Na placówce (opowieść wigilijna)


To taka Historyczna Opowieść Wigilijna. No może nie do końca historyczna. Zawiera parę małych ubarwień  i nieścisłości. Wyjaśnię je w „tekście po tekście” – zapraszam do lektury obu. 

Uwaga od autora – w tekście znajduje się nieco ubarwień oraz terminów mogących być niezrozumiałymi. Wyjaśniam je w drugiej części wpisu.

Drogi Felku!

Piszę do Was choć tego listu nie wyślę, ale mam jakąś taką nadzieję, że kiedyś go przeczytacie. Piszę siedząc w takiej wysuniętej placówce. Wysoko w górach. Tu wszędzie wysoko i zimno, a tu najwyższa chyba pozycja nasza na całym froncie alpejskim. Na polu szaleje śnieżna burza. Nie taka zwykła, jakie bywają w grudniu. To straszliwa wysokogórska śnieżyca. Jedna z tych, którem poznał dopiero, gdy trafiłem tutaj w te dzikie góry. Zdaje się , że to wesele samego Lucypera. Owszem i u nas w Pisarowicach zimy bywają tęgie. Straszna była moja pierwsza frontowa zima. Takich śnieżyc i wichur nie spotkałem jednak nigdy i nigdzie. To nowoczesne zamczysko w którym siedzę, złożone z pieczar wykutych w skale i lodzie, też zdobyliśmy podczas starszliwej wichury. W dziką noc, choć i tak dużo lżejszą od tego co się dzieje teraz. Pewnie wtedy jaki piekielny jenerał miał wesele, a teraz sam piekielny cysorz je ma. Wtedy wiedzieni przez doświadczonych przewodników – Tyrolczyków, drapaliśmy się w górę po rozwieszonych przez nich linach. Po wielu godzinach starszliwego trudu dotarliśmy do czujek włoskich. Wartownicy sparaliżowani długim czuwaniem na taki zimnie nie bronili się tęgo. Polecieli w przepaście. Krzyk nieszcześników zdławił wicher i śnieg. Potem w ruch poszły handgranaty, parabelki, rotki i noże. A nade wszystko czekany. Żeby wam wytłumaczyć co to takiego ten czekan. To jakby ciupaga naszych Górali, a trochę nadziak dawnych polskich jeźdźców. Taki jak widzieliście na ilustracjach w historycznych książkach. Niezastąpiony to przyrząd w poruszaniu się w górach takich jak te. Podpierasz się nim w marszu. Wbijasz go w lód jak hak i podciągasz w górę, gdy idziesz po stromiznach. Wykuwasz stopnie w lodzie. Przydaje się też w boju bo straszna to broń w walce na bliską odległość. W okopie, w pieczarze. Lepsza niż manlicherek z bagnetem. W ciasnocie bowiem trudniej operować długim karabinem z bagnetem nasadzonym na lufę. Podobną, jako żywo, do włoczni. Lepsze coś krótszego. Na ten przykład czekan własnie. Włosi byli wtedy całkiem zaskoczeni. Jeńców nie braliśmy, aleśmy nie bestie co nigdy pardonu nie dają i litości nie znają. Taka to jest wojna, że często litości okazywać się nie da. Jest tylko – my ich, albo oni nas. Tamtych mi nie raz szkoda. Niejedna żołnierską łzę wylałem nad poległym wrogiem. Zawsze jak już sie czlowiek uspokoi bo boju to go i sumienie rusza. Italiańcy to wszak katolicy, chrześcijanie, ludzie. Legiony Dąbrowskiego z Ziemi Włoskiej szły ku wyzwoleniu Polski. Krieg ist krieg jak mówią i trudno, trzeba zabijać żeby samemu nie byc zabitym.

Teraz już miesiąc tu siedzimy w czterdziestu chłopa. To teraz całe moje Jagdkommando co znaczy Oddział Łowców. My to taka kmicicowa komapnija jesteśmy. Zachodzimy wroga jak wilcy. Od tyłu, od boku, nocą. Rzucamy się nagle i przegryzamy gardła. Czasem włażąc po takich ścianach i turniach po jakich tylko górskie kozy chadzają. Jesteśmy taka kompania kmicicowa tylko zamiast koni mamy narty, albo raki. Raki to jest specjalne kolce stalowe wiązane pod buty co by w lód się wżynały. Tu jesteśmy jakby dla pewnego odpoczynku od ciagłych zagonów na tyły wroga. Mamy handgranaty, mamy dwa maszinengewery. Mamy też jedną armatę. Nasza była, Włosi ją gdzieś zdobyli i przytargali tutaj. Teraz ją odbiliśmy, ale do niej mamy tylko pięć pocisków teraz. Zresztą akurat przy odpieraniu szturmu ona na nic się by zdała bo strzela na większą odległość. No, ale jest nasza, a już nie włoska. Jakby przyszedł szturm jaki nagły Aplinich (to jest włoskich Landesszutzenów) to odperzemy. Odeprzemy, albo tanio skóry nie sprzedamy. My z Jagdkommanda, najlepsi zabijacy w C.K. Wojsku.

Teraz szturmów nie ma bo śnieżne burze. Choć w razie czego się pilnujemy – strzeżonego Pan Bóg strzeże. Jak się czasem jednak rozjaśnia, słoneczko zaświeci to widoki przecudne można zobaczyć z tego orlego gniazda (albo i kamiennego grobowca). Wtedy jednak jak tylko głowę wystawisz z pieczary to może cie włoski szarfszutz upolować. Najzajadlej polują na oficyerów i obsługę cięższych broni. To jest maszinengewerów i moździerzy oraz górskich armatek. Jedni i drudzy z srogim mozołem windują ciężkie bronie jak najwyżej się da. Im wyżej jesteś tym lepiej bo możesz z góry obserwować wroga i z góry do niego strzelać. A potem, jak już wywleką bronie to i wywlekają do góry pociski. Biją Włosi w nas, a my w ich. Odłamki skał fruwają po taki obstrzale strasznie haracząc nieszcześników jak który trafi w jakiego. A trafiają często. Więc jedni i drudzy ryją w skale i lodzie pieczary i tunele. Żeby się pochować, albo żeby podkopać się pod wrogiem. Jak się już podkopią to zakłądają minę. Mozolna robota takie ciągłe rycie, choć w sukurs idzie dynamit i mechaniczne młoty do kucia. Potem mine się odpala i kolejne duszyczki wędrują do Świętego Pietra. Mnóstwo innych traci zdrowie, a wielu postradało zmysły z tej nędzy i ciagłego strachu.

Jak się już jaki oddział usadowi na wysokiej pozycji to trzeba go, jak już pisałem, zaopatrzeć. Do nas ciągnęto amunicję i prowiant tak. Najpierw na stację kolejową zajeżdżał lokomobil z wagonami pełnymi wszystkiego co prowadzeniu wojny potrzebne. A wojna to smok nienasycony i sami dobrze to wiecie bo z was wyciskają ciągle więcej i więcej. Jak wagony rozładują do dają całą ich zawartość na wozy i ciężarowe automobile. Potem już wysoko wśród smerków droga się kończy. Tam przeładowują z kolei to wszystko na grzbiety zwierząt. Używane do tej roboty są koniki bośniackie i huculskie. Juczy się też muły. Muł to dziecię miłości osła i klaczki . Mały jak osioł, a silny jak koń. Objuczone gadziny po stromych, zlodzonych ścieżkach wynoszą to wszystko na jedną przełęcz. Wiele ich spada przy tej robocie w przepaście. Specjalne grupy żołnierzy schodzą pozbierać co się da z rozbitego ładunku. Jak się da to i wycąga się truchlo zwierzęcia, wszak świeżego mięsa nigdy dość. Jak nie da to staje się koński trup wyżerką dla ptactwa i zwierzyny drapieżnej. Część koników spada, aleć większość dochodzi do celu. Na przełęcz co ją zowią Edelwais pass harówka czeka z kolei ludzi. Zwierzęta trzeba rozjuczyć i załadować wszystko na linową kolejkę. Linowa bo to jest taka lina żelazna wisząca w powietrzu. Po obu stronach, na górze i na dole, jest po bloku stalowym. Machiny wprawiają oba w ruch, tak , że lina chodzi w górę i w doł. Cały dzień na okrągło. U liny zawieszone są kosze stalowe. Maszyneria wyciąga je w górę. Kosze jednak trzeba załadować, a więc mozolą się tam żołnierzyki dźwigając worki i skrzynie. Czy mróz czy wichura musza harować żeby ich kameraden mieli co jeść, czym palić w kozach, i czym strzelać. Z kolei z góry spływają ranni i polegli, których trzeba odstawić w dół. Jednych grabarzom innych doktórom i siostrzyczkom. Tam, na tym siodle górskim granaty z włoskich moździerzy nie trafiają bo nie dolatują. Zakradają się jednak strzelcy włoscy. Ubrani są cali na biało i nawet karabiny mają obwiązane białymi szmatami. Ciężko ich wytropić nawet lustrując zbocza przez szkła lornetki. Czychają jak myśliwi na jelenia. Potrafią godzinami leżeć wśród skał i śniegu w bezruchu. Jak strzelą to przeważnie nie wiadomo skąd padł strzał. Pada tylko wojak z jękiem, albo i bez niego. Szartfszutze celują na serce i na głowę. Zlatują czasem nad tą przęłęcz areoplany wroga. Posiekają z maszynek, pozrzucają bombki-szrapnele. Śnieg się robi czerwony od krwii po takim ataku z nieba. Czasem, który spada. Włoski jastrząb zestrzelony ciagnie za sobą warkocz dymu, a potem wybucha rozbijając się o skały. Czasem nasi myśliwcy powietrzni zapolują na italskie stalowe jastrzębie. Żołnierzyki mają wtedy widowisko. Najgorsze jednak zagrożenie dla nich, tych chłopców co służą na tej placówce to nie strzelecy wyborowi, ani nie areaoplany. Najstarszniejsze są śnieżne lawiny. Białe masy urywają się nagle i niespodziewanie. Z wielkim hukiem spadają po stromych zboczach. Nie ma siły żeby zatrzymać śmiertelny pęd. A pęd to ogromny i uciec się też nie da ani w przód, ani w bok. Nie raz odkopywałem zasypanych przez śnieżne zwały. Połamane biedaki, poduszone, krwią plujące. Jedni ledwie dychali inni byli już nieboszczykami. Straszna to śmierć, gorzej chyba tylko ginąć od gazów, albo w płomieniu flamenwerfera. Mnie też parę razy porwała lawina, ale widać mój Anioł czuwał nade mną i Matka Boska Śnieżna. Nigdy nic wiele mi nie było. Co się jednak strachu najadłem, tom się najadł. Trudno się mu tu opierać, ale wszak My tu są Lwy Von Boyny i wstyd dać się sparaliżować cykorowi.

Kolejka wyciąga i prowiant i amunicje i naftę i wegiel i wszystko inne potrzebne, aż na drugą, wyższą przełęcz. Zwaną Eisig Pass co znaczy Mroźna. Wyżej jest położona niż najwyższe czubki naszych Tatr. My teraz jeszcze wyżej. Na niej przeładowuje się towary na nosidła. Objuczone żołnierzyki-tragarze niosą wszystko co trzeba, aż na pozycję zwaną 2847 Position. Jak małe mróweczki wyglądają na tle skalnych ścian. Droga do niej ciężka. Cała wkuta w lodzie i skale. Czasem ruch na niej dzień i noc. Często idzie się uwiązawszy do lin za pomocą specjalnej uprzęży. Jak jednak, który się wojak śliznie to i często ona nie pomaga. Żołnierzyk leci w bezdenną paryję. Już go nie uściska matka , nie ucałuje dziewczyna. Zeżrą go orły i kruki. Zimą spadają na ścieżkę lawiny porywając kolejne ofiary. Od wiosny (jeśli na tych wysokościach można o jakiejś wiośnie mówić) inne niebezpieczeństwo czycha na wędrowców. Przygrzeje troche wiosenne słoneczko w południe, lód miedzy skałami roztopi. Niby i miło, ale wtedy lecą z góry kamienie. Duże i małe. Czasem obrywają się głazy wielkie jak krowa. Ścieżka ta jest tak pomyślana , żeby włoskie pociski nie dolatywały, a i tak mnóstwo na niej ludzi życie oddało. Za pozycją 2847, gdzie kwateruje w pieczarach cały batalion i są dwie baterie dział górskich, szlak idzie jeszcze dalej. Tu do nas. Na wysuniętą placówkę. Gdzie niby mamy odpoczywać od rajdowania. I my tutaj od tygodnia jesteśmy odcięci przez wichury, śnieżyce i lawiny.

Siedzę teraz okryty kożuchem i kocem. Pisze powoli na ostatnich kartkach. Przy migotliwym światełku świecy. Powoli bom słaby i ręka się trzesie. Dygocze z chłodu. Po lewicy mam takiego Czecha. Jemu jest Vaclav czyli Wacek. Heretykiem i świnią nieczystą go nazywam. On mnie „hloupy hulan -ciurak”. Co znaczy „durny ułan-chuj”. To tylko grube żołnierskie żarty bo sie lubimy bardzo. Dobry to druh i nie raz uratował mi życie. Wacaław ciagle opowiada dowcipy, albo rozprawia o swoich miłosnych podbojach. Świnia nieczysta … a to pannę służącą bral tak, a to jedna mężatkę obracał tak, a to jedną kurwę tak. Nieślubnych dzieci ma, jak mówi, dwa tuziny. Od Triestu do Czerniowiec. Rude i czarne, szatynki, blondynki – kocha wszystkie dziewczynki i ich „picze”. Ciagle o nich gada, nawet przez sen. A najwiecej o Włoszkach. Mowi, że on by Italię podbil swoim „kohutem”. Uważa , że „picze” Włoszek muszą być gorące jak wulkan Etna. Propaguje taką myśl, że lepiej kochać Włoszki niż zabijać Włochów. Po prawicy mam zaś Antego czyli Antka. Dobry to wojak – Chorwat. Chorwaci, Słoweńcy to w ogóle dobre żołnierze. Bardzo jest pobożny i rycerski. Nawet w nowicjacie byl u kapucynów przed wojna. Ten z kolei ciagle sie modli. Rozważa a to Mekę Pańską a to Adwentowe tajemnice. Zmawia różance za tych co polegli i za tych co żywi. Za swoich i za wrogów. Stara się też ciągle nawrócić czeskiego bezbożnika, socyalistę i psa na baby. Tak siedzimy we trzech. W kącie pieczary, mnich, rozpustnik i ja. Siedzą też inni kameraden. Skończy sie nam nafta bedziemy siedzieć w ciemności. Skończy jedzenie pomrzemy z głodu. Niewiele nam zostało. Trochę konserw i sucharów. Troszkę kawy zbożowej i herbaty. Po kilka papierosów na człowieka. Skonczy opał to wymarzniemy, albo pierwsze umrzemy z pragnienia. Bo wody tu co nie miara, ale zamarznieta i topić trzeba. Lodem topionym w ustach zaś sie nie nasycisz. Wyginiemy więc nędznie jak napoleońska armia wracajaca spod Moskwy. Wyginiemy jak nie przestanie sypać. Lub też spróbujemy się przedrzeć w dół, ale to w taką pogodę niemal pewna to śmierć. Może lepsza jak głodowa. Więc może ją wybierzemy. Tak i piszę to wszystko bo się Kostuchy boję. Nie wiem czy przeczytacie to kiedy, ale pisze na świadectwo. Może jakimś cudem dotrze i przeczytacie. Tylem przeżył na tej wojnie, prawdę mówię jeśli miałbym umrzeć tutaj to lepiej było umrzeć wcześniej. Jak były boje w Karpatach, w Galicji. A najlepiej z legionowym orzełkiem, a nie austriackim bączkiem na czapce. Choć przynajmniej tutaj wbijając ostrze w człowieka nigdy nie słyszałem naszego Jezus Maria! Po polsku. To jedno dobre. I może z tego krwii przelewu, z tych wszystkich nieszczęść będzie Polska. Chciałbym ją zobaczyć. Nie tam, gdzieś od Świętego Pietra tylko tak jako żywy człowiek.

Jeśli nie Polskę to choć Pisarowice zobaczyć. Nie jako duch co w wigiliję zasiądzie u Was przy stole na pustym miejscu razem z innymi duchami. Tylko żywy człowiek co chce się najeść się, pogadać, gorzałki napić. Potem iść na pasterkę do naszego kościoła i usłyszeć jak nasz proboszcz intojuje „Bóg się rodzi” tym swoim grubym głosem. Albo wrócić wiosną! Gdy sady kwitną i całe wzgórza w kwiatach. Wejść na Plebańską Górę i zobaczyć całe nasze sioło. I kościół i cerkiew i karczmę starego Abrama i sklep żelazny pana Bargieloka. Albo latem wrócić. Kosić żyto cały dzień. Wiesz jak ja lubię się zmęczyć przy żniwach. To radosny trud. Pójść nad rzekę wieczorem. Wypić samogonki, palić ognisko, a potem zakraść się na zakole. Podglądać jak się dziewczęta kapią. Na zabawę pójść, potańcować, wypić, posłuchać jak Cygan gra rzewną piosenkę. Tak bym to chciał Felku. Lub wrócić jesienią, iść wśród zżętych pół, sadów pełnych owoców. Zatrzymać się przy ognisku, które palą chłopcy pasący krowy. Zjeść z nimi ziemniaki prosto z popiołu. A potem dojść do naszej chaty. Z daleka słyszęć jak Burek szczeka. Na pewno by mnie poznał z daleka. Uściskać mamę, ucałować rękę ojca. Narąbać drzewa i zapalić w piecu, na którym śpi Mruczek. Och jakbym to wszystko chciał. Żeby i Maciuś wrócił z niewoli sybirskiej, a Mareczek z mołdawskich gór. Usiąść za stołem, wypić gorzałki, pogadać. Wiesz braciuszku czasem Ci zazdroszę, że wtedy ten konar tobie nogi połamał. Wybacz mi ten grzech, ale wojna jest tak straszna. Straszna jak piekło. Wybacz mi i pilnuj mi Marysi. Wiem, że różne dekowniki-podgrywacze się kręcą teraz po wioskach. Jakby jaki koło mojej Marysi się kręcił powiedz mu, że jak umiem zabijać nożem sprawnie i niech uważa. Powiedmzu, że go pokroję. Chciałby mieć z nią ślub i dzieciaki i życie. Wesele zrobić, że hoho. Potem żyć, gospodarzyć, nie wojować już nigdy. Gospodarzyć i juz nigdy nie ubierać munduru ani nie brac broni w rekę. To by się chciało, ale co by się chciało, a co Los niesie to inszośc inna. Krieg ist krieg, Pan Bóg kule nosi i każdemu wyznaczona jego godzina. Pewnie niebawem moja wybije tak jak wybiła niedawno godzina naszemu Dziaduniowi z Wiednia. Pewnie nie przeczytacie tych słów, które kreślę. Ale zawsze jakoś lżej będzie umierać.

C. K. Feldwebel Wójtowicz Franciszek Wojciech. Psition 3031, Tyrol, dwa dni przed Wigilią Bożego Narodzenia Roku Pańskiego 1916-tego.

Feldebel skończył pisać. Schował kartkę do kieszeni. Wyjął z drugiej papierośnicę i zapałki. „Przedostatni” pomyślał zapalając. Zapalił i zaczął go morzyć sen. Vaclav już chrapał. Pewnie śniła mu się jakaś piękna dziewczyna z piekną piczą. Ante szeptał modlitwy. Wicher wył jeszcze mocniej i robiło się coraz zimniej.

Parę objaśnień

Po pierwsze – nie jest to opowiadanko do końca historyczne. Żeby tak je nazwać autor musiał by przeczytać kilka ksiażek, bądź szerszych opracowań naukowych na temat walk na froncie włoskim podczas I wojny światowej. Najlepiej zaś gdyby nauczył się niemieckiego i sięgnął do cyfrowych, albo i tradycyjnych archiwów. Nie mniej, nie jest to absolutnie „bujda na resorach”. Tak (mniej więcej, z przewagą tego drugiego) wyglądały walki C.K. Armii z wojskami Italii toczone w Dolomitach, Alpach Julijskich i Karnickich podczas Wielkiej Wojny. Stereotypowo C.K. Wojsko kojarzy się ze Szwejkiem i filmem C.K. Dezerterzy. Tak naprawdę Austro-Węgry miały (jak na swoje warunki finansowo-przemysłowe) bardzo silne i sprawne siły zbrojne. Żebyśmy mieli dziś nasze Wojsko choć w 10% tak silne… Tak samo jest z Włochami. W powszechnej świadomości „historycznej” włoski żołnierz kojarzy się z „bordello bum-bum” i białą flagą. To jest taka 1/8 prawda, albo w 1/20. Czyli nieprawda.

Język – właściwie powinienem dużo bardziej go archaizować. Polszczyzna sprzed ponad stu lat była jednak trochę inna. Powinienem też pomieszać go z pogórzańską gwarą. Pogórzańską gwarę sam czasem bezwiednie używam, ale mówić i pisać w niej nie potrafię. Archaizowanie zaś to praca mozolna więc bym ten tekścik pisał do maja. Wiele jest wstawek z języka niemieckiego. To tzw. „armijny niemiecki”. Austro-Węgry były krajem wielonarodowym. Hucuł ze Słoweńcem od biedy by się może dogadał, ale Czech z Węgrem? Już niekoniecznie. Do tego języki habsburskiego państwa dzieliły się na wiele gwar i narzeczy. Duża część poborowych była analfabetami. Stworzono więc krótki kurs skrajnie urposzczonej wersji języka niemieckiego. Takiej skrojonej pod najbardziej opornych na wiedzę poborowych. Obojętnie czy rekrut miał na imię Jurgen, Mykoła, Maciej, Janosz czy Mikulas miał wiedzieć czego od niego chce podoficer. Podoficer miał bez problemu zrozumieć rozkazy oficera.

Nie wyślę – oczywiście ten list nie przeszedł by przez wojskową cenzurę, która przyczepiała się do o wiele bardziej błahych słów zamieszczonych w listach. Co więcej mogł ten list zaprowadzić autora przed pluton egzekucyjny. Oczywiście za „szpiegostwo” i „zdradę wojskowych tajemnic„. Autor listu pisze go jednak właściwie sam dla siebie, licząc, że moze kiedyś wręczy go bratu osobiście.

Front alpejski – do maja 1915 roku Italia była formalnie sojusznikiem Austro-Węgier. Formalnie bo w 1914 nie wywiązały się z zobowiązań traktatowych. Dyplomacja włoska argumentowała, że (chyba obiektywnie mieli rację) wojnę zaczęł Wiedeń atakujac Serbię. W takim razie Austro-Węgry nie zostały napadniętema lecz same napadają. Tak więc ustalenia umowy nie obowiązują w tym przypadku. Od lata 1914 do wiosny 1915 zarówno Państwa Centralne jak i ich przeciwnicy negocjowali z Rzymem. W końcu Ententa skłoniła rząd włoski do zaatakowania sprzymierzonego (na papierze) kraju. Większość wojsk C.K. Monarchii była wtedy na froncie wschodnim i serbskim. Jednak trudny teren, zbyt mała ilość artylerii, determinacja obrońców (Tyrolczycy i Słoweńcy bronili wszak swojej ziemi) i dobre dowodzenie sprawiły, że Włosi nie „weszli jak nożem w masło”. W 1915 Powstały dwa stałe fronty. Jeden na wschodzie nad rzeką Isonzo, po słoweńsku nazywaną Soczą. Dziś ta niewielka (ale zjawiskowo piękna) rzeka wypływająca z Alp Julijskich jest granicą włosko-słoweńską. Drugi front powstał na północy. W południowym Tyrolu. Walki toczyły się tam wśród szczytów Dolomitów i Alp Karnickich. Sytuacja militarna ustabilizowała się krwawo, aż do czasu bitwy pod Caporetto. Ta została stoczona jesienią 1917 roku.

Pisarowice – fikcyjna wioska położona, gdzieś w okolicach Sanoka czy innego Brzozowa 😉

Pierwsza frontowa zima – zima 1914/1915 w Karpatach była tak zła dla żołnierza jak tylko mogła być. Ogromne opady śniegu i wichury. Gwałtowne odwilże i duże skoki temperatury. Ulewy i zamarzające deszcze. W końcu mrozy sięgające ponad -30 C. Teraz to sobie wyobraźcie.

Tyrolczycy – akcja opowiadanka dzieje się w Dolomitach, a to Południowy Tyrol. W 1916 była to część Austro-Węgier częściowo okupowana przez wojska włoskie. Po I wojnie światowej stała się łupem Italii, ale do dziś znaczna cześć ludności (a może i większość) mówi po niemiecku.

Parabelka – czyli legendarne Parabellum/Luger/ P08. Pistolet, który występuje w niemal każdym filmie o wojnach światowych więc pewnie już go widzieliście 😉

Rotka – austriacki pistolet Roth-Krnka M.7

Manlicherek – Mannlichery to cała rodzina powtarzalnych karabinów używanych w wojsku Austro-Węgierskim.

Krieg ist krieg – wojna to wojna.

Jagdkommando – oddział myśliwski/łowców. Jednostki rozpoznawczo-szturmowe C.K. Armii. Tak naprawdę zaczęto je formować dopiero od 1917 roku, ale na bazie już wcześniej istniejących formacji „protokmandosów”. Więcej o siłach specjalnych C.K. Armii znajdziecie tutaj – https://historia.org.pl/2017/03/06/sylwetka-zolnierza-jagdkommando-20-pp-armii-austro-wegier/ Trzeba też Wam wiedzieć, że podczas walk w Dolomitach i Alpach Karnickich często formowano improwizowane niewielkie grupy bojowe, które miały uchwycić ważne pozycje. O ile na nizinach masowe ataki piechoty często kończyły się na zasiekach w ogniu karabinów maszynowych to w wysokich górach było… dużo gorzej. Jeden CKM mógł zablokować natarcie całych pułków. Tak więc potrzeba było takich żołnierzy, którzy umieją wspiąć się po skalnych urwiskach i zaatakować z najmniej spodziewanej strony, Obeznanych w walce wręcz, w nocnych atakach, w wysadzaniu w powietrze i zasypywaniu wroga gradem granatów.

Handgranaty – tego chyba nie muszę tłumaczyć. Wszyscy wiemy, że stalowy hełm i granat o drewniany trzonku zatknięty za pas to dawny strój codzienny Niemców i Austriaków 😉 W czasie Wielkiej Wojny ta broń „przeżyła swój renesans”.

Maszinengewery – spolszczone maschinengewehr. Karabin maszynowy.

Alpini – włoskie oddziały górskie. Waleczna, skuteczna i malownicza (włoskie wojsko bije się czasem doskonale, czasem fatalnie, ale zawsze wygląda szykownie) siła bojowa. Rekrutowano ich i nadal rekrutuje spośród górali z włoskiej części Alp i najwyższych pasm Apeninów. Podczas pierwszowojennych bojów często byli wysyłani do wykonywania najtrudniejszych misji bojowych.

Landesszutzeny – spolszczone Landessschutzen ( u z umlałtem 😉 ) czyli „Strzelcy Krajowi”. Od 1917 zwani Kaiserschutzen czyli „Strzelcy Cesarscy”. Oddziały Landwehry złożone z Turolczyków. Co do takiego Landwehra? To jakby odpowiednik Obrony Terytorialnej, lub może bardziej amerykańskiej Gwardii Narodowej. Pułki Tyrolskie wsławiły się bitną postawą podczas walk w Galicji, Karpatach, w górach Bałkanów, a nade wszystko w swoich Alpach.

Szarfszutz – spolszczone scharfschutze (z umlautem 😉 ) – snajper, strzelec wyborowy.

Ryją w skale i lodzie – Tu trochę złośliwych uproszczeń. Złośliwych pod adresem Białego Człowieka. Większość wojen na przełomie XIX i XX wieku wyglądała podobnie. Zbuntowani tubylcy uzbrojeni w tradycyjną broń i trochę karabinów atakowali niewielkie oddziały kolonialne. Białych było niewielu, ale za to mieli karabin masyznowy. Lub kilka karabinów maszynowych… Generałom i politykom nie przyszło chyba do głowy, że gdy zaczną wojnę ogólnoeuropejską, to ci po drugiej stronie frontu też będą mieć karabny maszynowe… Szybko okazało się, że broń defensywna odpowiednio użyta ma totalną przewagę nad atakiem. W efekcie (poza specyficznym frontem wschodnim) po krótszym lub dłuższym czasie walki zmieniały się w krwawą przepychankę pozycyjną. Wysoko w Alpach było pod tym względem jeszcze gorzej. W bardzo wielu miejscach saperka mogła posłużyć do kopania jam w śniegu, albo walki wręcz, ale nie do okopywania się. Sprowadzono więc speców od górnictwa i zaczęto budowę skomplikowanego systemu bunkrów, schronów i tuneli. Budowano je z rozmachem po obu stronach frontu. Wiele z tych fortec zachowało się do dziś. Zdaje się, niektóre są udostępnione dla zwiedzających.

Miny – podczas Wielkiej Wojny wrócono na dużą skalę do wielu starych i sprawdzonych metod wojowania. Czasem bardzo archaicznych jak np. indywidualne opancerzenie wojownika, broń obuchowa, machiny i trucizny bojowe (czyli czołgi i gazy bojowe). Wróciła też „moda” na robienie podkopów pod umocnieniami wroga by wysadzaić je w powietrze. Taktyka ta przynosiła lokalne sukcesy, ale nie była przełomowa. Po pierwsze natychmiast po eksplozji „wyrwę” nalezy zająć. Nie jest to proste nawet na nizinie, a co dopiero w wysokich górach. Po drugie robienia podkopu nie dać się łatwo ukryć. Huk młotów pneumatycznych i eksplozji dynamitu był odczuwalny dla tych, którzy mieli być wysadzeni. Tak więc był czas na ewakuację/ przygotowanie kontrataku. Kopano też tzw. kontrtunele. Czasem tunel wroga wysadzano „kontrminą”. Czasem oba chodniki się spotykały i dochodziło do przerażających walk pod ziemią.

Postradało zmysły – za wojną i za weteranami zawsze ciągnęły zaburzenia psychiczne. Wielka Wojna była szczególna pod tym względem. Bitwy ciągneły się miesiącami i często miały charakter pozycyjnych jatek. Do tego używano w tym konflikcie artylerii w ilości niespotykanej nigdy wcześniej. Umysły ludzkie często nie wytrzymwały tego nacisku. „Szok artyleryjski” był chorobą zawodową zmobilizowanych żołnierzy. „Wariatów” traktowano bardzo różnie, zawsze jednak liczono na szybki powrót na front. Co ciekawe pionierami wojennej psychatrii byli przedstawiciele narodu psychologów czyli Rosjanie 😉

Wojna to smok nienasycony – Wielka Wojna miała być szybką i zwycięzką wojną. Wszystkie walczące strony na to liczyły. Przeliczyły się. Konflikt zaczął żyć swoim życiem niczym obudzony ze snu smok. Przede wszystki zabierał życie. Nie tylko na polach bitew. Zabijały epidemie, głód, warunki życia, a pod sam koniec pandemia morderczej grypy. Zabierał mężczyzn. W rolniczej Galicji skąd pochodzi nasz bohater zmobilizowano ok. 75 % męskiej populacji. Zabierał też rzeczy materialne. Kontygenty narzucane wsi były coraz wyższe i wyższe. Normy dla górników coraz wyższe i wyższe. Mimo to miasta głodowały i okrutnie marzły zimą. Rabunkowo wycinano ogromne połacie lasów. Przerabiano na broń i wojskowy sprzęt co się da. Ozdobne klamki mosiężne, ogrodzenia stalowe, kościelne dzwony. I wojna światowa to klasyczny przykład wojny totalnej czyli takiej, która angażuje całe społeczeństwa. W takie wojnie wszyscy dorośli (i prawie dorośli) walczą, albo harują na rzecz frontu. Bez wyjątku.

Koniki bośniackie i huculskie – walory konia huculskiego zostały dostrzeżone przez austriakcich wojskowych. Istniały specjalne wojskowe stadniny. Hucuł to doskonałe zwierzę juczne. Może być też używany do transportu rannych i jako wierzchowiec. Podczas pierwszowojennych walk potrafił nieść juki ważące nawet dwieście kilogramów. Po za tym nie potrzebuje stajni nawet podczas srogiej zimy i jest odporny na końskie choroby. Koń bośniacki to „jugolski” odpowiednik naszego karpackiego hucułka. Mały, ale silny i twardy jak skały Gór Dynarskich. Skąd one w wojsku Austro-Węgier? Bośnia i Hercegowina była od 1878 okupowana przez armię Franza Jozefa. W 1908 C.K. Monarchia dokonała aneksji tej krainy. Nie wszystkim się to spodobało i stąd I wojna światowa rozpoczęła się od strzałów w Sarajewie.

Gadziny – po podkarpacku zwierzeta hodowane w gospodarstwie, a nade wszystko drób.

Edelwais Pass – Edelweiss to szarotka, pass – przełęcz. Nie wiem czy „Przełęcz Szarotki” brzmi właśnie tak. Po niemiecku umiem powiedzieć tylko „Iś habe cwaj granate”, „Hedne hoh!”, „Achtung! Panzer!” i jeszcze parę podobnych 😉

Linowa kolejka – podczas walk na froncie alepejskim często budowano różnego rodzaju linowe kolejki do transportu ludzi i towarów w trudno dostępne miejsca.

Kameraden – koledzy, towarzysze, kamraci.

Areoplany – może się wydawać, że od początku do końca Wielkiej Wojny ludzie latali na podobnych do siebie „motolotniach”. To mylne wrażenie. Lotnictwo wojskowe rozwijało się w pierwszych dekadach XX wieku tak szybko jak dziś wojskowe drony. Podobnie jak drony tak wtedy samoloty załogowe były od początku „przydtanym gadżetem” dla jednych generałów. Dla innych, mentalnie tkwiących w czasach wojen napoleońskich, były kolejną dziwaczną nowinką. Pola bitew wojny 1914-1918 pokazały, że samolot jest nie tylko czymś przydatnym, ale i niezbędnym. Do korygowania ognia i rozpoznania, misji łącznikowych, ale i do ataku. Rozpoczął się więc wyścig uczonych. Na siłę motorów, prędkość, zwrotność, siłę ognia. Na zasięg i udźwig bomb. Lotnicy uczyli się w walce jak najskuteczniej atakować i się obronić. W grudniu 1916 samoloty były już groźną bronią ofensywną.

Śnieżne lawiny – ogromne masy śniegu + wysokie góry + ogromne masy ludzkie poruszające się po nich musiały dać tragiczny efekt. Nie przypadkiem te walki nazwane zostały przez Włochów „Guerra Bianca” – Biała Wojna. Z 180 000 ofiar śmiertelnych alpejskiego frontu, aż 1/3 zabrały lawiny śnieżne. Najgorszy był dzień 13 grudnia 1916 kiedy śnieg pożarł, aż 10 000 żołnierzy. Spanikowani żołnierze z obu stron uciekali w bezpieczne miejsca i razem przeczekali białe piekło.

Flamenwerfer – różnego rodzaju miotacze ognia budowano odkąd istnieją wojny vide „ogień grecki„. Współczesny miotacz ognia to jednak dziecko miłości niemieckich inzynierów i Wielkiej Wojny. Broń paskudna, ale skuteczna. Nie tylko jej skutek fizyczny był groźny, ale psychologiczne oddziaływanie. Człowiek mniej się boi kuli, odłamka czy bagnetu niż spalenia żywcem. Obecnie nie używa się już raczej „pleckowych” miotaczy. Zastąpiły je różnego rodzaju granatniki miotające zapalający pocisk takie jak słynny rosyjski „Trzmiel”.

Lwy Von Boyny – feldmarszałek Svetozar Boroević Von Bojna dowodził na włoskim froncie. Choć już nie młody i bez wojennego doświadczenia okazał się „Lwem Isonzo”. Wodzem sprawnym, odważnym, charyzmatycznym. Na tym froncie walczył od maja 1915. Wcześniej jako dowóddzca 3 Armii wojował na terenach dziejszego województwa małopolskiego i podkarpackiego. Mówiąc o „Lwie Isonzo” warto też przypomnieć, że był Słowianinem. C.K. Monarchia nie była III Rzeszą, ale niegłupim, tolerancyjnym państwem. Sam siebie określał jako „prawosławny Chorwat”. Spróbujcie dziś znaleźć jakiego „prawosławnego Chorwata” 🙂

2847 Position – po prostu pozycja na górze oznaczonej na mapie wojskowej numerem 2847. 2847 metrów nad poziomem morza. Najwyższy szczyt Dolomitów Marmolada (sic!) mierzy 3342 m.n.p.m.

Dzień i noc – czasem trzeba było maszerowac i walczyć w nocy. Oświetlenie dawał ksieżyc, latarki, a czasem flary. Zbocza były omiatane światłem wielkich reflektorów. Były szczególnie przydatne w bezksiężycowe noce, najlepszej porze dla wrogich grup szturmowych.

Uwiązawszy do lin – znane wszystkim miłośnikom gór via ferraty to termin z włoskiego. Znaczy tyle co „żelazna droga”. Na masową skalę zaczeto tworzyć takie trasy właśnie podczas walk na froncie alepejskim. Dziś służą turystom o najlepszej kondycji do pokonywania najtrudniejszych perci.

Paryja – po podkarpacku – wąwóz, przepaść, dół.

Słoweńcy, Chorwaci – Słoweńcy (podobnie jak Tyrolczycy) wykazywali wysokie morale w walkach z Włochami. Bronili bowiem własnej ziemi przed najazdem. Chorwaci zaś to naród bałkański, a wszystkie narody bałkańskie są wojownicze z natury 😉

Wyginiemy… – niejednokrotnie zdarzało się, że żołnierzy z wysuniętych placówek zabijały nie tyle lawiny co ogromne opady śniegu. W tamtym okresie średnia pokrywa śniegu w tej cześci Alp na wysokości ponad 2000 m.n.p.m. wynosiła ok. sześciu metrów. Tak – sześciu. Autor listu wspomina odwrót Napoelona spod Moskwy bo pamięć o tej klęsce była w polskim społeczeństwie jeszcze dość żywa.

Austriackim bączkiem – czyli godłem C.K. Monarchii umieszczonym na wojskowej czapce. Sympatia dla państwa Austro-Wegierksiego spadała wraz z przedłużającą się, morderczą wojną.

To jedno dobre – podczas walk na froncie wschodnim niejednokrotnie zdarzało się, że Polacy walczyli ze sobą. Doskonale o tym wiedząc.

Będzie Polska – rok 1916 był przełomem. 4 czerwca ruszyła na Wołyniu i na wschodnich krańcach Galicji rosyjska ofensywa. Doskonale zaplanowana i poprowadzona przez gen. Aleksieja Brusiłowa. Uderzenie to zakończyło by prawdopodobnie wojnę Rosji i Austro-Węgier. Jednak pomocną dłoń dali swojej „młodszej siostrzyczce Austrii” Niemcy. Wynik tych walk był więc następujący. Austro-Wegry z pozycji słabszego sojusznika II Rzeszy stoczyła się na pozycję „klienta”. Rosjanie zużyli większość zasobów ludzkich i materialnych. Teoretycznie wygrali, ale było to pyrrusowe zwycięstwo. Zwyciestwo, które otwierało drogę do Rewolucji przez duże R. Niemcy zaś…w 1916 stracili znów mnóstwo ludzi na wszystkich frontach, a przełomu nadal nie wywalczyli. Zaborcy wykrwawiali się we wzajemnej walce. 5 listopada cesarze niemiecki i austro-węgierski ogłosili tzw. Akt 5 listopada obiecując Polakom naprawdę dużo. Zrobiono to oczywiście z pobudek czysto pragmatycznych, ale był to kamień milowy na drodze do 11.XI.1918 roku. Ententa musiał bowiem zaczać starać się przelicytować Państwa Centralne. Naród polski byl zbyt liczny, zbyt dobrze zorganizowany i zbyt bitny by lekceważyć jego potrzeby.

Niewoli sybirskiej – brat autora Maciej dostał się do rosyjskiej niewoli. Jeńców Rosjanie tradycyjnie wysyłali na Północ, Ural i za Ural.

Mołdawskich gór – drugi brat Marek w chwili pisania listu (o ile nie poległ) brał udział w walkach z Rumunamii w środkowej cześci Karpat Wschodnich. Rumunia widząc sukcesy ofensywy rosyjskiej z lata 1916 wypowiedziała Państwom Centralnym wojnę i rozpoczeła inwazję na Siedmiogród.

Dekowniki -podgrywacze – wątpliwości co do wierności żon/dziewczyn/konkubin jak zawsze były udręką frontowników. Grajek, podgrywacz – to po pogórzańsku Don Juan, kochanek, podrywacz 🙂

Dziaduniowi z Wiednia – Franciszek Józef I Habssburg zmarł 21 listopada 1916 roku po 68 latach rządów. Jego następcą został Karol I.

Feldwebel Wójtowicz – feldwebel to sierżant. Wójtowicz to zaś typowe podkarpackie nazwisko.

Papierośnica i zapałki – ludzie, którym palenie paierosów skraca życie to pośrednie ofiary Wielkiej Wojny. Owszem wcześniej palono tytoń w Europie. Robiono to już w XVI wieku. Jednak palenie „szlugów” rozpowszechniło się w okopach I wojny światowej. Nie wiem czy wiedziano wtedy, że palenie papierosów obniża wydolność fizyczną. Na pewno wiedziało, że uspokaja żołnierzy. Szczególnie podczas bezczynnego oczekiwania na hasło „Bagnet na broooooń!!!!”. Po Wielkiej Wojnie rozkwitła też popularność dwóch innych substancji psychoaktywnych. Morfiny i kokainy. Dlaczego to już się sami domyślicie.

Jak to się skończyło?

Jeszcze nie wymyśliłem czy uśmiercę feldwebla Wójtowicza czy jednak przeżyje. Co do zaś historii walk na froncie włoskim – w październiku 1917 roku nastąpił przełom nad rzeką Soczą. Pod Caporetto siły austriacko-niemieckie rozerwały front. Atak przeprowadzono metodycznie i bezwględnie. Zamiast wielodniowego młócenia pozycji wroga zastosowano ostrzał parogodzinny, ale za to intensywyny. Użyto na dużą skalę difosgenu. Nowega gazu nie mającego zapachu i do tego bezbarwnego. Potem do akcji ruszyły jagdekommanda. Zamiast zdobywać po kolei okopy wroga dążyły do wdarcia się jak najgłębiej się da oraz uchwycenia kluczowych punktów. Na przykład najwyższych wzgórz. Rozcinali też zasieki, wysadzali w powietrze bunkry i zapory. Wypalali miotaczami ognia gniazda ckm-ów. Zasypywaliw roga granatami. Generlanie rozgradzali drogę. Szli jakby współgrajac z ogniem zaporowym. To jest walcem ognia i stali przesuwajacym się w koordynacji z głównym natarciem. Potem w tak poszarpane linie obrone uderzały masy piechoty. Była to taka bitwa gorlicka 2.0. Uderzenie było tak mocne, że armia włoska rozysypała się. Wzięto ćwierć miliona jeńców. Dezercje były masowe a odwrót paniczny. Italię musiały ratować posiłki wysłane przez Ententę. W czerwcu roku następnego nad rzeką Pawią, już na północno-włoskich nizniach. kolejna Austro-Wegierska ofensywa się jednak załamała. Zreogranizowana armia włoska ruszyła do kontrofensywy. Wspierana przez posiłki brytyjskie, francuskie i amerykańskie oraz legiony rumuński i czechosłowacki. Uczestnikiem tych walk był niejaki Hemingway Ernest, który z frontu przywiózł blizny i medale. Ofensywa wojsk Ententy nabierała rozpędu. Wojska Panstw Centralnych były wypychane z okupowanych terytoriów. Zaczęła się panika, masowe dezercje. Morale znikało. W październiku pod Vittorio Veneto armia C.K. Monarchii rozsypała się całkiem, a wraz z nią cały kraj. 3 listopada 1918 roku Sztab Generalny C.K. Wojska poprzez oddelegowanych parlamentariuszy podpisał rozejm będący wistocie kapitulacją. W tym samym czasie wśród szalejącej hiszpanki i rewolucyjnego zamętu kończyły swój żywot ekseryment państwowy pt. Austro-Węgry. Trochę to i dobrze, ale trochę i szkoda.

Czemu napisałem?

Po trochu z różnych motywacji. Pierwszy to lektura zgrabnie napisanej książki „Limanowa 1914„. Inny front, ale ta sama wojna. Dużo też ostatno myślę o śniegu i dawnych zimach. Przypomniała mi też się ostatnio jedna z historii snutych przez moje babcie. Babcia z Odrzykonia opowiadała mi kiedyś o swoim wujku. Walczył na włoskim froncie. Kilkanaście razy był „w ogniu jak wtedy ludzie mówili”. Przezył atak bronią chemiczną. Wrócił z medalami i z bardzo głebokim zespołem stresu pourazowego. Ludzie mówili, że „on nie do końca z wojny wrócił” Ten stan towarzyszył mu do końca życia. To też wpis o nim i innych członkach mojej rodziny, którzy brali udział w Wielkiej Wojnie. To o wszystkich w niej udział biorących. Taka dedykacja na koniec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *