ryb, a lasy grzybów. Myśliwi mogą zdobyć wspaniałe trofea, a ekolodzy poobserwować puszczę zachowaną w bardzo naturalnym stanie.  O fanach  lasu i silników spalinowych nie wspomnę bo hobby kontrowersyjne 🙂 

Droga przez Beskid i Pogórze

Powrót do Rzeszowa obfitował w przygody. Na Przełęczy Szklarskiej (https://chutornik.pl/2016/06/na-szlaku-przygody-wycieczka-na/ ), gdzie się zatrzymałem wicher omal mnie nie wywrócił. W Widaczu na Pogórzu nabrałem wody z słynnego źródła. Potem, w Jazowej przed moimi kołami przebiegł rudy kot i rudy lis. Jak lisy lubię to mam nadzieję, że rudzielec zjadł inną kolację 😉

P.S.

O wschodniej Słowacji – https://chutornik.pl/2017/04/ciepy-bieszczad-reportaz/

P.S. 2

Dziś nie tylko Walentynki, ale i rocznica powstania Armii Krajowej. Pamiętajmy o bohaterach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *