Słowo na niedzielę – powyborcze postscriptum
Nie zawsze jako farsa…
Historia lubi się powtarzać. Nie zawsze i nie wszędzie jako farsa. Pisałem na stronie dość sporo o II wojnie indochińskiej (1957-1975), I afgańskiej (1979-1992) i obecnej wojnie domowej w Syrii. Pozornie niewiele łączy te wydarzenia. Gdy się przyjrzymy widzimy szereg podobieństw. Sowiecka interwencja w Afganistanie była lustrzanym odbiciem amerykańskiej w Wietnamie. W Wietnamie (upraszczając) proamerykański rząd walczył z komunistycznymi rebeliantami. Rząd w Sajgonie wspierali bezpośrednio amerykańscy żołnierze. Rebelianci zaś byli bezpośrednio wspierani przez wojska Wietnamu Północnego, zaś pośrednio przez ZSRR i Chiny. W Afganistanie na odwrót. Prosowiecki, komunistyczny rząd walczył z antykomunistyczną rebelią wspieraną bezpośrednio przez muzułmańskich ochotników, pośrednio zaś przez USA, Pakistan i… Chiny. Oba te konflikty były „proxy war” – „wojnami zastępczymi”. USA i ZSRR nie mogły zetrzeć się bezpośrednio więc zwalczały się w ten sposób. W Afganistanie świecki reżim wojował z kilkoma armiami muzułmańskich partyzantów, które nie tylko zwalczały wojska rządowe i interwencyjne, ale i ścierały się między sobą. Prawie dokładnie tak samo jest w Syrii. Syryjski konflikt jest też wojną zastępczą. Niby to wojna domowa, ale… pośrednio i bezpośrednio interweniowali w tym kraju Rosjanie, Irańczycy, Saudowie, Amerykanie, Turcy, Jordańczycy, Zjednoczone Emiraty, Francuzi, Brytyjczycy, Żydzi i jeszcze parę pomniejszych graczy. To tylko jeden z niezliczonych przykładów powtarzalności historii.

Wietnam, Płaskowyż Centralny, 1967 r. Baza ogniowa amerykańskiej armii. Na fotce głównej – na zakończenie V rejsu do UK odwiedziłem Bristol. Jeden z największych portów angielskich. Porty – źródło brytyjskiej siły i i bogactwa.
O 360 stopni
Historia lubi się powtarzać nie tylko pod postacią podobnych do siebie wojen. W ostatnich dekadach widzimy wielki powrót tego co było w światowej gospodarce przed… wielkimi odkryciami geograficznymi. Do czasów Kolumba, Vasco da Gamy i Magellana Atlantyk nie był centrum światowego handlu i transportu. Owszem Wikingowie dopływali, aż do dzisiejszych brzegów Kanady, ale ich atlantyckie wyprawy miały charakter osadniczy. Szukali zielonych pastwisk i ewentualnie żyznej ziemi. W celach handlowych wyprawiali się na wschód. Newa, Wołchow i Dniepr były wodną arterią prowadzącą do Konstantynopola, Konstantynopol zaś bramą na bogaty Wschód ( https://chutornik.pl/2016/12/dniepr-waregow/ ). Bajecznie bogaty. Bagdad, miasta Azji Środkowej, a nade wszystko Chin były ogromnymi metropoliami. Miasta Europy Zachodniej w porównaniu do nich można określić jako brudne, biedne i prymitywne mieściny. Nawet Kijów-Kanugard był od nich bogatszy. Bogatszy ponieważ leżał na skrzyżowaniu głównych „wodostrad”. Paryż czy Exeter można było napaść i ograbić, ale prawdziwe bogactwo było gdzie indziej. Nie przypadkiem też Wenecja i Genua były chyba najbogatszymi miastami Europy w późniejszym okresie średniowiecza. Żyły z handlu wschodniego. Z tych samych powodów bogacił się np. Lwów. Odkrycia geograficzne zmieniły wszystko. Gdy tylko wiedza i umiejętności żeglarskie rozwinęły się na tyle, że w miarę duże statki mogły dopływać do Indii, Chin, Japonii, obu Ameryk, karawany lądowe stawały się o wiele mniej opłacalne. Także straszliwe zniszczenia jakich dokonywały armie Czyngis-Chana i Timura Kulawca przyczyniły się do tego, że to Zachód zdobył przewagę, a następnie podbił lub zdominował niemal cały glob. Obie wojny światowe co prawda złamały potęgę europejskich mocarstw, ale wywindowały zachodnie, kulturowo europejskie, supermocarstwo USA. Dziś widzimy, że Ameryce wyrasta przeciwnik groźniejszy nawet niż ZSRR. Chiński olbrzym. Pekin rozwija infrastrukturę tzw. „Jedwabnego Szlaku 2.0”. Budują linie kolejowe i autostrady przez surowe pustynie i niebotyczne góry. Rozbudowana lądowa infrastruktura kolejowa, drogowa, energetyczna czy lotnicza staje się konkurencyjna dla wielkich statków transportowych. Chiny coraz śmielej poczynają sobie też na morzach i oceanach. Zdobywają przyczółki na innych kontynentach np. w obfitej w surowce afrykańskiej Angoli. W świecie handlu i biznesu wracają stosunki sprzed końca XV wieku. Najbogatsze ośrodki świata nie będą leżeć nad oboma brzegami Atlantyku, tylko na wschodnich wybrzeżach Pacyfiku.
Do czego może nam się przydać Konfederacja?
Polska leży gdzieś w połowie drogi pomiędzy wielkimi przestrzeniami „Wschodu”, a „Portowym Zachodem”. Nauczmy się bardziej balansować ,trochę grać i trochę blefować. Odpowiedź na „Ustawę 447”? Kilka umów z Chinami. Kolejne ataki na Polskę? Pozorne (lub nie) złagodzenie relacji z Rosją. Niech się Waszyngton boi. Niech się zastanowi czy Izrael, który coraz lepiej dogaduje się z Moskalami jest, aż tak ważny dla nich. „Konfederacja” stała się liczącą siłą? Bardzo dobrze. Niech Amerykanie wiedzą, że przez izraelskie żądania finansowe rośnie w Polsce siła, której dawno nie było. Prorosyjska partia. Boć „Konfa” jest prorosyjska. I wcale nie taka słaba. Ma prawie tyle samo głosów co biedroniowa 'Wiosna”. Potencjalnie może też w dalszej perspektywie przejąć większość głosów Kukiza. Że jest prorosyjska, to widać gołym okiem. Narodowcy czytają teksty Dmowskiego sprzed ponad stu lat i traktują je jako swój Koran. Skoro Dmowski pisał, że trzeba dostać się do rosyjskiej Dumy to znaczy, w ich rozumieniu, że trzeba dogadać się z Putinem przeciw Niemcom. Braun i Korwin prawdopodobnie są ludźmi Moskwy. Grzegorz „Szczęść Boże” od lat zajmuje się mąceniem. To przedstawia absurdalne teorie spiskowe dotyczące 10.04.2010 kompromitując tym samym hipotezę o zamachu, to wzywa do zamykania homoseksualistów do więzień czy starszy powstaniem jakiejś Nowej Chazarii na Ukrainie. Może jest zwykłym szurem, lub cwaniakiem, który znalazł dobry sposób na zarabianie pieniędzy. Zastanawia jednak jego antyamerykanizm i wychwalanie carskiej Rosji. Tak samo Korwin-Mikke. Od początku istnienia III RP skutecznie marnuje trud młodych ludzi, których wciąga do swoich kolejnych projektów. Tym samym skutecznie torpeduje budowanie normalnej kons-liberalnej partii. Być może jest to człowiek, który wymyślił sposób „jak zarobić, a się nie narobić”. Tylko po co te podróże na Krym i do Czeczenii? Normalni politycy w naszej części świata tam nie jeżdżą. „Konfa” może i cudaczna, może i absurdalna, może i infiltrowana przez rosyjskie służby, ale paradoksalnie można to wykorzystać. Tylko czy nasze MSZ jest zdolne do wyrafinowanych gier dyplomatycznych? Miejmy nadzieję, że będzie póki mamy pole manewru. Gdy izraelscy windykatorzy zapukają do drzwi, gdy rosyjskie czołgi złamią graniczne szlabany będzie za późno. Kto jest zdolny do manewru ten żyje na polu bitwy. Kto stoi w miejscu temu nie pomogą najgrubsze bunkry. Wojna jest przedłużeniem polityki, a dziś polityka i propaganda jest przedłużeniem wojny. Wygramy, albo przegramy.
P.S.
Nie zdziwił bym się, gdyby „izraelskie roszczenia” miały drugie dno. Rosja znów jest liczącym graczem na Bliskim Wschodzie. Ameryka jakby mniej interesuje się regionem. „Front Pacyficzny” jest ważniejszy, a i dzięki „łupkom” są mniej zależni od ropy i gazu z tego regionu. Tel-Awiw musi się więc dogadywać z Moskwą. Kolejne prowokacje przeciw Polsce, kolejne żądania podbijają tylko notowania antyamerykańskiej „Konfederacji”. A więc są de facto prorosyjskie. Druga sprawa, którą pragnę podkreślić. Moja opinia na temat „Konfy” nie wynika z lektury czasopism związanych z red. Sakiewiczem. Od dawna ich nie czytuję. Jestem zdystansowanym pisiurem 🙂
P.S. 2
„Czas jak rzeka”, ach tak, przypomniał mi się koniec maja roku 2015. Wszystko w życiu inaczej, a rzeka taka sama. Spacer tak podobny.
Krosno – Malinowa Góra.
