Kapitan September – na Salang! cz. 3
–Jak to hipisem? Byłem zaintrygowany. Kapitan zawsze mnie zadziwiał.
–Długa historia Jimi. A dobrze się wyspać przed jutrzejszym marszem. Mróz chwycił. September postawił kołnierz kurtki.
–Opowiedz mi tą historię. Nie dziennikarzowi. Mi.
–Moje życie po naszym ostatnim spotkaniu? To było piętnaście lat temu.
–Tak. Może kiedyś to komuś opowiem, ale to kiedyś i za twoja zgodą.
–Pewnie po mojej śmierci. Stary żołnierz znów się roześmiał. Dobrze, opowiem. Na razie zostaje to między nami. Nie wierzę pismakom, ale ciebie znam z innej strony. Jeśli dowiesz się, że zginąłem ta historia jest twoja. Póki żyję zostaje między nami. Niewiele osób ją zna. Tak. Byłem przez jakiś czas hipisem. Zapalił kolejnego papierosa. Po tym jak wyjechałeś z Wietnamu walczyłem tam jeszcze dwa lata. Wyjechałem jako jeden z ostatnich. Jesienią 1972 roku. Próbowałem żyć na stopie pokojowej. Nie szło. Po demobilizacji wytrzymałem bez munduru niecałe pół roku. Wiosną 1973 byłem w Rodezji. Szkoliłem konnych zwiadowców. Kompania złożona z samych Mudżynów i białego oficera. Czasem ruszałem z nimi do buszu walczyć z partyzantami. Taki rodzaj egzamin z nabytych umiejętności. W 1974 roku wróciłem z niezłym zapasem gotówki. Płacili bardzo dobrze. Dolce miałem, cała górę dolców. Nie mogłem sobie jednak znaleźć miejsca. Pieniądze postanowiłem zainwestować w budowę domu na starość. Robić jednak trzeba i na chleb. Pół roku pracowałem w… cyrku. Jeździliśmy po całym Teksasie. Budowałem namiot i scenę, a potem dawałem show jako akrobata.

Góry Skaliste w Nowym Meksyku.
Jesienią zatrudniłem się razem z Długim Natem na ranczu w Nowym Meksyku. Nat wychował się w Dakocie, świetnie jeździ konno. Lubiliśmy tą pracę. Życie na prerii u podnóża ośnieżonych gór. Ryk krów i wycie kojotów. Odganianie pum. Jazda konna, czasem polowanie i łowienie ryb. Na tym odludziu nie było jednak nic do roboty wieczorami. Graliśmy w karty i coraz częściej waliliśmy burbony. Często do oporu. Rankiem mała kreska metaamfetaminy i do krów. Nata prześladowała przeszłość. Miał w Da Nang żonę.
–Nie mówił mi tego – odparłem
–Miał. Śliczną Wietnameczkę. Mieli dziecko, córkę. Załatwiał papiery by wrócili razem do Stanów. Z dzieckiem i teściem. Pewnego dnia, w 1971 r., do mieszkania wpadli egzekutorzy z Vietcongu. Teściu Nata chwycił za strzelbę, ale ci byli szybcy. Posłali mu kulę w głowę. Potem jego żonie i dziecku. Zostawili kartkę, na której napisano było „śmierć imperialistycznym kolaborantom”. Długi czuł się winny. Pił coraz więcej i kurzył coraz częściej zielsko. W kwietniu 1975 r. zaglądał do kieliszka coraz częściej. Z Wietnamu nadchodziły złe wieści. Pod sam koniec miesiąca zrobiliśmy sobie libację. Jak to bywa w luźniejsze dni. W radiu leciały wiadomości z Sajgonu… Przegraliśmy wojnę. Naszą wojnę. Piliśmy i wspominaliśmy poległych. Prawdziwa noc duchów. Mi przypominało się też to co widziałem w tych lasach na dzisiejszej sowieckiej Białorusi, w Warszawie, Kołobrzegu, znów w polskich lasach, obozie pracy. Obaj mieliśmy wrażenie, że wokół nas krażą setki duchów tych co zginęli w wojnach. Jak w jakimś indiański rytuale. W pewnym momencie Długi zaczął płakać. Uspokajałem go. Płakał jak dziecko. Dwumetrowy komandos, który spędził w dżungli cztery lata. Uspokoił się, ja położyłem. Chciałem się zdrzemnąć, widziałem tylko jak Nat wychodzi. Zasypiałem już, gdy usłyszałem strzał… Wybiegłem i patrzę. Mój przyjaciel leży na trawie. Z rozwaloną głową. Rewolwer zaciskał w martwej ręce. Krew i mózg na trawie. To był ostatni z moich żyjących oficerów… Zostałem z duchami. Brat, który zginął w Wietnamie, drugi który poległ w Warszawie, zamordowani przez Niemców rodzice. Dziesiątki duchów kolegów. Rzuciłem wszystko. Pochowałem przyjaciela, złożyłem wymówienie. Straciłem wiarę w sens tego wszystkiego o czym mówiono mi w dzieciństwie. Przestałem też wierzyć w Amerykę, która zdradziła Południowy Wietnam. Ruszyłem na włóczęgę po Stanach. Odłożone pieniądze częścią rozdałem, część roztrwoniłem w kasynach i barach. I tak wylądowałem w hipisowskiej komunie na południu Kalifornii. Pejotyl, marihuana, muzyka, dziewczyny. Łowienie ryb i uprawa poletek. Dwa lata tak żyłem. Ja stary oficer, weteran czterech wojen, kawaler Medalu Honoru. Chyba brakowało mi miłości. September roześmiał się znowu. Po czym dodał – reszta jutro. Śpimy przyjacielu.

Rangersi w Wietnamie. 1968 r.
Na fotce głównej – mudżahedini z prowincji Kunar. 1985 r. Nawiasem mówiąc w tej własnie prowincji toczyły się najcięższe walki Amerykanów z talibami. Źródło fotografii we wpisie – Wikipedia.
C.D.N.
P.S.
Przypominam: https://chutornik.pl/2019/04/male-i-duze-reformy/