Jednoprzymiotnikowa
O edukacji seksualnej usłyszałem pierwszy raz, gdzieś w czasach mojej nauki w gimnazjum. Informacja o tym, że mają być „lekcje seksu” wywołała u mnie i moich kolegów entuzjazm. Wydawało nam się, że będzie owa edukacja polegać na tym, iż przybędzie do naszej szkoły Pani Nimfomanka, taka tuż po ukończeniu studiów pedagogicznych i seksuologicznych. Przybędzie i będzie nas wszystkiego co potrzebne uczyć. Nic takiego się nie wydarzyło. Nasze seks-edukacja ograniczyła się więc do samokształcenia. Czyli przeglądania periodyków edukacyjnych o wdzięcznych tytułach „Cats”, „Extazy”, „Twój Weekend”. Słuchania piosenek grupy „Big Cyc” i weselnych przyśpiewek. Oraz prób podrywania koleżanke, mniej lub bardziej udanych. Cześciej mniej. W szkole średniej pojawiły się w końcu owe mityczne „lekcje o seksie”. Nazywało się to „Wychowanie do Życia w Rodzinie„. Polegało to na tym, iż sympatyczna i ładna pani opowiadała o wyższości „metod naturalnych” nad kondonami. Cytowała uczonych specjalistów ds. seksu i związków. Z Naszym Papieżem na czele. Zachęcała do zachowania czystości do nocy poślubnej. Jednym mówiąc słowem była to edukacja seksualna – katolicka. Lekcje trwały chyba rok, potem pani poszła na urlop macierzyński. Potem zaś poszedłem na studia i moja edukacją seksualną zajęły się koleżanki-studentki. Ten etap pobierania nauk w tej dziedzinie wspominam najmilej. Choć stał w całkowitej sprzeczności z wiedzą jaką zdobyłem podczas lekcji 'Wych. Do Życia w Rodz.”.
To wszystko się wydarzało, gdy byłem młodzieńcem niewinnym, a potem już trochę mniej niewinnym. Było to bardzo dawno, dawno temu. Za pontyfikatu Jana Pawła II i Benedykta XVI. Za panowania Aleksandra Kwasniewskiego i Lecha Kaczyńskiego. Właściwie w średniowieczu. „WDŻet” dalej jednak w szkołach jest. Od średniowiecza. Jest i nie działa. Coraz głośniej lewica i liberałowie, mówią żeby zastąpić ten przedmiot „edukacją seksualną”. Problem w tym, że było by to zastapienie katolickiej edukacji seksualnej , edukacją seksualną/ tęczową/ wyzwoloną/ postepową/ feministyczną/ genderową/ europejską/ nowoczesną. Ja się tylko zastanawiam, czy nie może być to po prostu „edukacja seksualna”? Ani prawicowa, ani lewicowa tylko naukowa? Taka jednoprzymiotnikowa?
P.S.
„Naukowa” znaczy naukowa. Zastanawiam się czy Margot, tak naukowo, jest artystyczno-chuligańskim pseudonimiem Michała Sz. Czy też alternatywną, lecz zupełnie realną tożsamością Michała SZ? A może to dezintegracja osobowości? Teraz to naukowo nie wiadomo, bo jeden uczony powie tak, a drugi nie. W sumie więc może to to WDŻ nie jest takie złe?