Małe zarazki, wielka polityka
Morowe powietrze a dzieje świata
Towarzyszą nam odkąd przerzuciliśmy się z trybu zbieracko-łowieckiego na rolniczo-hodowlany. Przez wieki te małe, niewidzialne chrobaczki, złośliwe chytre diabełki, zmieniały wielokrotnie bieg historii. Wyliczanka ta jest bardzo długa. Przyjrzyjmy się kilku przypadkom.
Początek 16 wieku. Hiszpanie lądują w Meksyku. Mają konie, kusze i arkebuzy. Mają konie i armatki. Na ich stronę przechodzi cześć indiańskich ludów ujarzmionych przez Azteków. Mimo tego siły konkwistadorów są śmiesznie małe by porwać się na taki podbój. Z pomocą przychodzą jednak mikroby. Nieświadomie Europejczycy użyli przerażającej broni biologicznej. To jest wirusów czarnej ospy i odry oraz bakterii paratyfusu zwanego też durem rzekomym. Indianie nie mieli żadnej odporności na europejskie zarazki. Marli w tempie niesamowitym. Do końca XVI stulecia na terenie dzisiejszego Meksyku i okolicy zostało 10-20% pierwotnej populacji. Zaraza wyniszczyła też Imperium Inków w Andach i liczne indiańskie osiedla nad Amazonką. Ginęli i wrogowie i sojusznicy Bladych Twarzy. Przed śmiercią nie chronił tubylców ani chrzest ani wierność starym bogom. Zaraza ułatwiła kolonizację, ale miała też inny, dodatkowy skutek. Ktoś musiał robić na hiszpańskich i portugalskich plantacjach i w kopalniach. W wyludnionych krainach było ciężko o ręce do pracy. Za to w zachodniej Afryce było ich dużo. Czarnoskórzy byli do tego nawykli do tropikalnego klimatu. I stąd właśnie wzięli się Afroamerykanie z USA, Jamajczycy czy Murzyni z Brazylii.
Czerwiec 1812 roku. Napoleon rusza na Rosję. Ogromna armia powoli brnie ku Moskwie. I topnieje. Później topnieje jeszcze szybciej podczas słynnego odwrotu. Do Księstwa Warszawskiego dociera w grudniu „Armia Upiorów” jak określił ją świadek tych wydarzeń – Adam Mickiewicz. Wielką Armię wyniszczyła kombinacja niekorzystnych czynników. Krwawe bitwy i ataki partyzantów to raz . Forsowne marsze i głód to dwa. Armia była zbyt liczna jak na te czasy. Nie było jeszcze kolei. Konie pociągowe też musiały coś jeść. Tereny przez które maszerowali żołnierze były słabo zaludnione. Do tego Rosjanie zastosowali „taktykę scytyjską” czyli wywozili lub niszczyli wszystko co mogło przydać się wrogom. Doszedł do tego bezlitosny klimat. Zarówno gorące lato jak i sroga zima. To wygłodzone, wymęczone wojsko było idealnym celem dla ataku wszelakich chorób zakaźnych.Czerwonka, grypa, zapalenie płuc, tyfus kosiły żołnierzy sił inwazyjnych przez całą drogę do Moskwy i z powrotem. Podobnie było w 1918 roku, kiedy pierwsza fala „hiszpańskiej infulenzy” (tak naprawdę ” grypa hiszpanka” była prawdopodobnie „amerykanką” lub „chinką”) w kluczowym momencie sparaliżowała niemiecką ofensywę wiosenną, której celem był Paryż. Oczywiście rzucała o ziemię, dręczyła i zabijała także wojaków Francuskich, Brytyjskich i Amerykańskich, ale w tym kluczowym momencie wspomogła Ententę. Alianci skonsolidowali obronę. Paryż nie padł. Zaczęła się kontrofensywa. Armia II Rzeszy zaczęła odwrót ku niemieckim granicom.
Zarazy zmieniały także dzieje naszego kraju. Czarna Śmierć, która zabiła w połowie XIV wieku 1/3-1/2 populacji Europy z Polską obeszła się dość łaskawie. Ułatwiło to nasz rozwój. Z kolei w połowie XVII wieku dżuma nie miała litości. Nałożyła się na wojnę domową z Kozakami, inwazje sąsiednich krajów, ogólne zniszczenie. Liczba ludności spadła o 40%. Jak tylko się trochę odbudowaliśmy materialnie i demograficznie spadła na nas III wojna północna. Szwedzi i Rosjanie palili i grabili, a głód, dżuma i inne „zjadliwe powietrza” wybijały ludzi. Wyginęło wtedy 1/4 populacji Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Kraj osłabł całkowicie i popadł pod but Piotra I Wielkiego.
Korona – Król Zarazków?
Strach nakręcają ponad miarę nieodpowiedzialni dziennikarze i politycy, ale gdyby nie leżał w naszej naturze to by nic nie wskórali. Lęk przed zarazą to lęk pierwotny. Ludzie boją się węży, nocy w lesie, wojny. Boją się też zarazy. Pani Angelika, senior menedżment direktor w Internaszional Trejd Beer Kompany w Warszawie, na lekcjach historii w szkole gadała z koleżankami. Nie wie co to była Czarna Śmierć ani nie słyszała nigdy o tyfusie. Ma jednak dwójkę dzieci i ma instynkt. Nie musi wiedzieć, że kiedyś szalała w Warszawie (i to nie raz) taka bakteria Yersinia Pestis. Ona ma to wbudowane w podświadomość. Boi się straszliwej Korony – króla zarazków, męża Yersinii. To naturalne, instynktowne.
Czy powinniśmy się obawiać osławionej „Korony”? Instynkt i intuicja są ważne, ale rozumu też używać trzeba. Panikować za to nie trzeba. Dżuma ani cholera to nie jest. Nie jest to jednak „taka zwykła grypa„. Zwykła grypa nie kończy się hospitalizacją w 1/5 wypadków. Ja osobiście się korony nie boję. Boję się za to ekonomicznych perturbacji, które może wywołać. Raz już w życiu usłyszałem „pracy tu nie ma i nie będzie„. I raz wystarczy. Boimy się, trochę słusznie, ale panika nie sprzyja niczemu dobremu. Nie panikujmy, bo to się może odbić na naszych portfelach.
Politycy nie powinni się bać.
Powinni nie robić show, nie toczyć sejmowych wojenek, zadbać o to co trzeba. O Obronę Cywilną. Dziś Koronawirus, jutro kolejna wielka powódź, pojutrze rosyjskie czołgi. Państwo ma zadbać by radzić sobie z wyzwaniami kryzysów. Ta pandemia to test. Mam nadzieję, że będzie zaliczony. Nawiasem mówiąc Światowa Organizacja Zdrowia w swoich raportach pisze od dawna o „Chorobie X”. Hipotetycznej zarazie, która skosi dziesiątki, albo i setki mionów ludzi na całym świecie. Może być to zmutowana ptasia grypa (od ptaków przeszła na ludzi „hiszpanka”), zmutowany wirus ebola, albo jakaś superbakteria odporna na wszelkie znane antybiotyki. Czy nasza Obrona Cywilna jest gotowa na walkę z takim zagrożeniem? Niestety wątpię.
P.S.
Jak rzadko zgodzę się z Konfederacją, po co „specustawa” skoro jest ustawa o zwalczaniu chorób zakaźnych?