Zamiast recenzji i zamiast reportażu
Miałem dziś opublikować mini-reportaż z mojej ostatniej wizyty w Kijowie. Tak się pisało i pisało i jest w połowie. Oprócz pisania czytałem. Tu akurat do końca, „od deski do deski„. „Sprawiedliwych zdrajców„. Świetna książka należąca do mojego ulubionego gatunku – reportażu historycznego. W swym gatunku to dzieło wybitne. I inspirujące. Szczególnie jego epilog.
Inspirujące do myślenia. Choćby do przemyślenia jeszcze raz słów naszej Wielce Szanownej Noblistki nt. „polskiego kolonializmu„. Pierwszą moją reakcją było oczywiście wzdrygnięcie się. Głupia małpa nie rozumie, że między Rzeczpospolitą Obojga Narodów a imperiami kolonialnymi jest taka różnica jak między Wielkim Postem a weganizmem – myślałem złośliwie. Gdy się jednak sprawie głębiej, inaczej przyjrzeć to Ukraina była naszymi Indiami, Białoruś Senegalem. W pewnym sensie, bardzo inaczej, ale uczciwie rzecz ujmując właśnie tak było.
Wszystkie „hajdamaczyzny„, aż po masakry dokonywane przez UPA miały rys antykolonialnego buntu. Wyrzynano jednocześnie „Paniw” i „Lachiw„. Tych stojących na górze drabiny społecznej i zarazem tych „obcych„. Obcych lub tych, którzy tak jak spolonizowana szlachta ruska „obcymi” dla „tubylców” się stała. Czasem ci „panowie” byli równie biedni jak ich oprawcy. To jednak nic nie zmieniało w motywacjach rebaliantów-morderców. Chłop-rezunia rozbijający siekierą głowę swojego sąsiada – Polaka (którego przed wojną mógł szanować i lubić) rozbijał w sposób symboliczny głowę tyle jemu co II RP. Jej państwowej administracji, ziemiaństwu, wojsku i policji.
Tak samo było jesienią 1917 roku na „Kresach Dalszych” – dzisiejszej wschodniej Białorusi i centralnej Ukrainie. Chłopi mordujący polskich ziemian i plądrujący ich dwory na swój prymitywny i okrutny sposób mścili się nade wszystko za poczucie wyższości „Lachów„. Jak to poczucie wyglądało? Starczy poczytać wspomnienia Zofii Kossak-Szczuckiej. „Rusini” to lud „rosły, pracowity i silny, śpiewający wieczorami najpiękniejsze na świecie pieśni„. Jednocześnie ziemianka ta najtypowsza z typowych (tyle, że obdarzona niepospolitym talentem literackim) podkpiwała ze „nędznych spłachetków źle uprawianej ziemi”. Tylko dlaczego właściwie ci chłopi mieli nędzne spłachetki, a ziemianie niewyobrażalne wręcz areały (np. hrabia Potocki z „Pożogi” – 60 000 hektarów)? Bo tak zadecydowała historia i w ogóle „święte prawa własności”? Wiatr historii zaczął wiać z innych kierunków, przywiał Leninów i Banderów i ten idylliczny kresowy świat się zwalił. Tak samo jak „Stare Południe” USA w trakcie wojny secesyjnej. Powiecie, ależ przecież polscy ziemianie byli poddanymi rosyjskiego cara, który podbił Rzeczpospolitą! A i owszem, ale w praktyce polityki i ekonomii prowincjonalnej, na poziomie powiatów byli potęgą. I carat w tą powiatową potęgę się nie wtrącał dopóty dopóty ziemiańscy synowie nie zaczynali bawić się. W socjalizm, anarchizm, zamachy w imię na poły mitycznej wtedy Polski czy choćby pracę organiczną na większa skale. Po upadku powstania styczniowego ziemiaństwo starało się raczej „zachować substancje„, nie wychylać się, myśleć o sobie. I to by działało, gdyby nie kule wystrzelone w Sarajewie w czerwcu 1914 roku.
Czy te krwawe bunty przyniosły coś dobrego „Rusinom”? Ano nic poza doraźnym, chwilowym i iluzorycznym wzbogaceniem. Nie można ich też traktować jako usprawiedliwione. Nic nie usprawiedliwia masowych, okrutnych mordów i tego rodzaju destrukcji. Warto jednak być świadomym, że nie wzięły się „z niczego” czy jakiejś „przyrodzonej” krwiożerczości. Ich źródłem był (między innymi) ten swoisty „polski kolonializm”.
Co z tamtych czasów zostało po dzień dzisiejszy? Mamy w sobie tego „polskiego pana” tak samo jak w ukraińskim społeczeństwie przyczajony jest „hajdamaka”. Oba ta siedzące głęboko instynkty nie są same w sobie całkowicie złe. Polski Pan to przecież też dumny człowiek, który nie daje się zniewolić i nawet pędzony w kajdanach na Sybir niesie głowę wysoko. Hajdamaka to zaś wolny pirat stepowy, którego wtłoczyć w ramy moskiewskiego rabstwa się nie da. Oba te pierwiastki mają jednak bardzo ciemne odcienie i niech ta ciemność zniknie na zawsze. Oczywiście to życzeniowe myślenie w tekście, który dotrze do niewielu osób. Nieważne, i tak warto było go napisać.
Na fotce – tereny Polan Surowicznych. Wieś ta była fortecą UPA. Została wysiedlona i zniszczona. Ostały się jedynie studnie, fundamenty i dzwonnica cerkwi, ale bez dachu. Od niedawna owa cerkiewna wieża ma znów dach i „środek”. Została odbudowana ze społecznych składek. Cytaty z „Pożogi” podaję z pamięci. Oryginał może być nieco inny, aczkolwiek sens wypowiedzi Kossak-Szczuckiej został zachowany.