Bronowanie w Dydni


Dydnia. Wieś w dolinie potoku. Wśród wzgórz. Na szczytach wzgórz lasy. Na zobaczach wstęgi pól, łąk, zagrody wśród zaczynających kwitnąć sadów, dróżki i kapliczki. Niedaleko, dosłownie parę kilometrów dalej płynie wśród wzgórz San. Szeroko się rozlewa – topnieją jeszcze śniegi w Bieszczadach. Za rzeką puszcze Pogórza Przemyskiego. Kraina dzikich wzgórz.

Na jednej z dydyńskich wstęg  trzech panów zajmuje się bronowaniem zagonu. Farmerstwo fulleko. Trzech panów i trzy historie. Jeden o włosach białych jak śnieg.  Pamięta jeszcze lata pożogi. Fronty, partyzantów, bandy. Wiele przeżył, taki i pandemia wuhanki nie robi chyba na nim wrażenia. Obserwuje robotę, komentuje, doradza. Zna się na tym, pewnie z 80 lat praktyki. Widać emocje w jego gestach.  Drugi siedzi na wozie. Popija piwo, pali papierosy, nie gestykuluje. Doradza flegmatycznie, spokojnie. Nigdzie mu sie nie śpieszy. Cieszy się spóźnioną wiosną, kwietniowym słońcem. Piwem i papierosem.  A trzeci, wielki jak niedźwiedź z lasów Arłamowa, wiedzie konia. Nie pogania go, bo i po co poganiać. Jak mawiał mędrzec „a czy w robocie chodzi o to, żeby było prędko?”. 

A z góry patrzy na to wszystko Jacek Dydyński, onegdaj jedna z najlepszych szabli Rzeczpospolitej. Patrzy na swoją dolinę. Najpiękniejszą na świecie, bo wszak to jego dolina. Czy wiele się zmieniło od jego czasów? Bociany jak dawniej.  Kwiaty kwitną na owocowych drzewach tak samo. San podobnie szeroko się rozlewa. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *