Sokół księcia Kardanu
I jeszcze jedna historyjka na dzisiejszy wieczór.O partyzantach. Z dedykacją dla załogi pokoju 45 😉
Sokół i czapla
Drapieżne ptaki pofrunęły w górę z wielkim impetem. Ruszyły równo. Lecz to sokół księcia Szarmudy pierwszy wbił pazury w majestatyczną, siwą czapę. Widok był to zaiste wspaniały. Czapla nie miała szans. Drapieżnik był szybki jak błyskawica. Kardańczycy poruszeni dogłębnie tą dobrą wróżbą zakrzyknęli głośno na cześć swego młodego władcy. Sokół księcia był nieodłączną częścią jego legendy. Niemal zawsze był blisko niego. Podczas przemarszów, narad, wieców. Siedział zwykle na odzianej w grubą rękawicę dłoni książęcego ordynansa. Był nieodłącznym towarzyszem odkąd książę zdołał zbiec z niewoli Niebieskich. Ofiarowali to piękne, wierne zwierze wojownicy jego armii. Nie był to przypadek. Sokół to herbowy zwierz rodu Rakoczarii. Prawowitych panów Kardanu. Jak Szermuda Rakoczarii zbiegł ze srogiej niewoli ? Tego nie wie nikt. Zabobonni poganie – Kardańczycy wierzą, że to ich bóg wojny dopomógł w ucieczce z więzienia. Trudno im się dziwić. Więzienie w którym czekał na śmierć, na zgnicie żywcem, było bowiem nie lada jakie. Położone na skalistej wyspie. Na Białym Morzu, w wielkiej kamiennej twierdzy. Uciec stamtąd nie sposób. Trzeba było by chyba stać się sokołem właśnie. Tak by wylecieć z dziedzińca fortecy i przelecieć nad lodowatymi, burzliwymi wodami. Poddani księcia wierzą wiec, że Peronas, bóg wojny zmienił go w herbowego ptaka Rakoczarich … Ja, jako człowiek światły, wierzę raczej w inną wersję przebiegu tych niezwykłych zdarzeń. Takową, iż pomogła w tym nasza Cesarska Tajna Kancelaria. Chłopcy z naszej Tajnej Kancelarii potrafią czynić różne cuda. Godne zaprawdę kardańskiego boga wojny. I ta ucieczka była wielkim szczęściem dla naszego Cesarstwa. Powstanie Kardanów pomogło wielce w naszej wojnie z Imperium Północy. Niebiescy to wszak śmiertelni wrogowie i Cesarstwa i Kardanostanu.
Samemu Szarmudzie zapewne są na rękę te opowieści o boskiej interwencji. Umacniały morale, na które, nawiasem mówiąc, nie można było narzekać. Fascynowała mnie cześć i miłość jaką żywił dla niego jego lud. A w szczególności jego wojownicy. Poszli by za nim w ogień i w lód. I nie były to czcze słowa. Oni szli w ogień i lód. W marcu przekroczyliśmy Południową Przełęcz. Niebiescy nie spodziewali się tego. Nikt nie mógł pokonać o tej porze roku Południowej Przełęczy z taką siłą zbrojną. Co innego przejść góry z tysiącem konnych. Lecz z armatami, taborami, zapasami prochu i jadła? Moi wykładowcy z wojskowych szkół rzekli by, że to szaleństwo. Lecz Szermuda zdołał tego dokonać. Wielu jego żołnierzy zostało w Białych Górach. Trzecią część armii pożarła górska zima i tyfus. Dziesięć tysięcy wojowników stanęło jednak w dolinie górnego Sandoranu.
Powstanie powszechne
Szeregi powstańczej armii szybko rosły. Straty uzupełniano więc błyskawicznie. Ciągnęli ku swemu władcy na małych konikach, chłopskich wozach,pieszo. Zbrojni w broń wszelaką. Szable, kosy przekute na sztorc, toporki, rusznice, kusze i łuki. Śpiewając pieśni na jego cześć. Modląc się do swych bogów za jego powodzenie. Po drodze znosili pomniejsze garnizony wroga i zdobywali broń. Było ich tu trochę. Strzegły słynnych kopalń Górnego Kardanostanu. Padały jednak, a wiele poddało się bez walki. Ich załogi wiedziały, że powstańcy w przypadku oporu nie brali jeńców. Jeśli zaś poddawali się bez walki wysyłano ich jako niewolników do kopalń, których do niedawna strzegli. Cały kwiecień trwało oczyszczanie tych ziem z wroga. Zamek Urus-kahar, garnizon w Wikoranie, fort w Baktrianie. Ciężkie i sławne były to rozprawy. Sił do walki. dodawała pamięć o wydarzeniach sprzed dwóch lat. Wtedy, po wiosennych sukcesach powstańców Niebiescy przynieśli tu ogień i miecz. Za nimi kroczyły jeszcze gorsze plagi. Najpierw późnym latem Morową Panię dżumę, a zimą głód. Czwarta część Górnego Kardanu wyginęła do wiosny zeszłego roku. Powstanie przycichło. Wydawało się prawie zdławione. Lecz lud księcia pragnął wolności i pomsty. Trzeba tu jednak dodać, że tam gdzie dowodził osobiście Szarmuda brano czasem jeńców i traktowano ich dobrze. Poległych wrogów chowano zaś z wojskowymi honorami.
W maju zaczęło się przeformowanie wojsk rebelianckich w regularną armię. Nie było to już pospolite ruszenie ludzi nieobytych z wojaczką. Powstanie trwało już drugi rok i większość z ochotników brało wcześniej udział w partyzanckich bojach czy ostatnich walkach. Z partyzantów trzeba było jednak zrobić siłę zdolną stawać do równej walki z Imperium Północy. Niebiescy nie mogli w tym przeszkodzić. Pojawienie się Szermudy i jego wojsk tak wcześnie i w takiej sile kompletnie ich zaskoczyło. Wiosna to też pora kiedy wylewa Sandoran. Najpierw topniejące w Białych Górach śniegi, a potem majowe ulewy sprawiają,że Górny Kardanostan jest odcięty od świata do czerwca kiedy wody zaczynają opadać. Gromadzono broń, amunicję, prowiant. Cały maj zmienialiśmy więc powstańców w jegrów, strzelców linowych, pionierów, huzarów, ułanów i tak dalej i tak dalej. Formowano regularne regimenty piesze i konne pułki. Na naszą stronę przeszła część jeńców. Byli to poddani Hospodara Molvaru. Molvarczycy byli zmuszani do walk po stronie Niebieskich. Nienawidzili ich prawie tak samo mocno jak Kardańczycy. Dziś pod komendą Szermudy stało dwadzieścia pięć tysięcy pieszych i dziesięć tysięcy konnych. Pięćdziesiąt paszcz armatnich dopełniało obrazu siły rebelii.
Marsz Armii Woroncowa
Armia Niebieskich w końcu jednak ruszyła. Kniaź Woroncow, gubernator podbitego Kardanostanu, energicznie zbierał wszystko co miał do dyspozycji. W końcu ruszył ku nam z siedemdziesięcioma tysiącami szabel i bagnetów oraz licznymi armatami. Na początki czerwca, gdy wody Sandoranu nieco opadły, a gościńce zaczęły szybko schnąć od podmuchów stepowego wichru ekspedycja karna wymaszerowała z Biłogradu. Było ich co prawda dwa razy więcej, ale liczba ta topniała każdego dnia i każdej nocy. Po drodze musieli przebyć mokradła nad wielką rzeką. Dróg tam niewiele, wszystkie te trakty idealne dla zasadzek. Miejscowi powstańcy nieustannie szarpali maszerujące kolumny. Z trzcinowisk i gęstych lasów całymi dniami padały strzały. A wiedzieć wam trzeba, że Kardańczycy to świetni myśliwi. Rzadko chybiają. Teraz polowali na oficerów, na taborowe konie, na chorążych dzierżących chorągwie, na kanonierów. Każda pokonywana rzeczka, każdy zasiek z ściętych drzew, każde forsowane rozlewisko było okazją do łowów na saperów. Książę podesłał powstańcom z tej okolicy wsparcie. Pułk ułanów i pułk dragonów wyszkolonych w celnym ogniu.
Za dnia powstańcy nękali kolumny Niebieskich ogniem strzelb. Nocami zaś podchodzili bliżej niczym wilki. Atakowali obozowiska kąsając szablami, toporami i widłami. Siali śmierć, ogień i panikę. Po czym znikali w puszczy równie szybko jak się pojawili. Później nie było najezdnikom lżej. Gdy weszli na piękne kardańskie wyżyny zastali opróżnione spichrze i spalone sioła. Lud wierny raczej prawowitej władzy niż dekretom najeźdźców sam podpalał swoje siedziby. Ze swym dobytkiem, rodzinami i stadami zbiegali wierni chłopi w górskie lasy. Przejście przez niewysokie, ale gęsto zalesione Góry Bukowe był kolejną ciężką przeprawą dla karnej ekspedycji. Mieli być łowcami a stali się zwierzyną. W końcu stanęli jednak na równinie u podnóża Gór Białych. Zajęło im to dni czternaście, zamiast pięciu, ale byli już tuż tuż. Byli dzień drogi od naszych wojsk. Teraz partyzancka wojna miała się zmienić w starcie jakie znam z wojskowych szkół i z mego wojennego doświadczenia. Wielka bitwa! Siły były wyrównane bo tyfus, czerwonka i podjazdowa wojna wygubiła trzecią część sił naszego przeciwnika. Skąd wiem, że na początku szło ich około siedemdziesiąt tysięcy a, mniej więcej jedna trzecia wyginęła w marszu? Ano Szermuda bardzo dbał także o wywiad. Wiadomości dostarczali zwiadowcy i szpiedzy. Szpiegów miał nawet w samym sztabie ciągnących ku nam nieprzyjaciół. Byli tu ludzie łasi na skarby w jakie obfitowała ta ziemia. Sprzedawali informacje chętnie za złoto, srebro i drogie kamienie. Chciwość wrogów była naszym sojusznikiem.
Burza wieczorna
Wracaliśmy na naradę. Ostatnią pewnie przed wielkim bojem. Na przedzie jechał Wódz. Na białym koniu. Ze swym sokołem kołyszącym się na ręku. Czapla kołysała się zaś przytroczona do siodła jednookiego generała Hunkara. Wodza gwardii osobistej Szermudy. Książę jechał na przedzie. Choć miał ledwie dwadzieścia i siedem lat biła od niego powaga i mądrość. Nad głową powiewał proporzec z srebrnym sokołem spadającym na ofiarę. Obok łopotała święta dla Kardańczyków chorągiew zwana przez nich Sztandarem Bogów. Dwugłowy, złoty orzeł na błękitnym tle. W pazurach trzymał szablę i buławę. Nad głową miał wyszyte złote słońce. Obie łopotały na wietrze. W niedalekich górach grzmiało. Łyskały złote i czerwone pioruny. Wiatr był coraz silniejszy. Spadał z gór w dolinę. Szarpał chorągwiami i buńczukami. Śpiewały bestie z sztandarów. Srebrne wilki, złote lwy i niedźwiedzie, białe irbisy, czarne tury i tygrysy, zielone jelenie i czerwone odyńce. Wicher rzucał snopy iskier z ognisk i pochodni. Jakby tutejsi bogowie tymi podmuchami dawali nam znaki dotyczące nadchodzącej rozprawy. Mijaliśmy konne patrole, namioty, taborowe wozy, szałasy. Wszędzie wiwatowano i strzelano w powietrze na cześć wodza. Wojownicy popijali słynny napój miejscowy. Gorzałkę zmieszaną z wywarem z jagód zwanych baskad. Dodawał sił i odwagi oraz humoru, odganiał sen przy czym nie mącił umysłu. Słychać było wesołe śpiewy. Śpiewano o kobietach, o powrocie do domu, o zwycięstwie.
Podjechałem do księcia. Był pięknym młodzieńcem. Nie dziwie się, że tyle kobiet traciło dla niego głowę. Szczupłym lecz muskularnym i silnym. O długich blond włosach i regularnych rysach. Potężna blizna, która przecinała jego twarz dodawała jego obliczu marsowego wyglądu. Dziś ten dawny utracjusz, kobieciarz i birbant jawił się mi jako surowy bóg wojny. Mars czy kardański Peronas. Popatrzyłem w jego wielkie niebieskie oczy, potem spojrzałem w oczy jego sokoła. Wiedziałem, że zwycięstwo będzie nasze. Jego Wysokość uśmiechnął się, spiął konia. Przyśpieszyliśmy. Stęp zmienił się w kłus. Trzeba było się spieszyć. Narada będzie długa, a było już późno.