Wzgórze Czechosłowackich Lwów
Szturm
Biegł w górę, piana płynęła z ust. Krew rozrywała czaszkę. Żyły pulsowały, tętno było maksymalne. Biegł pochylony jak najniżej. Padał co kawałek, powstawał i biegł dalej. Cały czas w górę i w górę. Wokoło świstały kule. Widać było żółte pręgi smugowych pocisków. Tuż przed pozycjami Niemców zalegli. W powietrzy unosił się mdły zapach rozkładających się ciał i kordytu. Trupy leżały wszędzie, szybko czerniały w ciepłym wrześniowym słońcu. Ci co jeszcze żyli, jęczeli, albo wyli z bólu. Natarcie zdawało się być przegranym. Lecz dowódca kompanii, rodowity prażanin, porucznik Zdenek Hawranek krzyknął.
–Za mną Czechosłowackie Lwy!
I wymachując pistoletem rzucił się znów naprzód. Porwał żołnierzy za sobą. Nie dobiegł do okopów wroga. Ściągnął go snajper, a może załoga jednego z bunkrów. Żołnierze jednak wdarli się na szczyt, do okopów niemieckich. Dotarł na szczyt i nasz bohater. Wszystko widział w zwolnionym tempie. Moment, gdy wrzuca granat do paszczy bunkra, walkę wręcz w okopach. Rozbijanie saperką głowy żołnierza który chciał go zadźgać nożem. Duszenie innego, ratowanie kolegi, który dostał kolbą. Po walce usiadł między zwłokami, dyszał ciężko. Znów widział wszystko normalnie. Za to ręce zaczęły drżeć. Kolega wsunął mu w usta papierosa.
–Zapal sobie Vaclav – powiedział cicho.
Zapalili. Napili się resztki wody jaka została w manierce. Czekali. Wiedzieli, że najdalej za kwadrans zacznie się ostrzał. Górskie haubice, moździerze, straszliwe moździerze rakietowe. Potem ruszy niemiecki kontratak. Trzeci raz w ciągu ostatnich dni zdobywali to wzgórze. Wzgórze 534 zwane przez miejscowych Frankowem. Dwa razy zrzucały ich w dół niemieckie kontry. Niewielka, bezleśna góra była kluczem do bram Dukli. Kto siedział na wierzchołku ten kontrolował drogę z tego miasteczka do Nowego Żmigrodu. Zdobycie tych miasteczek otwierała drogę na południe. Dlatego własnie tak krwawe boje toczyły się o jego szczyt. To było prawdziwe wzgórze bohaterów. Ring na którym walczono na śmierć i życie.
Poniżej w dole też wrzała bitwa. Czerwonoarmiści walczyli z Wermachtem i SS. Piechota i czołgi zwarły się pojedynku na śmierć i życie. Jeszcze dalej wśród niskich gór, w lasach walczyła sowiecka kawaleria, która weszła na tyły wroga. Jazda zdołała przebić front, ale sama musiała odpierać kontrataki. Nad głową przelatywały kolejne eskadry „latających czołgów”.
–Vaclav patrz! Dadzą im teraz!
Iłuszyny zniżały się. Puszczały smugi pocisków z działek i km-ów. Potem wypuściły żółte warkocze rakiet. Inne zrzuciły na wrogie czołgi deszcz małych bombek z kumulacyjnym ładunkiem. Ich eksplozji nie dawał rady nawet pancerz „Tygrysów”. Obrona niemiecka była jednak twarda. Niemcy starali się walczyć jak najbliżej pozycji wroga, ostrzeliwały samoloty z doskonale zamaskowanych pozycji ukrytych w lasach porastających wzgórza na południe od „Doliny Śmierci”. Dwa samoloty zaczęły pikować na ziemię. Ich upadek znaczył warkocz czarnego dymu. Nawet naloty nie dawały rady. Do Przełęczy było jeszcze bardzo daleko. Była tam, za tymi górami na południu. Tam była Ojczyzna Vaclava.
Kim był Vaclav?
Był słowackim żołnierzem. Pochodził z malowniczego miasteczka Bańska Szczawnica. Brał udział w walkach na froncie wschodnim. Awansował do stopnia sierżanta. Szkolił i dowodził drużyną. Dostał się do niewoli podczas walk na Kaukazie. Zwolniony z łagru, wstąpił do Korpusu Czechosłowackiego. Nie ufał Sowietom, ale miał nadzieję, że Czechosłowacja powojenna nie będzie do końca komunistyczna i będzie miała w swoich granicach Użgorod i Mukaczewo. Z tą nadzieją walczył na wzgórzu oznaczonym na sztabowych mapach numerem 534.
Na fotce głównej – szczyt Wzgórza 534. Fotka z wycieczki odbytej wiosną 2017 r. Poniżej Czechosłowaccy żołnierze witani przez ludność Komarnika. Wsi położonej tuż za Przełęczą Dukielską. Źródło – Wikipedia.
Brama Dukielska w 1944
75 lat temu, 8 września 1944 roku ostrzałem z 1700 dział, moździerzy i katiusz (opowiadano mi o nim w dzieciństwie) rozpoczynała się bitwa o Przełęcz Dukielską. Sowieckie 38 Armia i 1 Armia Gwardii wspierane przez 1 Korpus Czechosłowacki (głównie eks-jeńcy Słowacy i Rusini Zakarpaccy oraz Czesi z Wołynia) usiłowały przebić się przez Karpaty by wspomóc antyniemieckie powstanie na Słowacji. Operacja miała trwać krótko. Jednak opór Niemców wspieranych przez wojska węgierskie był zbyt silny. Obroną tego odcinka dowodził gen. Heinrici. Geniusz walki w defensywie. Przygotował linie obrony bardzo umiejętnie.Walki zamiast tygodnia, lub dwóch trwały do aż późnej jesieni. Liczbę zabitych, rannych i zaginionych po obu stronach szacuje się na 150- 200 tysięcy. Słowackie powstanie zostało stłumione, a powstańcy musieli wycofać się w góry i działać jako partyzanci. Potem zaś Czechosłowację skomunizowano, a tamtejsza „władza ludowa” po 1956 r. była o wiele bardziej zamordystyczna niż w PRL-u.
Inspiracja wpisu
Do wpisu zainspirowała mnie kronika filmowa z czasów Gomułki (nawiasem mówiąc pochodzącego z okolic). Ognisko weteranów w Dukli. Kamerzysta kieruje obiektyw na żylastego, małego człowieka. Lektor mówi „To porucznik (i tu takie typowe, śmieszące Polaków, czeskie imię i nazwisko. Typu Zdenek Havranek). 37 razy w walce wręcz. Wielokrotnie ranny”. Porucznik kieruje wzrok ku kamerze. Wzrok człowieka, który 37 razy walczył na śmierć i życie. Na twarzy wielka blizna. Nie każdy czeski weteran to Szwejk 🙂
P.S.
Warto pamiętać też, że również podczas wcześniejszej wojny światowej toczyły się tutaj ciężkie walki – https://chutornik.pl/2015/12/przed-stu-i-jeden-laty-zima-1914-15/
P.S. 2
Wpis, krótki bo synteza najlepsza 😉 – https://chutornik.pl/2019/09/synteza/
P.S. 3
Z bliższych nam czasowo wojen. Ruszyła wymiana jeńców między Ukrainą a Rosją. Niedługo więcej szczegółów na fejbsukowej filii „Chutornika”.
