Na białym polu
Pusty step ciągnął się w nieskonczoność. Pola porośnięte latem łanami kukurydzy i słonecznika teraz stały puste. Śnieg, który spadł dwa dni temu topniał w słońcu. Słoneczny, piękny dzień kontrastował z nieodległym pożarem. Mała wioska osłaniana od północnych wiatrów stokami łagodnego wzgórza płonęła jak pochodnia. Wysoko w górę unosił się wielki słup dymu. Daleko niósł odgłos ludzkich krzyków, wsytrzałów, pękających od żaru szyb i walących się z trzaskiem pował dachowych. Po prawej piętrzył się dziki wał gór Kara-Koman. Po lewej, daleko na koryzoncie widać było jeszcze wyższe i dziksze Góry Białe.
Z kolei na południu słychać było nieustanna kanonadę. Im bliżej byliśmy frontu tym huk bitwy był głośniejszy. W górze, nad konwojem krążyły szturmowe helikoptery. Warczały jak rój gigantycznych stalowych szerszeni. Ich zadania przypominały jednak raczej obowiązki pasterskich psów. Ich działka i rakiety miały odeprzeć ewentualny atak wilków.
– Będą z ciebie ludzie żołnierzu, tylko pamiętaj jedziemy na wojnę nie na manewry. Stary podoficer zaczął mówić do młodego żołnierza, który jako jedyny nie usnął w czasie długiej drogi.
-Widzę panie bosmanie, wieś płonie. Na poligonie nie pali się prawdziwych wsi.
–Piekna wioska, pieknie płonie. Chłopaki na blokpoście mówiły, że to kara za wysadzenie kilku składów kolejowych z zaopatrzeniem. Bojownicy lubią podkłądać miny wszędzie, gdzie się da. Zniszczenie całego składu kolejowego to jest w chuj duży fajerwerk. Oni się cieszą, a naszym brak pocisków potem. A w tej wsi partyzanci mieli podobno zawsze najlepiej w tej okolicy. Spanie, jedzenie, rekruci, informacje. Jest wina, jest i kara. Idzie zima i skurwysyny będą ryć ziemianki w zamarzniętej ziemi. Stary bosman nie ukrywał satysfakcji. Na końcu splunał przez burtę na drogę. W kierunku płomieni.
-Nam też będzie gorąco panie bosmanie. Zna pan to miasto, jak było wiosną?
–Jak było? Duszmani pojawili się znikąd. Wyrośli z nocy jak wilki. Nie koncentrowali wielkich sił, każdej nocy spływali z gór kolejni. Na piechotę, na tyh swoich konikach. Przenikali do miasta. Pierwszej nocy mieli w ręku Stare Miasto i Cytadelę. A to dominuje nad drugim brzegiem Sandoranu, bo to na wysokim wzgórzu. Potem zeszli i na drugi brzeg. Byli wszędzie i nigdzie. Zdobyli koszary, komendanturę, najwyższe budynki, podpalili rafinerię. Nawet spod ziemi wyłaziły skurywysyny. Z jaskiń na wzgórzu, z kanałów, z piwnic. To są twarde skurwysyny. Bestie wojenne nie ludzie. Jak rząd sarbański proponował im kapitulację, wycofanie z miasta i zagroził dywanowym nalotem to wiesz co odpowiedział ich komendant?
-Nie wiem, panie bosmanie. Marynarz wzruszył ramionami.
–A to ci powiem Młody. Podobno powiedział „Na noże”. To jest twarde miasto. Połamaliśmy sobie na nim wtedy zęby, wojska sabrańskie i domańskie też. Tak między nami to jest wojna nie do wygrania. A ja wiem co mówię. Siedzę tu dwa lata , a to już trzecia moja wojna po za tym. Tamte były do wygrania, tej się nie da.
Bosman i marynarz zamilki na dłużej. Palili papierosy i patrzyli w dal. Wsłuchiwali się w kanonade. Dalekie pomruki zmieniały się w jedno wielkie dudnienie. Na niebie widać było smugi rakiet. To baterie „Buranów” i „Szkwałów” ciskały grad ognia i stali na zbuntowane miasto.
-Jeśli można zapytać panie bosmanie…. Marynarz zaczął bardzo nieśmiało.
–Pytaj, pytaj. Tego się nigdy nie bój. Pytać trzeba.
-Dlaczego pan uważa, że to wojna nie do wygrania?
–Bo oni jak ich, gdzie pobiją to zawsze wracają. Uciekają w te swoje góry, w Deltę. Odradzają się i wracają. To są twarde skurwysyny. Tam, gdzie nie mogą walczyć otwarcie tam walczą partyzancko. Tam, gdzie nie kontrolują tego co się dzieje w dzień, tam rządzą nocą. Tam, gdzie nie są władcami ani dnia ani nocy tam mają snajperów, minerów, zabójców, podpalaczy. Wszędzie są ich szpiedzy. Widzisz babę w chustce co prowadzi krowę na sznurku a ona w tobołu niesie detonatory. Widzisz małego chłopca, myślisz mały chłopiec. A mały chłopiec za chwilę odpali minę. Ich trzeba wszystkich, albo wypędzić, albo zabić. Oni by się nawet może i kiedyś poddali, gdyby tylko umieli to robić. Czasem jakieś plemię, klan na chwilę się zgadza na pokój. Trzy miesiące później wraca pod skrzydła ich złotego orła i sokoła Rakoczarich. No i broń dostają. Przez góry z La-Thanu idzie karawana za karawaną. Dopadniesz jedną, bokiem przejdą dwie inne. To nie walka z nimi tylko z nimi i tymi co za nimi stoją.
-Twardo będzie pewnie. Młody wypowiedział to zdanie cedząc przez zęby litera za literą. Z należytą grozą i powagą.
–Będzie, ale i będzie z ciebie dobry żołnierz. Pamiętaj co mówię. Notuj w głowie. Nie jesteś Rambo. Działasz w sekcji, sekcja w drużynie i tak aż do sztabu brygady. Zawsze pamiętaj o kolegach. Oczy dookoła głowy. Jakbyś nie był wyczerpany fizycznie i nerwowow nie pozwól sobie na działanie bezmyślne. Jeden błąd i po tobie. Jeden błąd i możesz zabić swoich kolegów. Możesz zabić mnie. Tam będziemy walczyć w grupach szturmowych. Na krótki dystans. Czasem i wręcz. Nerwy to podstawa. Załamiesz się zginiesz. Pamiętaj jesteś z piechoty morskiej. Duma!
-Tak jest panie bosmanie! Młody marynarz niemal zasalutował.
Nad głowami rozmawiających coraz niżej przelatywały śmigłowce. Ryk ich motorów był poteżny. Młodzi marynarze w ciężarówce spali jednak nadalkamiennym snem. Wyczerpani byli kilkudniowym skrajnie intensywynym treningiem. Tylko dwaj ludzie na krańcu ciężarówki, tuż przy tylniej burcie nie mogli spać.
-A co będzie jak zdobędziemy to co? Szturm na Wilcze Wrota?
–Może, zimą w górach też można wojować. Choć to piekło zimne. Nie wiem co jest większym chujstwem. Płonące miasto, boje w górach czy uganianie się za skurwysynami po Delcie. W Delcie… no, ale tam choć jak morpiech wojowałem. Na okręcikach i desant, desant, desant. Bosman się roześmiał. Po czym wyjął papierosa. Zapalił i popatrzył Młodemu w oczy. Widać w nich było satysfakcję Starego Wilka podziwianego przez młode wilczki.
-A jak było w Delcie?
–Subtropik, bagna, trzciny, gęste lasy, krzaki. Wyspy i mokradła i dziesiątki odnóg Sławmuru. Pierdolona dżungla. Tam się pobuntowali ci Kozacy co trzymają z Kadranostanem. Helikoptery spaliły ich wsie. To się z rodzinami i z zwierzetami swoimi przenieśli do lasów. Po prostu. I z nich szarpią po dziś dzień. Tam walka jeszcze gorsza jak w górach. Komary, czarna febra, wszędzie pułapki. Masz jakąś dupę Młody? Bosmana chyba zaczynał nużyć temat wojny.
-Mam, studentka literatury. Lubi mundur i muskuły. Młody sie roześmiał.
–Mundur działa jak przynęta, hehehhe, a ruda, blondi, czarna, szatynka?
-Czarna
–A na dole? Bosman zarechotał klepiąc się po udzie, a młody marynarz spąsowiał jak świeży burak
-Goooli się panie bosmanie
–A co lubi twoja… jak jej na imię?
-Masza
–Twoja Maszeńka
-Liertaurę, gra na lecie w filcharmonii, jeździ konno, lubi przytulanki.
–Hhahahahaha jeździ konno i gra na flecie, a potem się przytulić. Jebany Lermantiew z ciebie żołnierzu, jaka poezja hhahhaha. Wojak – romantyk. hahaha. Bosman rechotał dalej.
-Ale, ale…naprawdeeee panie booosmanie, ona gra na tym flecie. W filcharmonii. W Pitrzeee. Młody marynarz był już mocno zmieszany i zawstydzony.
–To masz wrócić żywy, rozumiesz! – Bosma złapał go mocno za ramiona – Masz wrócić cały i żywy. Nie w czarnym tulipanie, nie – nie wrócić. Masz się nie dać zabić. Rozumiesz!?
-Taaaaak, a jeśli… jeśli można zapytać…. pan ma kogoś?
–Ano mam córkę, po studiach, chemiczka. I syna, a syn w piechocie morskiej, twój rówieśnik. Może go spotkamy na polu bitwy. Córka z pierwszego małżeństwa, syn z drugiego. Miałem dwie żony Młodym, ale to nie dla mnie. Moja pierwsza z prawdziwych żon to morze. Druga żona towarzysze. Tzrecia żona broń. A czwarta żona wojna. To jest moje życie. Moja miłość.
-Taaaak jestttt panie Bosmanieeee
–Fajny z ciebie chłopak, kogoś mi przypominasz…. ale masz wrócić do swojej Maszy. On nie wrócił.
-Kto to taki panie bosmanie?
–Rok temu o tej porze wysadzili nas desantem na grzbiecie górskim. Ze śmigłowców. Nas i sabrańskich desantników. Robiliśmy za kowadło, a z dołu szedł młot. Wielka obława. To było w Czarnych Górach. Obława na wilki prawdziwa. Duszmani przebijali się w nocy. Cieżki jest nocny bój. Zastrzeliłem jednego, drugiego chyba też. Trzeciego zaciukałem saperką. Chciał mnie zadźgać bagnetem, ale się kutasowi nie udało. Uskoczyłem i pierdolnąłem mu dobrze wyostrzony kawał stali w bok. Rzeźnia, rano śnieg był czerwony. Po bitwie chodziliśmy po pobojowisku. I leżał tam jeden taki duszman. Młody, taki jak ty. Miał przestrzelone płuco, piana czerwona wypływała z ust. W dłoni zaciskał granat. Nie odbezpieczył go. Pewnie ostatni odruch bojowy, rzucić nim. Zapomniał, że zawleczka nie wyjęta. I leżał i się patrzył i harczał. A ja patrzyłem na niego. Próbował podnieść drugą rękę, ale też była przestrzelona. Nie dał rady. Nie dał rady zabić ani siebie, ani mnie.
-I umarł?
–Umarł, przeszukałem mu kieszenie. Wyciągnąłem mu z jednej kieszeni takie złote serduszko. W środku było zdjęcie matki. Jakoś się ulitowałem. Rzadko mi się to zdarza. Oddałem je tym od wymiany jeńców i trupów. Może odesłali. On tam został na połoninie, na wielkim białym polu.
Zamilkli. Obok charchocząc przejechała cięzarówka. Na pace pod plandeką leżały dwie wartsyw poległych. Spod plandeki wystawały tylko wojskowe buty. Czuć było zapach płonącego miasta. Reszta żołnierzy w ciężarówce powoli otwierała oczy.