Kapitan September – na Salang! cz.2


Ruszyliśmy dalej. Krętymi ścieżkami, wśród coraz dzikszych urwisk. W pewnym momencie zawiązano mi oczy i prowadzono jak ślepca. O zachodzie znaleźliśmy się u celu. Gdy rozwiązano mi opaskę okazało się, że jestem w górskiej pieczarze. Wąskie było dość wąskie, ale zaraz za skalnymi wrotami znaleźliśmy się w szerokiej skalnej sali. Suchej, ciepłej, o ścianach i podłodze wyłożonej słynnymi afgańskimi dywanami. Co więcej był to dopiero początek kompleksu jaskiń. Cała licząca ponad czterdziestu mężczyzn grupa rozlokowała się w swoich, nazwijmy to pokojach. Były tu też magazyny i kuchnie oraz pokój sztabowy z radiostacją. Prawdziwa kryjówka czterdziestu rozbójników z wschodnich baśni. Po odbyciu stosownych modlitw, wyczyszczeniu broni i sprzętu nadszedł czas wolny. Piliśmy słodką i mocną herbatę i jedliśmy pilaw. Rozmawialiśmy o toczącej się wojnie.

–Czemu Salang jest dla was tak ważny?

-To jest, jak mówią sami Sowieci, ich „Droga Życia”. Tędy idzie większość zaopatrzenia dla ich wojsk w Afganistanie. Tędy idzie broń, sprzęt i wszystko inne co potrzeba do toczenia wojny. Bez tej drogi reżym w Kabulu upadnie w kilka tygodni, góra miesięcy. Dla mnie osobiście to walka o Warszawę. Skoro nie mogę wojować, jak dawniej, w polskich lasach robię to w górach Afganu – odrzekł kapitan. Mówił w farsi, tak by jego podkomendni rozumieli naszą rozmowę.

–Zdaniem wielu analityków wojska Masuda to najlepsza partyzancka armia w Afganistanie. Dlaczego? Kokietowałem nieco Septembera.

–Bo Masud to samorodny talent wojenny. Nigdy nie ukończył żadnych wojskowych szkół. Ma jednak zamysł strategiczny, wielkie talenty taktyczne, intuicję wodza. Rosjanie wiele razy próbowali go zniszczyć. Rzucali na Pandższir całe dywizje pancerne i spadochronowe. Rzucali setki samolotów i śmigłowców. Pokonaliśmy ich. Nie dzięki nagiej sile i liczebności. Dzięki sprytowi, determinacji, pomocy cywilów i tym wspaniałym górom.

September przemawiał z zapałem. Do mnie jako reprezentanta czytelników „Chicago Voice” oraz widzów „Lake TV”. Do swoich żołnierzy. Do całego świata. Nie znałem go z tej strony. W Wietnamie był raczej stonowany, lakoniczny, jak to oficer. Tu był raczej wodzem plemiennym niż oficerem. Raczej rewolucyjnym komendantem niż przedstawicielem sił zbrojnych mocarstwa.

–Wasz przywódca oskarżany jest jednak o dogadywanie się z rezymem w Kabulu i generałami z 40 Armii – postanowiłem uderzyć w czuły punkt.

–Owszem przez pewien czas między nami był rozejm.

-I w tym czasie Moskwa rzuciła potężne siły przeciwko innym armiom opozycyjnym – odparowałem

–One dostają potężną pomoc, my prawie żadną. Większość naszej broni, to broń zdobyta w walce, kupiona od skorumpowanych żołnierzy wroga, albo broń dezerterów z wojsk marionetkowego rządu. Bez tego rozejmu powstanie w tej części Afganistanu mogło by upaść. A warto zauważyć, że choć jesteśmy gorzej uzbrojeni od innych to lepiej walczymy.

–Jesteś tu jako przedstawiciel USA?

–Nie, nie wysłało mnie CIA, DIA ani Siły Specjalne. Jestem tu jako żołnierz polskiej Armii Krajowej. Jako, że nie istnieje ona od 1945 roku możesz napisać, że jestem tu prywatnie.

Spokojnie odparł atak mój przyjaciel. I zanurzył rękę w dymiącej misie. Umilkliśmy, oddziałowy bard zaczął śpiewać wojenną pieśń przygrywając na czymś w rodzaju mandoliny. Muzyka miała dziką dla zachodniego ucha melodykę. Drapieżną i surową jak ten kraj. Słowa mówiły o wielkich czynach i poległych wojownikach. O miłości do gór i tęsknocie za rodzinnymi wioskami i rodzinami. Po kolacji September pozwolił sobie na małą słabość. Usiedliśmy u wejścia do jaskini. W taki sposób by potencjalni tropiciele ze specnazu nie zauważyli ognia zapałki. Wyciągnął z kieszeni kurtki pakistańskie papierosy marki „Karakorum”. Straszliwie smoliste i mocne. Tym mocniejsze, że nocowaliśmy na wysokości prawie trzech i pół tysięca metrów nad poziomem oceanu. Poczęstował mnie. Zapaliliśmy. Siedzieliśmy ćmiąc papierosy i patrząc w ciemną dolinę u naszych stóp.

–Kapitanie co robiłeś przez te wszystkie lata?

–Do 1972 byłem w Wietnamie.

–W Kambodży i Laosie też?

–Już o to pytałeś dawno temu. Pytaj w Pentagonie – roześmiał się.

–A po Wietnamie?

–Traperem, kowbojem, robiłem też w cyrku, szkoliłem konnych tropicieli w Rodezji. Na koniec zostałem hipisem.

–Ty hipisem!?

–Tak – znów się roześmiał.

Na obrazku – dolina Pandższir.

C.D.N.

P.S.

Historia jest zmyślona, aczkolwiek bohaterowie mają realne pierwowzory. Na przykład dziennikarz jest nieco podobny do Radka Sikorskiego z czasów, gdy był świetnym i odważnym reporterem a nie żałosnym kabotynem i sołtysem Dworu Chobielin. Innych inspiracji zdradzał nie będę. Przynajmniej na razie 😉 Tekst nie można też uznać za „opowiadanie historyczne”. Raczej to historyjka w klimacie „Rambo III” 😉

P.S. 2

Przypominam: https://chutornik.pl/2019/04/male-i-duze-reformy/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *