W ostatnim kręgu
Do piekła i z powrotem
Ostatnio pisałem na https://www.facebook.com/Chutornik-z-dorzecza-Wis%C5%82oka-733039423393752/ o I deportacji „wrogiego elementu” z okupowanych przez ZSRR terenów II RP. Wiele osób wywiezionych wtedy trafiło nad rzekę Kołymę. Tamtejszy system obozów był uważany za najgorsze miejsce w całym GUŁAG-u. Większość z tych, którzy trafili do tamtejszych łagrów nigdy nie wróciło. Ilu nie wróciło? Może milion, może dwa, może i cztery. Nikt tego nie policzy poza Bogiem. Niektórym jednak się udało.
Przeżył wielki rosyjski pisarz Warłam Szałamow. Trudno powiedzieć jak możliwe było przeżycie TAM od 1937, aż do śmierci Stalina. Może to Siła Ducha, Opatrzność? Może, po prostu, literat był z natury silnym mużykiem z Północy (był synem popa z Wołogdy) i miał bardzo dużo szczęścia. W każdym razie z wyroków Przeznaczenia wrócił do świata żywych. I napisał jedno z najwspanialszych dzieł „literatury obozowej” – „Opowiadania Kołymskie”. Napisał ich wiele i zebrał w gruby tom. Każde powalające z nóg, lapidarne, mistrzowskie w formie. Prawdziwe arcydzieło. Przypominające, w pewnym stopniu, twórczość Tadeusza Borowskiego.
Pustka
Podobne, ale zdecydowanie nie jest autor ww. dzieła „rosyjskim Borowskim”. Jego opowiadania są jakby akwarelami, a czasem rycinami. Obrazy malowane maszyną do pisania. Przypominają mi czasem te opowiadania, akwarele z pejzażami tajgi. Malowane w smętnym, petersburskim stylu, a czasem „Demony wojny”. Nie wiem z czego to wynika, z geografii? Niemieckie obozy „systemu Auschwitz” leżały na silnie zurbanizowanym i uprzemysłowionym Śląsku. Kołyma to było „zagłębie śmierci” zanurzone w oszałamiającą, dziewiczą przyrodę. Takie „kacety na Alasce”. Szałamow jest też mniej nihilistyczny niż Borowski. W moim odczuciu przebija czasem przez ten kołymski piekielny absurd jakaś iskra Nadziei. Czasem to po prostu piękno przyrody, a czasem opowieść o ludziach, którzy woleli zginąć walcząc niż czekać na śmierć niewolników. Nie umiem tego sprecyzować, ani nazwać. Nie widać jej, ale czasem czuć, że gdzieś ta Nadzieja czasem jest. Być może przez młodego komunistę rzuconego w najgorsze komunistyczne piekło przemawia prawosławna wiara w której był wychowywany?
Można postawić też jeszcze inną hipotezę czemu „równoległe” opowiadania Borowskiego są „bardziej piekielnie beznadziejne”. Polski pisarz po wojnie „zaangażował się w komunizm„. Choć dobrze wiedział , że to system bliźniaczy nazizmu. Mało kto wie, ale nasz największy „kacetowy literat” pochodził z Kresów Dalszych. Urodził się w Żytomierzu. Był świadkiem Wielkiego Głodu na Ukrainie. Miał wtedy 10 lat, a więc był w wieku, w którym się wiele pamięta. Jego rodzice przeszli przez sowieckie łagry. Zostali wymienieni na członków Komunistycznej Partii Polski ujętych przez polskie służby na antypaństwowej działalności. W ten sposób rodzina Borowskich trafiła w 1932 r. do Warszawy. I po wojnie ten sam Borowski, w tej samej, lecz całkowicie zrujnowanej ( m.in dzięki bezczynności Stalina), Warszawie zostaje bolszewikiem. Prawdopodobnie zupełnie szczerze. W przypływie jakiegoś poobozowego szaleństwa, uznał w sowieckim Imperatorze ostatnią Nadzieję ludzkości. Rozczarowanie przyszło szybko. Wzmocnione zawirowaniami damsko-męskimi, doprowadziło pisarza do odkręcenia kurka z (sic!) gazem. Szałamow po powrocie z Kołymy został zaś dysydentem. Nie żeby tam coś organizować, gdzieś protestować. Starczało, że pisał i jego pisanie wydawano w samizdacie (nielegalu). Żył wyjątkowo długo jak na człowieka po tak wyniszczających doświadczeniach. I cały czas pisał. Jak gdyby pisanie o tym co widział i przeżył trzymało go przy życiu. Będąc już jedną nogą w zaświatach dyktował ostatnie wiersze. Nie, nie sądzę, że był lepszym człowiekiem niż autor „pożegnania z Marią”. Uzurpowanie sobie roli sędziego było by głupie i obrzydliwe. Próbuję tylko zrozumieć – dlaczego właśnie tak? Dlaczego Borowski w wieku 29 odebrał sobie cudem ocalone życie, a Szałamow trzymał się życia z nadzwyczajnym uporem? Dlaczego w zbiorze rosyjskiego pisarza znalazło się opowiadanie o eks-frontowcach co poszli na ostatni bój tym razem nie z Niemcami a z NKWD, a u naszego pisarza jest głównie beznadziejne czekanie na śmierć, ewentualnie cynizm obozowego survivalu?
Czy mam rację? Tego się nie dowiem. I chyba nie chcę dowiadywać. W każdym razie warto czytać to co pozostawili po sobie obaj pisarze. To jest ważne – pamiętać. Nie, nie chodzi o to żeby żyć tym co było. Co było to było. Co jest to jest. Co będzie to będzie. Jednak pamiętać o tym co było nam trzeba. By to co będzie było warte swego bycia.
P.S.
„Beznadziejność” w prozie Borkowksiego to oczywiście bardzo subiektywna ocena. Czytałem tylko pewną część jego „obozowej” twórczości.
P.S. 2
Jako, że za bardzo nie chcę, ani nie mogę wypowiadać się o mojej pracy to powiem tyle ile mogę. Można różnie oceniać niektóre aspekty działalności IPN-u, ale z pewnością na najważniejszym polu swojej działalności robi dobrą robotę. To ważne, żeby ustalić jak najwięcej szczegółów. Żeby tam, gdzie wiadomo było dotychczas, że „rozstrzelano 1547 osób” były znane imiona, nazwiska, kości wykopane z dołów i pochowane „jak trzeba„. Ustalić imiona, by przestali być numerami…