Gwiazdy nad Sajgonem


Czyli opowiastka improwizowana

https://www.youtube.com/watch?v=diKcaqRwuss

Za oknem była noc. Czarna jak smoła, wilgotna jak ocean, gorąca jak wulkan. Zmysłowa i tropikalna noc nad Sajgonem. Spomiędzy burzowych chmur błyskał księżyc. Patrzył razem z bezwstydnym księżycem na Jej młode, nagie, egzotyczne i gotowe ciało. Młoda prostytutka „dokładnie sprawdzona przez nasz kontrwywiad” siedziała naprzeciw. Czuł jak krople potu spływają po ciele. Ogromne i słone. Czuł znużenie. Nie czuł zaś pożądania jakie zwykle pojawiało się, gdy widział ją w tej jej kusej koszulinie, która więcej odsłaniała niż zasłaniała. Dziś nie chciał niczego co może dostać mężczyzna od kobiety. Poza jednym – towarzystwem drugiego człowieka. Wskazał jej na opium. Drobnymi, delikatnymi palcami przyrządziła to co mu było trzeba tego wieczoru. Pomyślał –a jeśli to sprawdzenie nie było, aż tak dokładne? I parę sekund później – a pierdolić to, będzie to piękna śmierć. Zapalił i szybko opadł na łóżko bezwładnie. Łopaty klimatyzatorów łopotały jak te w śmigłowcu. W ich rytmie odpłynął ku rajskim ogrodom strzeżonym przez świetliste tygrysy, lwy i pantery. Przypominały te ogrody dżunglę z której niedawno wrócił. Jednak tylko do pewnego stopnia. Nieziemskie były tukolory i dźwięki. Światło było także inne, jakby rajskie. Przneikało wszystko, nawet cień. Czuł, że jest to miejsce wiecznego odpoczynku dla poległych wojowników wszystkich epok i armii. Pobyt w nich trwał mgnięcie oka i całą wieczność zarazem. Wrócił do rzeczywistości, gdy opium przestało działać. Łagodnie. To jeszcze nie była ta kula przeznaczona dla niego. Jeszcze nie zapukał do bram Walhalli. Za oknem świtało, pierwsze promienie słońca zalewały ulice stolicy Południa . Darły się głośno ptaki i małpy, pokrzykiwali ludzie, hałasowały pojazdy. Dziewczyna czuwała obok. Piękna młoda Wietnamka z delty Mekongu. Pokorna i śliczna. Pomyślał, że może za jakiś czas… ale teraz jest wojna. Dziewczyna poczeka. Weźmie ją ze sobą jeśli nie zginie. Weźmie do swojego Kolorado. Będzie ją dosiadał co wieczór, podlewał jej piękne ogródy swoim nasieniem. Urodzi mu synów i córki. I będzie potem brał synów na polowanie w góry. Uczył ich jak celnie strzelać, jak przetrwać w lesie. Opowiadać przy ognisku o swoich czynach, czynach swoich kolegów, odwadze wrogów, o chwale przodków. To jednak jeszcze nie teraz. Teraz musi wrócić do swojej jednostki. Niebawem znów zmierzy się ze swoim Losem. Wojna, dżungla, bycie myśliwym i bycie zwierzyną. Jest wojna, a on jest wojownikiem – powtarzał to sobie, gdy czuł tęsknotę za pokojem, miłością, domem. Wojna stała się jego życiem, towarzysze broni rodziną, dżungla domem, a wrogowie Przeznaczeniem i Sławą. jest oficerem Rangersów. Jest odpowiedzialny za swoich ludzi. Nie trzeba mu teraz miłości. To jedna z największych słabości w tych warunkach. Miłość poczeka. To też sobie powtarzał . Ubierał się majestatycznie. Słońce poranka dodawało mu sił. Znów był żywym tygrysem. Zostawił dziewczynie trochę dolarów i popatrzył w oczy na odchodnym. Pomyślał wychodząc – a jak wychować córki?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *