Czas Apokalipsy
Pogranicze Beskidu Niskiego i Bieszczad było jeszcze bardziej puste niż zwykle. Wielkie Pustki naokoło. Prawie jak przed Stworzeniem, albo w jakimś postapokaliptycznym filmie. Stasiukowo i Mad Maxowo zarazem. W Komańczy było było wietrznie i słonecznie. Trochę wiosennie, ale i zimowo zarazem. I pusto, puściej niż jest zazwyczaj w takich miejscowościach, o tej porze roku. Zrobiło się… nie wiem jak to nazwać. Może po prostu mistycznie. Jastrząb na ostroniebieskim niebie, spotkanie z żubrem, wicher kołyszący koronami drzew. Skoro zaś mistycznie to i spotkało się anioła. Bieszczadzkiego, anioła w drewnie. I nie takiego szeregowego anielskiego czy sierżanta niebieskiego. Samego hetmana – Archanioła Michała. Patrzyliśmy na siebie.
Ja przybity i rozbity. Ostatni rok był ciężki. I wewnętrzne problemy i to co się dzieje dookoła – wszystko to zdruzgotało moje siły. Co konkretnie z tych „dookoła”? Nie, nie covid, a to czego był katalizatorem. Sama wuhanka jest oczywiście groźna, temu nie zaprzeczę. Jak na apokaliptyczną zarazę to jest jednak zdecydowanie za słaba. To nawet nie hiszpanka czy cholera. Straszne jest to co przyśpieszyła – popadanie w szaleństwo i autodestrukcję mojej cywilizacji. Cóż to można było ujrzeć przez ten rok? Afroamerykanów dewastujących pomniki generała Kościuszki i pierwszego czarnego pułku U.S. Army. Nastolatki krzyczące, że „prawo do aborcji” jest nie mniejszym złem, a czymś dobrym i klawym. Biskupów, którzy okazywali się nie pasterzami a wilkami w owczarnii. I tak dalej i tak dalej. Przyszedł kryzys jakich w historii były tysiące (bo przecież zaraza wybuchały kiedyś regularnie) a nasza cywilizacja rozpada się, zjada samą siebie. Tańczy jakiś szalony taniec, którego finałem jest śmierć z wyczerpania.
To ja, a po drugiej stronie był On. Generalissimus Pana Boga. Patron policjantów, żołnierzy i wojowników. Ten, który przybywa w momencie śmierci i ten, który będzie pełnić wartę przy Chrystusie w Dniu Sądu. I patrzy na mnie. Wzrok ma surowy, spokojny i chłodny, ale dobry. Bez ckliwości, tak „po wojskowemu”. W końcu to oficer. Nic nie powiedział, ale czasem spojrzenie więcej powie niż tysiąc słów. Apokalipsa to znaczy „zdjęcie zasłony”. Co miało być odkryte, odkrytym zostało. Szaleństwo, które w Nas było wyszło na powierzchnie. Co ma być spalone, zostanie spalone. A z ognia dopiero wyjdzie światło. Dokładnie tak, w ten czy inny sposób mamy Czas Apokalipsy. Czas odsłonięcia tego co było zakrytym. Trudne to, ale w dalszej perspektywie dobre.
Po paru chwilach się z aniołem pożegnałem. Cerkiew na wzgórzu jaśniała złotym brązem i błękitem. Popołudniowe słońce oświetało też czerwono-złotym blaskiem masyw Chryszczatej dając znak do powrotu. Zbliżała się noc, ale przecież po niej znów wstał dzień. Słońce wzeszło.