Kaukaz – wojna na wieki?
Piosenka na wejście – https://www.youtube.com/watch?v=a8eDygS7zG0
Pisałem, pisałem, skreślałem, zmieniałem. Kaukaz to temat rzeka. Wielka, wzburzona i rwąca. Taka jak wezbrany Terek. Pisanie go to jak spływ tratwą Terekiem, albo ujeżdżanie dzikiego konia na kabardyńskiej połoninie. Cieżko było, ale w końcu dopłynęło się na szerokie wody Morza Kaspijskiego. Zrzucał parę razy, ale w końcu się udało podporządkować rumaka swoje woli. W końcu napisałem ten tekst. Mam nadzieję, że będzie i ciekawy i pożyteczny. Mam też nadzieję, że nie jest zawiły ani zbyt długi. Ocenę zostawiam jednak Czytelniczkom i Czytelnikom. Zaznaczam też, ze nie jestem żadnym „ekspertem” ani „profesjonalistą”. Po prostu interesuje się Kaukazem od mniej więcej ćwierc wieku. To i lubię czasem o nim coś napisać. Zapraszam do lektury 😉
Kaukaski wulkan
Wojna jest stałym elementem kaukaskiego krajobrazu. Któż tu nie wojował? Kto nie maszerował przez falujące równiny i górskie przełęcze? Maszerowali i wojowali niemal wszyscy. Od falang macedońskich diadochów po strzelców alpejskich, którzy pewnie wesoło jodłowali zatykając na Elbrusie sztandar III Rzeszy. Historia Kaukazu to nade wszystko historia wojen wszelkiego rodzaju. Światowych, regionalnych, domowych, zastępczych, w porachuków mafijnych i klanowych. Obszar kaukaski jest usiany wulkanami, których cześć może wybuchnąć (tak pomrukuje choćby potężny Elbrus) choćby za rok i to z wielką siłą. Jak w geologii tak i w geopolityce Kaukaz jest terenem wulkanicznym. Takim jednym wielkim kotłem z wrzącą lawa. Podobnym do Bałkanów, Bliskiego Wschodu czy styku Chin, Azji Środkowej i Subkontynentu Indyjskiego. Czy kiedyś zapanuje tu trwały pokój? Taki bez, kruchych rozejmów, „państw nieuznawanych”, zamachów i intensywnych zbrojeń? Przyjrzyjmy się najpierw kaukaskim konfliktom ostatnich dekad. Razem z upadkiem Kraju Rad nastąpiła kolejna wojenna eksplozja. Lub raczej cała seria mniej lub bardziej gwałtownych erupcji.
Wojny Zakauaskie
Pierwszy z ostatniego cyklu kaukaskich konfliktów rozpoczął się jeszcze, gdy istniał ZSRR. W 1988 roku. I trwa do dziś. Była to wojna o Górski Karabach (po turecku) alias Arcach (po ormiańsku). Zaczynało się jak to zwykle bywa w przypadku takich wojen. Od pamięci. O walkach i wzajemnych mordach do jakich dochodziło tu na początku XX wieku. Od sporu czyj jest „Czarny Ogród” bo to po turecku oznacza słowo Karabach. Spór powodował zwoływanie mitingów i demonstracji. Zakłądano komitety i pisano petycje kierowane przez obie strony do władz w Moskwie. Pokojowa walka przerodziła się szybko w pogromy i starcia „samoobron”. Potem zaczęła się wojna partyzancka w górach. Z jednej strony byli ormiańscy partyzanci z drugiej Azerbejdżańska SRR oraz Armia Radziecka i sowieckie Wojska Wewnętrzne. Ten etap trwał do 1991 roku, kiedy ostatecznie upadł Związek Sowiecki. Lata 1992 – 1994 to już regularna wojna między zbuntowanym Arcachem i nieoficjalnie z Armenią a Azerbejdżanem. To Armenia dostawała tym razem pomoc z Moskwy, która była teraz stolicą Federacji Rosyjskiej. Azerowie zaś dostawali wsparcie z Turcji. Jednak turecka pomoc była zbyt mała, Ankara nie chciała zbytnio drażnić Moskwy. Podsyłała oficerów, instruktorów, ochotników, broń. Towszytsko jednak w ograniczonymnym zakresie. Azerska armia nie umiała przełamać obrony przeciwnika. Kolejne ofensywy załamywały się, a rebelianci kontratakowali. Teoretycznie silniejszy przeciwnik przegrywał. Nic dziwnego. Azerowie bili się o jeden z regionów swojego państwa. Ich wojsko była konglomeratem regularnej armii, sił MSW i wszelakich milicji. Ormianie mieli przed oczami rzezie z początku XX wieku. Karabachska armia była zaś od początku drapieżną i zdysycplinowaną siłą. Dowodzoną przez generałów – weteranów Afganu. Oraz komendantów – członków diaspory ormiańskiej. Wyćwiczonych w libańskiej wojnie domowej i innych konfliktach. Dopiero ojciec obecnego „chana” z Baku stworzył z sił Azerbejdżanu prawdziwe wojsko. Było już jednak za późno na pokonanie wroga. Trzeba było negocjować z Armenią i Karabachem żeby ratować państwo. Rozejm z maja 1994 nie zakończył tak naprawdę wojny. Skończyła się tylko jej najbardziej intensywna faza. Zaczęłą się „mała wojna” na lini demakracyjnej i jej okolicach. Z czasem narastająca. W XXI wieku były to już nieustanne drobne graniczne potyczki, ostrzały i wypady dywersyjne. Czasem zmieniające się w prawdziwe bitwy. Największa z nich została nazwana „wojną czterodniową„. Stoczono ją w kwietniu 2016 roku. Dziś widzimy kolejną odsłonę tej konfrontacji dwóch narodów. Najostrzejszą od wiosny 1994 roku.
Także Gruzji nie ominęła ognista zawierucha. Wojny gruzińskie zaczęły się natychmiast po wyjściu z ZSRR. To była typowa postkolonialna sytuacja. Zaraz po dekolonizacji miejscowi rzucili się sobie do gardeł. Walka o władzę! Równolegle niektóre prowincje ogłasiły secesję. Pchały je do rebelii i własny nacjonalizm, i nacjonalizm gruziński i ambicje miejscowych polityków. Każdy polityk woli być „prezydentem” a nie „gubernatorem”. Najpierw powstanie ogarnęło wysokogórską Osetię Południową. Krótka wojna skończyła się jakby remisem. Część tej krainy kontrolowały wojska rządowe. Drugą część rebelianci. Krętej linii demakracyjnej strzegli „mirotworcy” (siły pokojowe) z Rosji. Sama zbuntowana republika była pod ich pełną kontrolą. Po niej zbuntowała się zjawiskowo piękna Abchazja. Wojna w Abchazji była także nieformalną wojną z Rosją. Bardzo podobną do tej, która rozpoczęłą się w lutym 2014 na wschodzie Ukrainy. To też charakterystyczne dla krajów postkolonialnych. Dawne metropolie lubią nadal mieszać się do wewnętrznych spraw swoich eks-kolonii. Abchaski konflikt był też swoistą „rekonstrukcją historyczną” łupieżczych najazdów północnokaukaskich Górali na ziemie kartwelskie (gruzińskie). Abchazję wsparła (obok milicji kozackich i sic! ormiańskich) Konfederacja Narodów Kaukazu. Twór stworzony przez Dżochara Dudajewa, wymierzony w Rosję. Taki paradoks. Żołnierze Konfederacji walczyli z jednym realnym choć na razie tylko potencjalnym sojusznikiem. „Dzieli i rządź” uczyli Rzymianie. Moskwa – „Trzeci Rzym” zawsze umiejętnie korzystała z tej metody. Tu też brzybyły rosyjskie „siły pokojowe”.
Ten etap najnowszej historii kraju Kartwelów zakończył się jesienią 1993 roku. Zaczęłą się owa jesień wrześniowym szturmem Suchumi – stolicy Abchazji. Armia rebeliancka zdobyła stolicę Abchazji de facto wygrywając wojnę. Zakończyła owa pamiętna jesień śmiercią pierwszego prezydenta Zwiada Gamsachurdii w sylwestrową noc. Z walki o władzę zwycięzko wyszedł „Srebrny Lis” jak nazywano Eduarda Szewardnadze. Polityk moim zdaniem wybitny i niedoceniany przez rodaków. Potem było już raczej (nie licząc wojen gangów) spokojnie. Raczej bo w 1998 i 2001 doszło do walk na pograniczu abchasko-gruzińskim. Atakującą strona byli megrelscy i swańscy (dwie kartwelskie grupy etniczne spokrewnione z Gruzinami tak jak Czarnogórcy z Serbami) partyzanci. Wieluz nich walczyło w poprzedniej wojnie. Wielu miało rodzinną ziemię na rebelianckim terytorium. Ich domy zostały spalone, a ich ziemię uprawiali podpalacze. Łaknęli zemsty. Podczas drugiego rajdu wsparli ich bojownicy słynnego czeczeńskiego komendanta Giełajewa. Te starcia były tylko kilkudniowymi seriami potyczek. Wojna na serio rozpoczęła się na nowo w 2008 roku. Lont odpaliła transformacja Kosowa. Z międzynarodowego protektoratu na początku tego roku stało się niepodległym państwem. Dzieckiem albańskiego powstania i natowskich bombardowań. W odpowiedzi prezydent rebelianckiej Osetii Południowej poprosił Putina o scalenie jego kriaku z Osetią Północną. Czyli w praktyce aneksję gruzińskiego terytorium przez Rosję. Narastało napięcie. Dochodziło do coraz częstszych „incydentów”. Lont odpalony zimą latem doszedł do beczki z prochem. Konflikt tym razem zakończył się szybko. Armia Gruzińska najpierw wykonała dość udane uderzenie wyprzedzająće. Potem jednak runeła na nich słynna 58 Armia zaprawiona w walkach w Czeczenii. Rosjanie uderzyli także od strony Abchazji wraz z tamtejszymi wojownikami. Uderzyli od strony morza i z powietrza. Takiego ciosu wojsko gruzińskie nie mogło wytrzymać. Armia poszła w rosypkę. Gruzja została upokorzona. Rosja miała co chciała. Teoretycznie była w stanie iść na szturm Tbilisi. Mogła zdobyć kartwelską stolicę i osadzić tam marionetkowy rząd. Nie miała jednak interesu w użeraniu się z sankcjami i gruzińską partyzantką. Po owym tragicznym dla Gruzinów lecie konflikt został zamrożony. Na jak długo? To się okaże.
Ostatnia wojna kolonialna
Największym konfliktem na Kaukazie w ostatnich dekadach były wojny czeczeńskie. To co działo się w Czeczenii przerasta (proporcjonalnie) jatki ludzkie w Iraku, Jugosławii, Syrii, Afganistanie. Nigdzie, w krajach pozaafrykańskich i nie licząc Kambodży i Koreii, nie było po II wojnie światowej takiej rzeźni i takiego materialnego wyniszczenia. Nie wiadomo do końca kiedy ta masakra się rozpoczęła. Jedni mówią, że wiosną 1994 roku kiedy wybuchł zbrojny bunt przeciwko władzy Dżochara Dudajewa. Inni podają inną datę – 11 grudnia tego samego roku. Wtedy pierwsze czołgi rosyjskie przekroczyły granice zbuntowanej Czeczeńskiej Republiki Iczkeria. Ja uważam, że początkiem była jesień 1993 roku kiedy osetyjskie bojówki wspierane przez rosyjski rząd federalny dokonały masakry pobratymców Czeczenów – Inguszy. Moim (i nie tylko) zdaniem miało to na celu sprowokowanie Konfederacji Narodów Kaukazu to przysłania odsieczy co dało by pretekst do uderzenia na Grozne.
Nie wiadomo kiedy te wojny się zaczeły, nie wiadomo skończyły. Federacja Rosyjska podaje konkretną datę – rok 2009. Jednak i po tej dacie dochodziło do regularnych zamachów i starć. Nie tylko w samej Czeczenii, ale i innych autonomicznych republikach Północnego Kaukazu. Po za tym w 2007 roku doszło do rewolucyjnej zmiany w północnokaukaskim podziemiu. Podziemne państwo czeczeńskie ogłosiło transformację w Emirat Kaukaski. Po przegnaniu Rosjan miała powstać federacja północnokaukaskich narodów. Rządzonych żelaznym prawem szariatu w wydaniu wahabickim. Dla mnie to jest właśnie data zakończenia wojen czeczeńskich i rozpoczęcia nieco innej wojny. To oczywiście tylko jedna z mozliwych interpretacji. Konflikt Rosjan z Góralami z Północnego Kaukazu trwa de facto od XVIII wieku. Zmieniają się sztandary, hasła i ideologie. Treść pozostaje ta sama. „Bić Moskala! Marszo! (wolność) Allahu Akbar!„. Taka jest treść tej wiecznej wojny.
Trudno sklasyfikować ten konflikt, skoro nie wiemy nawet kiedy się zaczął i kiedy i czy w ogóle zakończył. Można go interpretować wielorako. To były oczywiście wojny secesyjne. Jedna z autonomicznych republik federalnego kraju ogłosiła oderwanie. Wojska rządowe zorganizowały inwazję na terytoria zajęte przez separatystów, którzy samych siebie nazywali Nochczi Borzoj – Czeczeńskie Wilki. Inwazja rozpoczęła się w imię rosyjskiego prawa do terytorialnej integralności kraju. Czemu nie przyznać Rosji tego prawa skoro przynaje się je choćby Ukrainie czy Chorwacji? Jest też zupełnie inne spojrzenie, którego jestem zwolennikiem. Wojny czeczeńskie to, póki co, ostatni konflikt kolonialny.

Pobojowisko po zasadzce na konwój. Okolice Wiedena III 2000 roku. W czasie wojny kaukaskiej (1817-1864) Wiedeno było bastionem oporu kaukaskich Górali.
Czemu kolonialny? Rosja podbiła Północny Kaukaz mniej więcej w tym samym czasie i tymi samymi metodami co Francja Algierię. Wojna algierska z lat 1954-1962 niewątpliwie była wojna kolonialną. Nikt na świecie tego nie kwestionuje. Czemu nie uznać rebeli Dudajewa za taką samą wojnę wyzwoleńczą przeciwko kolonialnej władzy? I tu warto zauważyć jeden istotny szczegół. Imperialne mocarstwa dzielą się na dwa rodzaje. Te które mają imperium zamorskie. Na przykład Francja tuż po II wojnie światowej. Oraz te, które mają imperia lądowe. Czyli same w sobie są imperiami. Na przykład Federacja Rosyjska. Utrata kolonii zamorskiej to utrata kolonii. Utrata prowincji przez imperium lądowe to element rozpadu państwa. Potencjalna kostka domina, jednak z kart karcianej budowli która wprawiona w ruch obali całą konstrukcję.
Wszystko to dziwne, ale zdecydowanie najdziwniejszy był finał. Bo co prawda konflikt na Północnym Kaukazie tli się nadal, ale miedzy tleniem a pożarem jest wielka różnica. Od kilkunastu lat w Groznym panuje Razman syn Achmata. Razman jako nastolatek był kierowcą swego ojca. Islamskiego „prymasa” Czeczenii i jednego z przywódców dudajewskiego powstania. Zaraz na początku kolejnej rosyjskiej inwazji jego ojciec przeszedł na stronę rosyjską. Co go motywowało? Zapewne koniunkturalizm, dobro swego tejpu (mniej więcje to samo co „ród, klan” ale nie dokońca). Zapewne też uważał, że zachowuje się patriotycznie. Dalsza walka z Rosją nie wydawała się sensowna. Przynieść mogła nie zwycięstwo, a kolejny ocean łez i krwi. Po za tym stary Kadyrow miał na pieńku z wahabitami. Czyli radykalnym zwolennikami wersji islamu importowanej z Półwyspu Arabskiego. To z tego odłamu wyrosła Al-Kaida i tzw. Państwo Islamskie. Choć za swój przyjmują go także monarchie tamtego regionu to w Czeczenii był czymś obcym. Jak mawiali starzy Czeczenii „nie po to przegnaliśmy Ruskich żeby stać się Arabami”. Wielki Mufti Iczkerii przyłączył się więc do Putina. Zginął 9 maja 2004 roku podczas tradcyjnej defilady. Zabiła go bomba zamurowana w trybunie honorowej na stadionie Tereku Grozny. Według jednych była to robota ludzi Szamila Basajewa. Inni twierdzą, że zabili go rosyjscy generałowie. Za co? Ano za to, że poczynał sobie zbyt swobodnie jak na marionetkę, którą miał być. Razman zapewne domyslał się, że nie była to robota Basajewa. Lecz zamiast uciec w góry do partyzantów jeszcze mocniej przylgnął do Rosji. Był chytry. Działał w myśl starej zasady „przyłącz się do wroga, którego nue umiesz pokonać”. Z czasem stworzył „udzielny chanat„. Czeczenię pozostającą oficjalnie w granicach Rosji, ale … No właśnie Rosjan w tej autonomicznej republice prawie nie ma. Choć za czasó Sojuza stanowili dość spory odsetek jej mieszkańców. Obowiązuje w niej de facto prawo szariatu, w północnokaukaskiej sufickiej wersji. Kadyrow ma własną kilkudziesięciotysięczną siłę zbrojną. Liczebnie porównywalną z Wojskami Lądowymi III RP. Duża część jej kadry dowódczej to byli partyzanci antyrosyjscy. Putin śle Razmanowi pieniądze , w zamian za utrzymywanie spokoju. Dziwnie wygląda ta pacyfikacja prawda?
Wojny zastępcze
Kaukaski temperament każe walczyć z „wrogami”, gdzie się da i jak się da. Czasem ma to wymiar symboliczny. Na przykład amerykański zespół rockowy „System of Down” wielokrotnie przypominał w swojej twórczości o tym co Ormianom zrobił reżym młodoturecki. Katie Melua użyczyła swojej piosenki autorom filmu o wojnie gruzińsko-rosyjskiej z 2008 roku. Czemu? Ano bo Katie naprawdę nazywa się Katevan, a muzycy „Systemu” to kalifornijscy Ormianie.
Często jednak „Kaukazy” toczą prawdziwe „proxy wars„. Kto powiedział, że musi być to domena mocarstw? W ostatniej dekadzie pola tych zastępczych bitew znajdywano w Syrii, Iraku i na Ukrainie. W wojnie na wschodzie Ukrainy brali udział po obu stronach. W armiach „separatystów” walczyły kontyngenty wystawione przez Abchazję i Południową Osetię. Milicje Kozaków Kubańskich i Terskich. Nie mogło oczywiście zabraknąć oddziałów podległych „udzielnemu chanowi” Czeczenii. Do Kadyrowców strzelali ich pobratymcy z „czeczeńskich” batalionów ochotniczych. Walczących jednocześnie pod żółto-niebieską chorągwią i zielonym proporcem dżyhadu. Licznie wzięli też udział w tej wojnie ochotnicy z Gruzji mszcząc się za klęski z 1993 i 2008 roku.
Jeszcze liczniej ruszyli mieszkańcy Kaukazu na wojnę syryjsko-iracką. Wstepowali w szeregii różnych armii. Wszystkie jednak łączył sztandar islamskiej świętej wojny i nienawiść do Baszira al-Asada. Co warte podkreślenia Asada – sojusznika i klienta Moskwy. Przybywali tam tysiącami. Turcja przymykała oko na ten potok ludzi zmierzający w odwrotnym kierunku niż uchodźcy. W Lewancie zwali ich „Sziszani” – „Czeczenii„. Choć byli wśród nich przedstawiciele chyba wszystkich muzułmańskich narodów i szczepów z regionu. Ciągnęli nie tylko z bezrobotnych górskich aułów (wiosek), ale i z diaspory. Rzucali pracę. Na budowie w Moskwie, w magazynie w Wiedniu, w sklepie w Bristolu. Rzucali i jechali na dżyhad. Dla wielu było to cos więcej niż sakralna wojna „dobra ze złem„. Pryz okazji spełniania religijnego obowiązku zarabiali. Działo się to mniej więcej w ten sposób. Junacy powojowali sobie parę miesięcy. Wracali „trofiejnymi” samochodami do Turcji. Wyładowanymi łupem godnym dżygitów. Sprzęt AGD, ubrania, meble, elektronika, biżuterą. Generalnie wszystkim co dało się spieniężyć. W komisach i na bazarach zmieniali łupy na gotówkę w twardej walucie. Potem jechali do siebie. Do Dagestanu czy Karaczajo-Czerkiesji. Gdy zasób gotówki się kończył jechali znów na front. Taka sezonowa robota. Jak budowa tentów, zbieranie szparagów czy poławianie krabów. Rosyjskie służby przymykały oko z różnych względów. Dzięki tym „sezonowym robotom” mogli mieszać w Syrii i Iraku. Infiltrować międzynarodowe siatki dżyahdystów. radykałowie z Kaukazu ginęli walcząć z wojskami Asada i SDF zamiast robić partyzantkę na miejscu. W końcu z pewnością oficerowie FSB i innych służb dostawali swoją „dolę” z puli łupów. Wojownicy z Kaukazu byli cenieni. Byli odważni, sprytni, wytrzymali. Nie bali się walki w bliskim kontakcie, nawet wręcz. Nie lękali zmasowanych ostrzałów i nalotów powietrznych. Mieli jednym mówiąc słowem naturalne predyspozycje do wojowania. Niektórzy robili zawrotne kariery. Najsłynniejszym był niewątpiliwie Tarchan Batraszwili. Szerzej znany jako Abu Umar asz-Sziszani. W gruzińskiej armi dosłużył się stopnia sierżanta. W Syrii okazał się prawdziwym Bogiem Wojny. To autor największych militarnych tryumfów armii tzw. Państwa Islamskiego. Według innej wersji naczelnym wodzem był naprawdę jego starszy brat Tamaz- weteran wojen czeczeńskich. W każdym razie bracia Batraszwili zatrześli Bliskim Wschodem.
W kontekście wielkiej wojny na Bliskim Wschodzie warto też zauważyć, że chyba we wszystkich armiach tam walczących służyli i służą potomkowie wypędzonych przez Rosjan w XIX wieku Górali. Głównie Czerkiesów i szczepów im pokrewnych oraz Czeczenów. Czasem strzelali do swych pobratymców przybyłych na wojnę, czasem z nimi bratali. Zależy od munduru jaki nosili. W Syrii pojawili się też podobno Kadyrowcy. Wcale nie zdziwił bym się, gdyby to była prawda.
Sam Kaukaz także stawał się w ostatnich dekadach polem bitew zastępczych i miejscem zdobywania chwały (przeważnie także twardej waluty) dla wojowników z różnych części planety. Na pierwszą karabachską wojnę ściągali Ormianie z całego świata. Po stronie Azerów walczyli zaś tureccy oficerowie i ochotnicy. Oraz islamscy wojownicy z Afganistanu. Co prawda byli to mudżahedini od Hekmatjara czyli radykalni sunnici a Azerbejdżan jest krajem w większości szyickim. Ormianie to jednak niewierni więc w razie śmierci czekało ich spotkanie z hurysami. Azerów wspoamgalo też wielu najemników. Przeważnie byłych żołnierzy i oficerów Armii Radzieckiej. Mudżahedini ściągali też na wojny czeczeńskie. Z przeróżnych krajów. Jak w mijającej dekadzie do Syrii. Dla jednych był to pierwszy dżyhad. Inni mieli już za sobą Afgan, algierską domową, fronty Jugosławii i inne dżyhady. Podobno także wśród rosyjskich „kontraktników” było sporo Serbów kórzy przyjechali na prawosławną krucjatę. Inni Słowianie walczyli przeciw Rosji i jej sojusznikom. Ukraińscy najcjonaliści zwartymi oddziałami stanęli do walki za Gruzję i za Azerbejdżan. Największa ich wataha wzięła udział w wojnach o niepodległość Czeczenii w ramach słynnego odziału „Viking„. Dziś wiadomo już, że turecki „sułtan” podesłał „chanowi” z Baku od kilkuset do kilkutysięcy „bezrobotncyh bojowników”. z kolei Ormianie ściągają, jak mówią doniesienia, członków ormiańskich samoobron z Syrii czy Libanu.
Jaka będzie kolejna „zastępcza wojna” mieszkańców Kaukazu? Oby nie „IV wojna północna”, wojna Rosji z Polską i Krajami Bałtyckimi. Na pewno jakaś się znajdzie. Duch Wojownika musi znaleźć upust instynktowi walki. Trwały pokój na Kaukazie z pewnością zamuciłby niejednego dzielnego woja. A jesli na całym świecie zapanowałby wieczny pokój? Jakże nudnym byłby się stał. Przynajmniej dla ludzi pokroju „Saszki Biłego” czy Emira Chattaba 🙂
Spalone wioski, bielejące kości
Afganistan to poteżne złoża metali ziem rzadkich. Czeczeńska ziemia ma w sobie wysokooktanowa ropę. Podobnie Iracki Kurdystan. Lecz w Karabachu nie ma żadnych wiekszych zasobów, a przynajniej znanych uczonym. Po co więc dwa małe kraje angażują ogromne zasoby w ten konflikt o to górskie „zadupie”? Resentyment, żądza zemsty, pragnienie odegrania się choćby i po latach to potężna siła. Dziś resentymenty napędzają konflikt w górach Karabachu (lub jak wolą Ormianie Arcachu). Czemu tak się dzieje? Tak wbrew racjonalności wszelkiej?
Wyobraźcie sobie, że Czechosłowacja się nie rozpadła. Co więcej jej armia w 1994 roku pobiła Wojsko Polskie. Podbiła Dolny i Opolski Śląsk. Polską ludność brutalnie wysiedlonoz tych regionów. Cześć miejscowości spalono, część zasiedlili Czesi i Słowacy. W Pradze dzień podpisania rozejmu, będacego polską kapitulacją jest wielkim świętem. Ludzie sie cieszą, żołnierze deflilują. Nie frustrowało by Was to? I tak właśnie cierpią Azerzy. Nieustanny ból poniżenia. Ból chłopca, który dostał łomot od kolegi-suchoklatesa. Oczywiście, że Ormianie nie mieli wyboru. Jeśli chcieli utrzymać swój Arcach musieli stworzyć strefę bezpieczeństwa. Strefę, która połaczy go z siostrzaną Armenią i odesparuje od Azerbejdżanu. Tą strefę można było stworzyć tylko przy pomocy czystek etnicznych. Tylko co to zmienia w azerskim bólu? Bólu wysiedlonych i bólu patriotów? Bólu matek poległych i pomordowanych? Ano nic. Armenia mogła złamać prawo międzynarodowe, świat jej nic nie zrobił. Nie Chiny, nie Rosja, nie Iran, nie USA i nie Turcja to uczyniły Azerbejdżanowi. Zrobiła to malutka, biedna Armenia. Teraz może ona okupować więcej niż 1/10 Azerbejdżanu. „Czy nie lepiej problem rozwiązać raz na zawsze? Tak jak to zrobili Chorwaci w 1995 roku?” Takie pytanie musi się kotłować w głowach azerskich. Ormianie działali na zasadzie „fakty dokonane zostaną zaakceptowane„. To i Azerzy tak mogą. Dziś 26 lat od klęski to oni są stroną lepiej uzbrojoną. Chcą pomścić rzeź w Chodżałach, zagładę Agdamu i innych miast. I robią to nader skutecznie.
Ormianie… U nich to nie frustracja, nie upokorzenie. To dławiący, pierwotny lęk. Zróbmy sobie kolejną okrutną zabawę. Wyobraźcie sobie, że… Polska nie jest ani w NATO, ani w UE. Rosja połknęła Białoruś i pół Ukrainy. Ceny gazu i ropy na światowych rynkach są bardzo wysokie. Putin może więc się zbroić i zbroić. Z jednej strony wisi nad nami Federacja Rosyjska, z drugiej RFN. To RFN prusko-militarystyczny. Żadne tam soft-powery, jurgielty-granty, wrogie przejęcia cementowni. Nie, niemiecka siła opiera się nadal na Achtung! Panzer! Co prawda oficjalnie władze kraju za Odrą odżegnują się od Hitlera. Lecz czczą teutońskich herosów jego epoki – Guderiana, Von Mansteina, Rommla. Oficjalnie i z pompą. Istnieje też w ich kraju prawny zakaz mówienia o takich wydarzeniach jak rzeź Woli, masakra w Lasach Piaśnickich czy „wysiedlenia” na Zamojszczyźnie. Nie było ani Treblinki, a Auszwitz był obozem internowania. W Babim Jarze Żydzi umarli z powodu tyfusu, a nie w rzezi. Bundeswehra zbroi się na potęgę. Pobór jest autentycznie powszechny. Angela Merkel bez ogródek mówi o konieczności odzyskania co najmniej czterech obecnych polskich województw. To teraz rozumiecie czemu Ormianie się boją? . To co zrobili Ormianom Turcy (a także Grekom Pontyjskim i Asyryjczykom) można śmiało porównać do Holokaustu, albo rzezi Tutsich w Rwandzie. Wielka systematyczna masakra, wytępianie totalne. A „Tatarzy Kaukascy” jak nazywano dawniej Azerów w tych zbrodniach brali udział. Żeromski nie wymyślił sobie rzezi w Baku, gdy pisał „Przedwiośnie„… Dla mieszkańców Armenii Karabach to ostatnie przedmurze. „Tureckie” czołgi mają tam przystanek przed stacja „ludobojstwo”. „Idą na Nas! Nawet z Syrii sułtan ściąga wojowników by zniszczyć Armenię!”. Stąd powszechna mobilizacja, stąd ściąganie na „ Świętą Wojnę” Ormian z całego świata. Im nie wytłumaczysz, że nie będzie prawie na pewno rzezi Erewania. Przecież JUŻ KIEDYŚ CZULI SIĘ W MIARĘ BEZPIECZNIE – wiosną 1915 roku…
Obecna, II (a może III lub nadal I?) wojna karabachska to starcie tych dwóch traum. Traumy sprzed ćwierć wieku i tej sprzed stu lat. Nienawiść po obu stronach kłebiła się latami. Jej symbolem jest krwawy wyczyn niejakiego Ramila Saferowa. Jako dziecko musiał uciekać z rodziną przed karabachskimi powstańcami. Zapewne znał osobiście ludzi, którzy polegli na froncie lub zostali zamordowani przez Ormian. Potem wstapił do azerbejdżańskiej armii. Zapewne motywowała go stabilne zatrudnienie, ale też chęć odegrania się. Wielkiej wojny z Armenią jednak nie było. Saferow był zdolnym młodym oficerem. Został więc wysłany na natowskie szkolenie do Budapesztu. Na owym szkoleniu byli obecni także oficerowie ze znienawidzonego przez młodego azerskiego oficera kraju. Skorzystał z okazji i napadł na jednego z nich Gurgena Margaryana. I nie była to bójka, to było porabanie siekierą zakończone dakapitacją. Saferow pomścił tułaczkę swoją i swojej rodziny. Może i krewnych zarabanych siekierami przez Ormian, których pamiętał jeszcze żywych. Z perspektywy ormiańskiej – „Turek” rąbał na sztuki Ormianina. Siekierą jak w 1915 roku. Kolejna krwawa rekonstrukcja historyczna. Po ośmu latach odsiadujący wyrok dożywocia w węgierskim więzieniu wrócił do swojej ojczyzny. Miał tam odbyć resztę kary. Zamiast więzienia czekało go jednak ułaskawienie. Oprócz tego za swój „bohaterski czyn” został nagrodzony awansem na majora i mieszkaniem. Serio, tak właśnie. Masakra siekierą potem ułaskawienie i nagroda. I to nie jest tak, że Alijew jest jakimś fanatykiem, turbo nacjonałem. To nieodrodny syn starego, chytrego wilka Hajdara. Gdyby mu się to opłacało politycznie to owego siekiernika kazał by nie wypuszczać. Lub też zrobić mu wypadek, albo samobójstwo. Nastroje społeczne i percepcja postaci Saferowa wśród mas były jednak inne…
Rzecz jasna do ludobójstwa w Karabachu (raczej i miejmy nadzieje) nie dojdzie. Alijew to polityk, a nie watażka jak Karadźić. Nie jest też lwem zagonionym w kąt jak Baszir Asad. Nie musi nakazywać dokonania rzezi. Co nie znaczy, że nie będzie etnicznego czyszczenia jeśli obrona ormiańska zostanie przełamana. Moze też odbyć się „ewakuacja” mieszkańców rebelianckiej republiki. „Wypłaszanych” ostrzałem „Gradów„, „Śmierczy” i dalekosiężnych haubic. A i nawet bez tego groźba odcięcia Arcachu od „Starszej Siostry Armenii” spowoduje masową ucieczkę. Po prostu Azerzy i Ormianie ani nie mogą, ani nie chcą żyć pod jednym dachem. To się już raczej nie połączy.

Kaukaz ze sputnika.
Strach, wstręt, niezdolność do życia z „tamtymi” w jednym państwie był motorem także innych współczesnych konfliktów w regionie. Tacy Abachazowie gdy słyszeli hasła „Gruzja dla Gruzinów” to i postanowili z tym krajem się pożegnać. Poprzez zbrojną secesję. Czy mogli się bać prezydenta Gamsachurdi i gruzińskiego nacjonalizmu? Racjonalnie rzecz biorąc postąpili niemądrze. Ich państwo jest dziś jedną z nieuznawanych „czarnych dziur„. Są całkowicie zależni od Rosji. Tej samej, która w XIX wieku dokonała ludobójstwa na ich braciach – Czerkiesach, Adygejcach, Kabardyńcach. Im też wyrządziła wiele krzywd. Muszą dziś słuchać państwa, które traktuje ich totalnie przedmiotowo. Sensowniej byłoby wrócić w skład Gruzji z szeroką autonomią. Pozwolić na powrót wypędzonych Megrelów. Pojednać się w formule „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Żyć, gospodarować, zapraszać turystów. Lecz popatrzmy teraz nie z perspektywy „tych co wiedzą” a Abchazów z 1992 roku. Wiedzieli co się dzieje w Bośni. Wiedzieli co to nacjonalizmy. Tego gruzińskiego zaznali w formie szykan i nacisków już w czasach ZSRR. Latem 1992 roku Sojuza już nie było. Była niepodległa, najcjonalistyczna Gruzja. A więc została im wojna, a przynajmniej tak to widzieli.
Teraz przenieśmy się za grzbiety Wielkiego Kaukazu. Do Czeczeni. Jak mógł nie pojawić się w 1991 roku, roku moskiewskiej klęski, ruch separatystyczny w Iczkerii? Rosja zrobiła Czeczenom dwa ludobójstwa i kilka pomniejszych depopulacji. Większość Czeczenów szybko rozczarowała się do niepodległości, która poskutkowała totalnym upadkiem ekonomicznym i dzikim rozkwitem bandytyzmu. Jednak zimą 1994/1995 znów się zjednoczyli przeciw śmiertelnemu zagrożeniu. Rosyjskie pociski, rakiety i bomby nie wybierały. Zabijały zwolenników Dudajewa tak samo jak tych co gotowi byli się podporządkować. Zabijały dzieci, starców. Zabijały i mieszkajacych w Czeczenii Rosjan. Ta masakra wywołała ogólnonarodowy zryw. Bojownicy Dudajewa stawali się wojownikami z XIX wieku. Tańczyli zikr ( upraszczając -suficki mistyczny taniec) i organizowali zasadzki na górskich gościńcach. Tak samo jak bojownicy z czasów wojny kaukaskiej oraz wczesniejszych i późniejszych powstań. Znów – rekonstrukcja historyczna z licznymi ofiarami śmiertelnymi. Na razie czeczeński zapał został udławiony w krwii. Co nie znaczy, że Czeczeni nie pamiętają ludobójstwa z przełomu XX i XXI wieku oraz dwóch poprzednich.
Winnice pradziadów, groby szahidów
W Karabachu nie ma wielkich zlóż gazu, uranu czy metali ziem rzadkich ale ormiańskie monastery stoją tam od pradawnych czasów. Arcach był zawsze azylem, gdzie członkowie tego narodu żyli spokojnie i samorządnie. Za Persów mieli tam swoją autonomię. Ze stolicy Armenii doskonale widać świętą górę Ormian – Ararat. Do jego podnóży jest z rogatek Erewania zaledwie 32 kilometry. Ararat leży jednak w Turcji. Tak samo jak jedna ze stolic dawnej Armenii – miasto Ani. Jego ruiny widać gdy stanie się na granicznych wzgórzach. Ormianie nie mają Araratu ani Ani. Rekompensują sobie to jednak okupując znaczną część terytorium innego sąsiada. Także tureckiego. Miło wspominają czasy, gdy ich czołgi parły na Baku. Wiosnę roku 1994. To nie jest wojna o ropę, to nie jest wojna o miedź i wolfram. To wojna o groby i sady przodków. Ormianie bronią swoich, Azerowie chcą wrócić do swoich. To wojna o to, żeby w karabachskich wioskach słychać było śmiech ormiańskich dzieci. I wojna o to, żeby do wypalonej „zony” wrócił śmiech dzieci azerskich. To wojna o to by Azerowie poczuli smak zwycięstwa. I wojna o to by Ormianie go nie utracili.
Kaukaz to etniczno-religijny tygiel podobny do Bałkanów czy krajów Bliskiego Wschodu. Mieszkają tu i chrześcijanie (różnych obrzódków) i muzułmanie (także różnych obrządków). Wysoko w górach żywe jest do dziś dzień pogaństwo pomieszane z dwiema głównymi religiami regionu. Na stepach Kałmucji, powyżej Dagestanu czci się Dalajlamę. Zupełnie serio – buddyzm tybetański jest jedną z rdzennych religii regionu. Narodów, plemion, etnosów jest tam bez liku. Samych alfabetów używanych tak „na codzień” jest cztery. Grup językowych także kilka. Indoeuropejska, ałtajska, północnokaukaska i kartwelska czyli gruzińska. Tak, zupełnie serio, Gruzini mają swoją własną grupę językową. Kilka własnych języków starych jak mit o Argonautach. Na Kaukazie podobnie jak na Bałkanach niemal każdy naród miał kiedyś „Wielkie” państwo. Była Wielka Armenia. Naprawdę Wielka. Siegała od Jerozolimy po Kaukaz. Była potęgą. Kiedy? Za króla Tigranesa II Wielkiego. Panował na przełomie II i I wieku przed Chrystusem. Gruzini mieli swoją Wielką Gruzję dynastii Bagradytów. Kraj potężnej armii, kwitnącej kultury, nauki i gospodarki. Kiedy to było? W średniowieczu. Azerzy to naród turecki. Ludy tureckie – Szare Wilki! To nie tylko Imperium Osmańskie. To Złota Orda, Państwo Tamerlana Kulawca, kaganat Turkucki, Imperium Seludżyckie. Być Turkiem to być wojownikiem i gazim-zwycięzcą! Osetyńcy odwołują się do swojej dawnej, sarmackiej Alanii. Czerkiesi wspominają w pieśniach epickich Wielką Czerkiesję. Czeczeni i Ingusze odwołują się do starożytnego Urartu. Awarowie z Dagestanu do Awarów z wczesnego średniowiecza, którzy trzęśli ówczesną Europą. Ba! Nawet Abchazi mieli swoją poteżną Abchazję. Abchazję z czasów panowania dynastii Leonidów. Każdy na Kaukazie był kiedyś Wielki. Nic dziwnego, że tamtejszym narodom ciasno w górach wciśniętych między Morze Czarne i Kaspijskie. Do tego dochodzą różnice temperamentów i mentalności. Kiedyś obawiałem się, że w Polsce rozkwitnie nacjonalizm. Przestałem. Nie ma u nas żaru, który by pchał masy do „odzyskania Wilna, Grodna, i Lwowa„. Nie ma też żaru, który by pchał do „pomszczenia Smoleńska i wyzwolenia Tatarów Krymskich„. Może i dobrze. Na Kaukazie jest inaczej. Serca tam gorące, a wojowniczość nie umarła.Tam „ludziom jeszcze o coś chodzi„. Ma to niestety straszliwą cenę. Płaczą sieroty po poległych ojcach. Płaczą wdowy po poległych mężach. Płaczą matki po poległych synach. Co wojnę nowe i nowe groby i łzy.
Taka dumna mentalność inklinuje często zachowania polityków. Czy Saakaszwili powinien latem 2008 odpuścić w Południowej Osetii? Teoretycznie Gruzji opłacała by sie ewakuacja mieszkańców „swojej” części tego terytorium. Kraina to bardzo słabo zaludniona. Takie Bieszczady tylko góry tam trzy razy wyższe. Młodzi i tak wyjeźdżali stamtąd do Tbilisi i innych miast. Czy jednak on Prezydent Gruzji mógł odpuścić? Oddać GRUZIŃSKĄ ZIEMIĘ walkowerem? On, który przywrócił sztandar króla Dawida Budowniczego, Dżygit w Tygrysiej Skórze? Nie mógł. Wpuścił więc swoją armię i swoje państwo w rosyjską pułapkę. Wojska gruzińskie zostały pokonane i pokiereszowane. Osetia stracona. Ruskie tanki parły na stolicę. Jednak tak, honor Gruzinów został zachowany! Nie poddali się bez walki. Wróćmy się w czasie do zimy 1994/1995. Czy Dudajew nie mógł się zgodzić na kapitulację w zamian za szeroką i realną autonomię? Nie mógł, HONOR generała i prezydenta nie pozwalał. Tak i dziś Alijew i Paszynian odpuszczą na stałe dopiero, gdy zostaną do tego przymuszeni przez mocarstwa. Lub też jeśli rozejm zostanie zerwany, wojna potrwa miesiącami i latami. Wtedy oba kraje (wliczając Arcach jako cześć Armenii) wykrwawią się na śmierć. Oba. Bo jeden przegra wojnę, a drugi przegra przyszłość, Pyrrusowe zwycięstwo nie jest zwycięstwem.
Życzeniowy sposób kalkulowania
Kolejną niebezpieczną dla kaukaskich narodów cechą często spotykaną u tamtejszych polityków jest życzeniowe myślenie. Wydaje się, że Zwiadowi Gamsahurdi naprawdę wydawało się, że zdoła zasymilować w prawosłąwnych Gruzinów tych wszystkich Adżarów, Osetyńców i Abchazów. Dudajew i jego współpracownicy kalkulowali też „prawie słusznie”. Skoro Estonia i Gruzja mogły wyjść z Sojuza to czemu Czeczenia miała by nie wyjść z Federacji Rosyjskiej? Saakaszwili czuł zapewne za sobą natowski parasol. Oczywiście nie taki jądrowy. Nie sądził też pewnie, że przyleci mu z odsieczą amerykańska 10 Górska Dywizja czy polscy podchalańczycy. Czuł się jednak człowiekiem Zachodu i prawdopodobnie myślał, że ów mityczny „Zachód” nie opuści Gruzji w biedzie. Gruzji kraju kulturowo europejskiego choć geograficznie (choć i tu zdania uczonych są podzielone) azjatyckiego. Zachód…będzie interweniował dyplomatycznie. Nałoży, niewątpliwie i momentalnie, ostre sankcje na Moskwę. Przyśle broń, amunicje i wszelkie wsparcie. Cóż… dostał to wsparcie od kilku krajów europejskich. To jest Litwy, Łotwy, Estonii, Polski i Ukrainy. Jak wiemy nie są to mocarstwa I światowej ligi. Dziś przywódcy zarówno Armenii i Azerbejdżanu wierzą, jak się wydaje, w końcowe zwycięstwo. Czas pokaże czy mają rację. Obaj lub choć jeden z nich.

Czerkiescy wojownicy i kozakci patrol. 
Obrazy wojny kaukaskiej 1817-1864.
–
Tektonika geopolityczna
Na Kaukazie zawsze ścierały się różne imperialne potęgi. Kaukaz jest obszarem mocno sejsmicznym. Użyjmy więc ponownie geologicznych metafor. W XVIII wieku ukształtowała się nam współczesna geopolityczna tektonika regionu. Od północy napiera płyta rosyjska. Na południowym zachodzie mamy płytę turecką, a na południowym wschodzie perską. od tamtego czasu regularnie zderzają się ze sobą. Pod różnymi sztandarami. Imperium Rosyjskie zmieniło się w Związek Sowiecki, a potem w Federację Rosyjską. Imperium Osmańskie stało się Republiką Turecką. W Persji zmieniały się dynastie, sama zmieniła nazwę na Iran. Potem była tam rewolucja i Iran został tzw. Republiką Islamską. Nazwy nazwami, sztandary sztandarami. To forma. Treścią jest rywalizacja, gra a czasem współpraca.
Jakie są te trzy kraje?
Rosja całkiem niedawno miała swoje potężne imperium. Jedno z najpotężniejszych w historii. Zwało się Związkiem Sowieckim, ale w „narodzie radzieckim” to naród rosyjski był, jak mawiał Stalin, „narodem kierowniczym„. Rozpad Sojuza rozpoczął okres kolejnej rosyjskiej smuty. Rozkłąd samej Federacji Rosyjskiej został zatrzymany, gdy do władzy doszła ekipa Putina. Aktem założycielskim tego nowego rosyjskiego imperium była rekonkwista zbuntowanej Czeczenii. Dziś Moskale są ważnymi graczami na arenie międzynarodowej. Szczególnie widać ich wpływy na Kaukazie. Co nie oznacza, że Rosja znów jest supermocarstwem. Ma ogromne problemy wewnętrzne – demograficzne, ekonomiczne, społeczne. Korupcja nadal jest gigantyczna, a reżym Putina jest kleptokracją. Jej gospodarka jest uzależniona od wydobycia ropy, gazu i innych surowców. Droga ropa – Moskwa jest silna, tania ropa – słabnie. Słabą ekonomię nadrabia ekipa z Kremla za pomocą innych narzędzi. Siły wojskowej, sprawnych służb specjalnych, zręcznej dyplomacji i propagandzie. Armia zreformowana pod kierownictwem minsitra Szojgu i generała Gierasimowa jest nowoczesną, sprawną i bitną siłą wojskową. Zwykły Rosjanin wie, że Putin i jego chłopcy go okrada. Wie, że jego miasto wygląda tak, że na trzeźwo się po nim nie da chodzić. Cieszy go jednak, że „Krym nasz„, że rosyjskie samoloty celnie zrzucają bomby na cele „buntowników” w Syrii.
Republika Turecka zrodziła się z klęski Imperium Osmańskiego w I wojnie światowej. Imperium się rozlecialo. Więcej – tuż po niej inwazja grecka zagroziła istnieniu samej, etnicznej Turcji. Uratował ją wojenny bohater generał Mustafa Kemal znany też jako Ataturk -Ojciec Turków. Zreformował też Turcję. Z teokratycznej monarchii stała się świecką republiką. Nie była już ogromnym a gnijącym imperium, ale sprawnym, zwartym regionalnym mocarstwem. Ideologicznie opartym o nowoczesny nacjonalizm. Przełom przyniosło dopiero dojście do władzy kolejnej wybitnej osobowości. Gorliwego muzułmanina Recepa Erdogana. zaczął się proces reislamizacji, powrotu do korzeni. Co ważne – islam Erdogana nie jest islamem wahabitów z Półwyspu Arabskiego. Sam turecki prezydent jest podobno członkiem jednego z bractw sufickich. Reislamizacja nie oznacza jednak porzucenia nacjonalizmu. „Inny islam” nie jest równoznaczny z „religią pokoju„. Turecki „nieoficjalny sułtan” poszedł też na konfrontację z tureckim „głębokim państwem” opartym na armii. Z tej walki wyszedł zwycięsko choć w pewnym momencie omal nie zapłacił za tą walkę własną głową. Dziś Turcja jest wojowniczym, ekspansywnym imperium. Jej armia jest II armią NATO jeśli chodzi o liczebność. Ma dobrą broń i rozległe doświadczenie wojenne. Generał turecki (podobnie jak rosyjski) różni się od generała niemieckiego czy holenderskiego. Generał holenderski czy niemiecki to wysokiej rangi urzędnik państwowy tyle, że ubrany w mundur. Generał turecki to generał. Żołnierz niemiecki czy holenderski to pracownik budżetówki ubrany w mundur. No trudniejszą ma robotę niż urzędnik bo na poligonie czasem leje deszcz. Czasem wyślą do jakiejś Srebrenicy czy innego Kunduzu. Generalnie jednak stała praca, wcześniejsza emeryturka. Żołnierz turecki ma serce gorące i chętne do ataku na bagnetu. Poprzedzonego okrzykiem „Turcja, Turcja ponad wszystko ! Allahu Akbar!”.
Jest jeszcze Islamska Republika Iranu. Kraj, który jednoczesnie sięga korzeniami starożytności i ma zaledwie 41 lat. Sam Iran (inaczej Persja) powstał bowiem w VI wieku przed Chrystusem. Natomiast Republika Islamska w 1979, po rewolucji która obaliła ostatniego szahinszaha. Niemal od razu po niej wybuchła wojna z Irakiem. Wojna długa, krwawa, totalna. Ta wojna była aktem konsolidującym reżym. Dziś Iran jest teokratyczną dyktaturą. Umiarkowanie totalitarnym dzieckiem rewolucji i twardej, szyickiej reakcji. Jego gospodarka, poodbnie jak rosyjska, jest oparta głównie na eksporcie węglowodorów. Podobnie jak w Turcji i tutaj nacjonalizm łączy się z gorliwą wiarą w Allaha. Z tą różnicą, że Persowie są szyitami. Armia perska jest także sprawną, w miarę nowoczesną i doświadczoną w licznych bojach siłą. Podobnie jak w Rosji i Turcji służby specjalne są jednym z najważniejszych narzędzi do uprawiania polityki.
Rzecz jasna wpływu tych trzech państw nie można ograniczyć do oddziaływania militarno-dyplomatycznego. Do zbrojnych interwencji jawnych, półoficjalnych i tajnych zupełnie. To także inwestycje, turystyka, kierunki emigracji Kaukazczyków. Kaukaz to trochę Europa jeśli chodzi o kulturę, florę i faunę. Ekonomicznie to już stanowoczo Azja. Przykład z życia. Kiedyś chciałem wymienić czterdzieści funtów w centrum Tbilisi. Musiałem obejśckilka kantorów, ażznalazłem taki, w którym mogłem owe funty sprzedać. Za to we wszystkich można było wymienić ruble, riale, dinary i iliry. Nie mniej rozgrywki między mocarstwami w tej cześci świata rozgrywa się i będzie rozgrywać także za pomocą dronów, „ochotników” i dostaw amunicji. Kaukaz znajdujący się na styku takich mocarstw nie może być spokojnym.
Popyt rodzi podaż
Pokój na Kaukazie byłby też wielką stratą dla producentów broni. O ile walki z lat 90-tych toczyły się głównie przy użyciu broni po Armii Radzieckiej to dziś tą broń trzeba wyprodukować, albo kupić. Możliwości przemysłu zbrojeniowego państw Południowego Kaukazu są ograniczone Chociaż takowy przemysł istnieje np. gruzini produkują własne transportery opancerzone. Mimo wszystko większość sprzętu i uzbrojenia trzy zakaukaskie państwa muszą kupić za grnaicą. Tak więc kupują gdzie się da. Armenia w Rosji, Chinach i na Białorusi. Azerbejdżan w Turcji, Izraelu, RPA, na Ukrainie i… w Rosji. Oczywiście w użyciu jest nadal sporo sprzętu postradzieckiego. Tu też inne kraje zarabiają. Nie każdy bowiem remont, a tym bardziej modernizację da się zrobić na miejscu. Gruzja z kolei robiła i robi militarne zakupy w USA, Izraelu, Turcji, na Ukrainie, w Polsce. Nawiasem mówiąc nasza broń dobrze się sprawdziła podczas wojny w 2008 roku. Trwały pokój i demilitaryzacja regionu uderzała by w producentów broni, a pośrednio w państwa – eksporterów. Szczególnie Rosja by na tym straciła. Lepiej więc dla niej żeby pokoju trwałego tam nie było. Wojna żywi wojnę.
Kto ma rację?
Zakończeniu waśni i sporów nie skończy się także dopóki świat nie ustali, która zasada jest ważniejsz -a samostanowienia narodów czy integralności terytorialnej. Przykładów takiej sprzeczności w historii jest wiele. Bierzmy pierwszy z brzegu. Co było ważniejsze. Prawo Skonfederowanych Stanów Ameryki do secesji i życia własnym życiem narodowo-państwowym? Może nie, może ważniejsze było prawo Stanów Zjednoczonych Ameryki do zachowania integralności terytorialnej?

Uchodźcy azerscy . Foto zrobione zostało tuż po upadku miasta-twierdzy Kelbadżar w kwietniu 1993 roku.
Ktoś powie, i słusznie „ale przecież Ormianie mają swoją Armenie, tak samo jak Albańczycy Albanię. Ani Karabach ani Kosowo nie powinny istniec jako byty niepodległe”. Nie jest to jednak takie oczywiste. Bo nie znaleziono sprawiedliwej recepty na podział terytoriów i przebieg granic. Jedna zasada mówi o większości etnicznej na dnaym terytorium, druga o prawach historycznych do niego. Także i to można jeszcze zagmatwać. Przykład pierwszy z brzegu? Lwów w roku 1918.
Polak powie – większość mieszkańców Lwowa stanowili wtedy Polacy. Czemu miałby być ukraińskim miastem?
Ukrainiec odpowie – ale większość mieszkańców Galicji Wschodniej to byli Ukraińcy. Czemu historyczna stolica regionu nie miała by być pod ukraińską admnistracją?
Na to znów Polak – Lwów był polski od XIV do XVIII wieku. W Austro-Węgrzech, od II połowy wieku XIX była tu siedziba władz POLSKIEJ autonomii w Galicji. Lwów to odwieczny ośrodek polskiej nauki i kultury.
Ukrainiec odpowiada – a dlaczego Lwów nazywa się Lwów? Od kniazia Lwa. Syna Danyły Halickiego! Galicja Wschodnia to Czerwona Ruś, to Ukraina !
Kto ma rację? Polak czy Ukrainiec? Tak samo jest w przypadku Górskiego Karabachu. Ormianie mieszkali tam na długo przed chrztem Polski. Świadczą o tym kroniki i zabytki. Z drugiej strony „zona” jaką stworzyli Ormianie wokół zbuntowanej prowincji był zamieszkana głównie przez Azerów. W latach 1992-1994 kilkaset tysięcy ludzi wyrzucono ze swych domów. Czemu mieli by nie wrócić do swych wsi i miast i je odbudować? Po za tym jeśli zakwestionować granice byłej republiki ZSRR w przypadku Azerbejdżanu i Karabachu to można w każdym innym. To chęć „etnicznego” wyznaczenia granic była głównym powodem choćby wojen w byłej Jugosławi czy wojny na wschodniej Ukrainie. Granice „etniczne” to etniczne czystki, przymusowe wymiany ludności i wojny.
Sprzeczność tych zasad nie sprzyjała i nie bedzie sprzyjać umilknięciu strzałów ani pojednaniu. I to nie tylko na Kaukazie. Jeśli na przykład za jakiś czas pograżona w postcovidowym kryzysie Hiszpania wpadnie w spiralę wojny domowej to będzie jeden z głównych jej powodów. Czemu bowiem Katalończycy i Baskowie nie mieli by mieć prawa do własnych państw?
Burze, okresowo gwałtowne
Jak widzicie jestem pesymistą. Pokoju na Kaukazie nie będzie. Będzie burzliwie. Prognozuje już kolejną. Przesuncie wzrokiem po mapie. Z pogranicza azersko-armeńskiego na północ. Tak w stronę Czeczenii, Inguszetii i Dagestanu. Mamy tam wielu młodych mężczyzn. Bezrobotnych, wykonujących niskopłatne pracy lub zmuszonych do stałych/sezonowych wyjazdów „za chlebem”. Wielu z nich brało udział w wojnie syryjskiej. Niemal każdy umie strzelać, a kałasznikowów pełno po aułach. Postcovidowy kryzys może rozpalić ich głowy. Tak jak światowy kryzys ekonomiczny z 2008 roku rozpalił głowy młodych Arabów w 2011 roku. W Czeczenii dochodzi do tego głęboka trauma. Wielu młodych Czeczenów służy i owszem Kadyrowowi i Putinowi, ale dobrze pamięta kto pozabijał ich krewniaków. Sam Kadyrow „nie jest pewny” patrząc z perspektywy Kremla. On też dobrze pamięta z kim walczył podczas I wojny czeczeńskiej. Może się zerwać z łańcucha przy pierwszej okazji. W Moskwie dobrze pamietają, że Maschadow był pułkownikiem Armii Radzieckiej, a Dudajew nawet generałem. Generałem dowodzącym arcyelitarną formacją – dywizją bombowców strategicznych. Wiedzą, ale cóż mogą zrobić? Północno-wschodnia część Północnego Kaukazu to dziś beczka prochu.Nie zdziwcie się jeśli za kilka lat znów usłyszycie o szturmie Groznego, albo zakładnikach przetrzymywanych w teatrze w Rostowie nad Donem czy szpitalu w Stawropolu .
Co poczytać żeby wiedzieć więcej?
Miałem tu wrzucić długą listę linków to stron, portali, podcastów, kanałów na jutubie. Plus listę ksiażek i artykułów. Ok. Proponuję zacząć od czegoś piekniejszego i zarazem bardziej klasycznego. Od lektury dzieł weteranów walk na Kaukazie tj. Lermontowa i Tołstoja 🙂 Jakich jeszcze autorów/autorek mogę polecić? Wymienię paru i sobie wyguglujcie jeśli nie znacie kogoś z nich. Wojciech Jagielski, Wojciech Górecki, Marcin Gawęda, Marek Budzisz, Anna Politkowska, Chasan Bijew, Andrzej Nowak, Mirosłąw Kuleba, Włądymir Makanin, Stanisław Ciesielski, Maciej Maciejak, Piotr Ryczek, Zygmunt Czarnota, Zbigniew Muszomański, Waldemar Milewicz, marcin Mamoń, Mariusz Pilis, Witold Repetowicz, Marek Reszuta, Paweł Pieniążek, Przemysław Żurawski vel Grajewski, Jerzy Marek Nowakowski, .
Co do zaś doniesień z linii frontu obecnego kaukaskiego konfliktu nr 1 to korzystam głównie z portali: Konflikty.pl i Defence24.pl.
A i u mnie na stronce sporo Kaukazu: https://chutornik.pl/category/gawedy-i-dumy/kaukaz/ https://chutornik.pl/category/polityka-i-zycie/sprawy-wschodnie-od-balkanow-po-kamczatke/
P.S.
Przy pisaniu – https://chutornik.pl/2020/10/przy-pisaniu/ 🙂
Krosno – Turaszówka 14 X Pamiętnego 2020 r.