Likwidatorzy
Było już koło piątej. Ściągaliśmy ostatni namiot tego dnia. Ona nadeszła od strony słońca. Wyburzyła się ze światła. Była blondynką w wieku trudnym do określenia. Cała zakurzona i spalona słońcem, z twarzą o harmonijnych rysach ozdobioną brokatem. Za sobą wlekła namiot. Taki turystyczny, z jakimiś rzeczami w środku.
–Hej chłopcy macie papierosa?
–Marek masz zapalniczkę?
–Tam w wanie, w przednich drzwiach jest.
Podszedłem do owej zjawy z upragnionym przez nią artefaktem. Grzecznie zapaliłem ogień. Nachyliła się i odpaliła skręconego papierosa.
–Dziękuję kolego, a wiesz może, gdzie tu jest chińska restauracja? Taka z zimnym piwem najlepiej?
Popatrzyła na mnie. Miała bardzo szerokie źrenice. Piękne oczy z wielkimi źrenicami.
–Moja Pani przypuszczam, że aż w Glastonbury. Radzę łapać okazję.
Zaśmiała się.
–Daleko Jaśniepanie. Życie jest piękne. Dorzuciła filozoficznie.
–Życie to radość, życie to ekstaza – mrugnąłem do niej okiem.
Roześmiała się.
–Dziękuję chłopcy za ogień! Miłej roboty!
Chwilę później znikła nam z oczu. Twardo brnęła przez zakurzoną drogę do miejsca, gdzie mogła złapać stopa. Był to czwartek, czwarty dzień po zakończeniu festiwalu.
Kilkanaście dni później jadłem obiad, gdy na sajta (teren zakładu pracy itp.) wjechała tyłem przyczepa pełna belsów (worków na dachy). Z ogromnym impetem. Wiedziałem kto tak cofa. Wayn. Z pick-upa pierwszy wypadł TiDżej. Chłopiec młody, mały i chudy, ale nie bojący się roboty i wiecznie uśmiechnięty. Mały, twardy, pół czy ćwierć Szkot. Był cały pokryty kurzem. Na Glaston zawsze pracuje się, albo po kolana w błocie, albo w tumanach pyłu. Wayne wyszedł powoli. Otrzepał się z kurzu. Zwinął kołnierzyk koszuli koloru „odblaskowy – kanarkowy”. Zmierzył mnie wzrokiem. W tle leciał soundtrack z „Dobrego, Złego i Brzydkiego”. Tak skończyło się tegoroczne Glaston dla naszej firmy.

