Ku morzu


Cesarsko-Królewskie Wolne Miasto Triest na początku zeszłego stulecia, jak sama nazwa wskazuje, podlegało jurysdykcji JCM Franciszka Józefa. To były wtedy antypody mojej Galicji. Galicja to północno-wschodni kraniec państwa, tu był kraniec południowo -zachodni. Austro-węgierskości nie da się jednak nijak wyczuć w tym mieście. To dziwne bo trochę podróżowałem po terenach dawnego C.K. Imperium i wszędzie czułem opiekuńczego ducha Najjaśniejszego Pana. Tylko nie tu. W Trieście czuć na każdym kroku ducha Italii. Włoskość widocznie była silniejsza. Pożarła austriackość i popiła espresso.

Od Rzymu do Włoch

Samo miasto, jak to nad Adriatykiem bywa, sięga swą historia czasów starożytnych. Najpierw były to ziemie Ilirów. Gdy zostali pobici przez Rzymian ci drudzy założyli tu port. W średniowieczu gród podlegał władzy Bizancjum. Potem Imperium Karola Wielkiego. Jeszcze później pod jedno z państw- spadkobierców w.w. mocarstwa. W końcu został portowym miastem- państwem. Konkurującym z pobliską Wenecją. W wieku XIV mieszczanie uradzili by oddać się pod opiekę Habsburgów. Był to, jak się zdaje, ruch słuszny. Czasy były burzliwie. Pandemia Czarnej Śmierci wywróciła do góry nogami znany im świat. Republika Wenecka, morskie mocarstwo, miała coraz większą przewagę w handlu i w militarnej sile. Od południowego-wschodu nadciągała zaś, niczym wicher bora, młoda lądowa potęga. Imperium Osmańskie. Tak więc zbawienna dla Triestanczyków Austria pojawiła się tu już kilka wieków wcześniej niż w Krakowie i Lwowie. Tylko jej nie widać. Nijak. Włoska kultura była widoczniej silniejsza. Pożarła austriackość i popiła kawą.

Panowanie habsburskie skończyło się w roku 1918. Cztery lata wcześniej, kilku wystrzałów, które padły w nieodległym Sarajewie zdetonowało magazyn prochu. Świat pogrążył się w wojnie. Obywatele Triestu płci męskiej zaczęli być mobilizowani i wysyłani na fronty Wielkiej Wojny. Tymczasem w roku 1915 do zawieruchy włączyli się ich rodacy – Włosi. Żeby skonkretyzować, rodacy większości z nich bo mieszkało tu też sporo Słoweńców, Chorwatów, Serbów, Żydów i jeszcze innych ludów. Większość mieszczan było jednak Włochami. Walki wojsk Italii z C.K. Armią toczyły się bardzo blisko. W wschodnich Alpach i nad rzeką Soczą. Zwana przez Włochów rzeką Isonzo. W ich wyniku portowe miasto stało się częścią Italii. Dziś jest stolicą włoskiego regionu autonomicznego Fruli-Wenecja Julijska. Friulowie to tacy alpejscy górale. Mały naród żyjący „od zawsze” na styku dzisiejszych Włoch, Austrii i Słowenii.

Róża Wiatrów

Alpejskie szczyty majaczą po drugiej stronie morza. Drugi brzeg jest blisko bo to wszak kraniec Jadranu jak nazywają ten akwen Słoweńcy i Chorwaci. Za „jadransko morje” pani nauczycielka wykręcała uszy małych Słowian. W czasie, stosunkowo krótkiego okresu (1918-1943) przymusowej italizacji. Generalnie Triest jest włoski z serca nie z przymusu, a wynaradawianie mniejszości to już dawne dzieje. Nadal żyje tu sporo Słowian. Są i ludy bardziej egzotyczne. A to Afrowłoch przemknie skuterem z torbą do przewozu pizzy na plecach, a to na schodach mija się jegomościa trzymającego flagę Afganistanu Przedtalibańskiego. „Maurowie” byli tu pewnie i wcześniej. Wiele wieków wcześniej. W końcu to port na styku czterech stron świata.

Bella Ciao

Zwiedzanie miasta wymaga pewnej dozy kondycji. Leży ona na skraju Krasu. Wapiennego pogórza Gór Dynarskich. Pełno tu krętych uliczek i schodów. Po uliczkach jeżdżą mieszczanie na skuterkach. W innych siedzą na rozstawionych krzesłach. Rozmawiają i piją kawę. Ot Italia stereotypowa. Są i

Na jednym z wzgórz stoi od wieków romańsko-gotycka katedra. Obok niej rzymskie ruiny i potężna twierdza. Naookoło twierdzy patriotyczna symbolika. Jest tu uliczka Chłopców Rocznika 1899. To taki włoski odpowiednik Orląt Lwowskich. Patriotyczna legenda o młodych chłopcach którzy tchnęli entuzjazm bojowy w szeregi armii. Jest kamień poświęcony poległym „w Rosji” w latach 1941-1943. Jak informuje data wyryta na głazie ustawiono go 40 lat po inwazji na ZSRR. Zapewne jego ustawienie wymagało sporej dozy odwagi. Był to bowiem czas zwany „latami ołowiu”. Lewaccy i neofaszystowscy terroryści kontynuowali wtedy wojnę domową z lat 1943-45. Gdy alianci utknęli pod Monte Cassino włoscy faszyści stworzyli za niemiecka zgoda marionetkowe państwo. Tak zwaną Republikę Salo. Z Niemcami i rodzimymi faszystami walczyli partyzanci. Ich liczba była dość pokaźna, ale byli podzieleni na bojowników komunistycznych i niekomunistycznych. W tej części Włoch wewnętrzny konflikt przyjął dodatkowo formę nieformalnej wojny włosko-jugosławianskiej. Otóż partyzanci komunistyczni razem z titowskim IX Korpusem rozpoczęli w pewnym momencie walkę z niekomunistycznymi bojownikami skupionymi w tzw. Brygadach Osuppo. „Osuppowcy” znaleźli się w sytuacji podobnej do tej z jaką musieli się mierzyć partyzanci AK na Kresach Północno-Wschodnich. Znaleźli się między bolszewickim młotem a faszystowskim kowadłem. Wiosną 1945 roku, po upadku III Rzeszy komuniści dokonali w regionie krwawych czystek. Tysiące ludzi rozstrzelano, a ciała wrzucono do licznych tu jaskiń. Czasem wrzucano też bez wcześniejszego rozstrzelania. Zabijano „faszystów”, a faszystą mógł być każdy kto nie spodobał się jigosławiańskiej bezpiece. Tito miał w planach włączyć port do swojego imperium. Wiedząc o tym wszystkim nieco dziwnie się patrzy na głazy poświęcone partyzantom i „wyzwoleniu 1945”. Jakiemu wyzwoleniu i którym partyzantom?

Ostatecznie jednak Triest i Frulia-Wenecja Julijska nie zostały anektowane przez Jugosławię. Samo miasto i jego okolice zostały objęte statusem Wolnego Terytorium ONZ. Częścią zewnętrzna administrowała Jugosławia. Samym miastem Amerykanie i Anglicy. W 1954 miasto zostało znów włączone w skład Włoch.

Widok z dzwonnicy

Z dzwonnicy katedry roztacza się wspaniały widok. Warty wspinaczki po krętych schodach. Wejście do samego kościoła blokował tłum pląsający w jakimś qasi-chasydzko-iberyjskim korowodzie. To członkowie miejscowego neokatechumenatu świętowali ślub dwojga z nich. W końcu jednak udało się obejrzeć freski i mozaiki.

Po zwiedzeniu wzgórza katedralnego zeszliśmy schodami w dół. Na molo i nadmorskie bulwary pełne miejscowych i turystów. Jest gwarno, kosmopolityczne, portowo. Na krawędzi mola siedziała też grupa czarnoskórych chłopców wesoło klaszcząc do afrykańskiej muzyki emitowanej przez smartfon jednego z nich. Port żyje.

Po spacerze na molo, a przed wyjazdem wypiliśmy jeszcze kawę pod pomnikiem Verdiego. Nie wiem jakie związki miał wielki kompozytor z Triestem. Z pewnością jednak przez wiele lat mieszkał tu pewien wielki pisarz irlandzki. Piszący w języku angielskim. O kogo chodzi to już sobie znajdźcie. Ja idę na plażę 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *