Słowo na niedzielę – w górach
Widzicie tą otchłań w dole? Niemal trzy kilometry niżej można opalać się na pięknych plażach. Na nich wypoczywają rodziny z dziećmi. Leniwie wygrzewają się na piasku. Budują zamki, chłodzą w morzu. Inni plażowicze odpoczywają po nocnych sympozjonach podlewanych winem, orgiach podniecanych kokainą i ecstazy. Taki już jest świat tam na dole. Na górze jest inaczej. Niewielu tu ludzi. W porównaniu z ich masami na plażach. Bo trudno wejść tu na szczyt Olimpu. Do tronu Zeusa. Z plaży to 2 – 3 dni forsownego marszu z ciężkim plecakiem na grzbiecie. Brnie się coraz wyżej, w końcu marsz zamienia się w wspinaczkę. W sierpniu jest tu niemal tak samo gorąco jak na plaży, choć bardzo szybko może przyjść ulewa, gradobicie i wichura. Czasem nawet śnieżna burza. Ludzi niby mało, ale to w porównaniu z tym co na plażach. Jest połowa sierpnia 2010 roku. Cześć turystów zamiast wylegiwania się zechciało zmierzyć się z górą. Tak jak ci ostatnio, co wchodzili na Giewont. Nie wiem jakie były prognozy pogody w tym dniu, na ile szacowano niebezpieczeństwo burzy. Z pewnością jednak nie powinno się szydzić z ofiar tej katastrofy co, jak widzę, już się w internecie zaczęło. Narobiło się nagle „ekspertów” od meteorologi górskiej. Samozwańczych TOP-owców. Sami co prawda „zdobyli” w życiu tylko Giewont, Śnieżkę i „Chatkę Puchatka”, ale oni to się znają! Zawsze tak jest. Czy to wypadek na kolei, czy katastrofa samolotu, czy wyprawa w Himalajach skończy się tragicznie, zawsze, ale to zawsze pojawia się masa takich kanapowych ekspertów.
Czy poszkodowani są sami sobie winni? Na pewno Tatry są najbezpieczniejsze w barze na Krupówkach. Byle nie szukać awantur z miejscowymi, ani nie szukać zwady z innymi pijanymi turystami. Inna rzecz, że ludzie tych gór bardzo często nie szanują. Kiedyś trochę chodziłem po górach i niestety w naszych najwyższych widziałem największe olewanie gór. Ludzie w klapkach, japonkach, nawet blondiny na obcasie. I ich koledzy reklamówką w jednej a piwem w drugiej ręce. A góry to nie lubią jak się ich nie traktuje poważnie. Zdarzyło się, bywa. Czasem ludzie giną, czasem odnoszą rany. Przyzwyczailiśmy się do bezpiecznego świata, w którym umiera się na starość. Nie zawsze tak jest i warto o tym pamiętać.
Mnie samego burze zastawały w górach wiele razy. W Tatrach, Bieszczadach, Górach Rodniańskich (tam ze śnieżycą – był lipiec), Rile. I żyję. Gdyby rezygnować z chodzenia po górach tylko dlatego, że może dopaść burza (a na skalnej grani to naprawdę podnosi poziom adrenaliny) to w ogóle nie powinno się latem praktykować tego rodzaju aktywności fizycznej. Można leżeć na plaży, albo połknąć pobudzającą tabletkę i skakać do rana na koncercie, można w końcu nigdzie nie jechać i leżeć na kanapie. Jadąc nad morze można zasnąć za kierownicą i zginąć. Od skakania na koncercie całą noc po połknięciu stymulanta można umrzeć na serce. Może więc leżeć na kanapie, pisać komentarze w internecie, popijać piwo i zagryzać salecosnem? Choroba wieńcowa i miażdżyca też zabijają. Życie to bardzo niebezpieczna sprawa. Ta wyprawa zawsze kończy się śmiercią 🙂

Góry Riła – po… 
…i przed burzą. Lato 2010 r.
P.S.
W tym całym hałasie internetowym najmniej mówi się o trudzie i odwadze ratowników TOPR-u. A powinno się najgłośniej. Ratownicy to jednak taki gatunek człowieka, który nie potrzebuje poklasku i świateł reflektorów. Będą dalej ratować ludzi w górach. Próżnej, internetowej sławy im nie trzeba. Podobnie jak nie trzeba tej pseudosławy strażakom, ratownikom innych służb, policjantom czy żołnierzom.
P.S. 2
Najbardziej niebezpieczną sytuację „górską” w moim życiu była tak z lutego 1999 r. Nie było to w żadnych Tatrach, nawet nie na lesistych stokach Pogórza. Zdarzyła się pół kilometra od domu. Razem z sąsiadem i kolegą z klasy postanowiliśmy odpiąć narty i skoczyć na śnieżny nawis (zima była tego roku tęga i śnieżna). Jak skoczyliśmy to był tylko hałas i biel. Wylądowaliśmy ok. 15 metrów niżej, u podnóża Malinowej Góry. Chyba godzinę odkopywaliśmy się ze zwałów śniegu 🙂
Kijów. 23.08. 2019 r.