Przyjdzie Wilk szary
Terenowy samochód z chrzęstem wjechał w wody górskiej rzeki szeroko rozrzucając na boki wachlarze kropel. Łazik przeciął bród i zaczął zwinnie wspinać się po stromej, wiejskiej drodze. Po kilku minutach był już na szczycie wzgórza. Noc była jasna, księżycowa i widać było jak na dłoni dolinę Hunzy. Od rozgwieżdżonego nieba krukoczarno odcinało się pasmo skalistych gór zamykających horyzont.
To Chan Jazyg ? – postać w kapeluszu wskazała na najbardziej wyniosły masyw.
Tak to on panie pułkowniku – odpowiedział kierowca.
Pięknie tu u was, i cicho. Tylko sowa huczy. Dawno nie słyszałem takiej ciszy – teraz odezwała się postać w oficerskiej baranicy.
To cisza przed burzą – odrzekł zimno człowiek w kapeluszu.
Łazik zaczął zjeżdżać w dolinę. Do wioski u podnóża wzgórza. Był to cel ich podróży. Osada Ust-auł. Położona na uboczu i dobrze chroniona przez partyzantów miała być miejscem rokowań. Negocjacji od których miał zależeć los Zachodniej Jazygii, a może i całej wojny w Kardanostanie.
Młodzi
Uwielbiał oglądać ją gdy wychodziła z kąpieli. Pożerał w takich chwilach każdy milimetr jej ciała. Wszyscy jego koledzy spozierali na Jovankę jak głodny wilk na jagnię. Lecz nie tych głodnych wilków przeznaczona była ta owieczka. Był dumny, że to jemu przypadł rozkoszny zaszczyt pozbawienia jej dziewictwa. W dodatku była to pierwsza z tych, jak to mówią „poważniejszych” dziewczyn. Nie planował jeszcze nic konkretnego, ale czuł , że to będzie dłuższa relacja. O ile … O ile zaakceptuje to co ma się zdarzyć. Miał jej powiedzieć już parę dni temu. Było już jednak za późno. Na jej ślicznej buzi zamiast uśmiechu gościł grymas wściekłości.
– Zostawiasz mnie! Ryknęła.
– Nie, skąd. Czemu tak …myślisz ?
– Idziesz na wojnę. To jak zdrada.
-Przecież nie będę chodził do burdeli Skarbie! Ani gwałcił!! Z kim mam cię zdradzać? Z kolegami?
-A ty inżynierze wiesz co to metafora? Zdradzasz mnie z wojną!!! Chłopiec chce się bawić w żołnierza. Dureń.
-Ale nie, nie moja wina. Ja tej wojny nie zacząłem.
-Wolała bym nawet żebyś się ruchał z inną, ale żył. Ty skurwysynu! Niech tam ci urwie chuja i jaja. Albo niech cię złapią i wykastrują. Wiesz, że tam często kastrują jeńców?
– Skarbie jestem rezerwistą. Dostałem powołanie. Co miałem zrobić??? Zdezerterować?
– I jednym z najlepszych studentów na politechnice! Durniu. Nie wiesz, że można się migać? Nie umiesz? Jaki z ciebie facet skoro zostawiasz swoją kobietę?! Jaki z ciebie facet skoro nie umiesz sobie radzić w życiu? Czy ktoś zaatakował nasz kraj? A jeśli jestem w ciąży? Aaa?!!! A jeśli jestem w ciąży? Aaa?!!!
-Aaaa … Jesteś?
-Może i jestem, to teraz nad tym myśl. Ja się ubieram. Zostań i myśl.
Nasuwając na siebie majtki wypięła się maksymalnie w jego stronę. Pomyślał , że to celowo. Żeby zapamiętał co może stracić. Po czym wypreżyla się jak struna i szybko zaczęła zakładać resztę ubrań. Gdy już zapięła ostatni guzik koszuli odwróciła się w jego stronę. Była już spokojniejsza.
– Przemyśl wszystko. Nie chcę żeby cię przywieźli w cynkowej trumnie.
Potem wyszła, a student został sam. Leżał nagi i patrzył w sufit. Próbował sie masturbować, ale wielogodzina gimnastyka miłosna wyczerpała siły nawet tak młodego i wysportowanego mężczyzny jak on. Po paru dłuższych chwilach powiedział głośno sam do siebie.
-Trzeba się najebać. Tak trzeba zrobić. Nie leżeć i nie myśleć. Nie być samemu.
Zszedł na portiernię. Tam stał telefon dostępny dla lokatorów akademika. Zadzwonił do swego kolegi. Z Maro poznali się w wojsku. Służyli w jednym plutonie. Później zaczęli studiować w tym samym mieście. Tylko na innych uczelniach. On na polibudzie. Maro poszedł na filologię.
-Dzień dobry pani Jeleno. Można zadzwonić?
-A co chcesz się umówić na chlanie? Portierka roześmiała się zalotnie.
-Tak jakby proszę pani. Pani wie…
-Słyszałam, nie martw się chłopcze. Wszystko pójdzie dobrze.
-Bardziej martwi mnie dziewczyna niż wojna…
-Mundur weterana działa jak przynęta na dziewczęta chłopcze. Nie ta to inna. A jakbyś był sam…wiesz mój mąż często jeździ na delegację.
Portierka roześmiała się jeszcze bardziej zalotnie i podała mu telefon. Wykręcił numer.
-Maro? Stary może flaszka?
-Dziś?
-Nawet zaraz. Tam gdzie zwykle.
-Nie ma sprawy. Już się zbieram stary. Też mam smak.
Odłożył słuchawkę. Jelena znów popatrzyła na niego zalotnie.
-A może i mnie zaprosicie? Hmmm? Mam dziś dużo czasu. Dzieci u babci, męża..
-Innym razem pani Jeleno. Dziś męskie picie mnie czeka. Kolega jedzie ze mną do Kardanostanu.
-Rozumiem , żołnierzyki muszą wypić – popatrzyła na niego rozmażonym wzrokiem.
Wrócił do pokoju i szybko się ubrał. Nie musiał się starać. Planował wszak libacje alkoholową w zaroślach nad rzeką. Chlanie do oporu połączone z kurzeniem marihuaniny. Chwilę zastanawiał się nad tym czy przypiąć kokardę w narodowych barwach. Tak odznaczali się ci, którzy dostali wezwanie. Taka moda. Bał się jednak, że ja zgubi, albo zniszczy. Lub co gorszą zbruka wymiocinami. W końcu wpadł na to, że zanim zaczną pić może ja schować do kieszeni.
Świeże powietrze dobrze mu zrobiło. Zbliżało się południe i wrześniowe słońce miło grzało. Poszedł piechotą celowo. Chciał mieć czas na przemyślenia. Niepokoiło go to co się będzie działo od momentu, gdy wejdzie do frontowego eszelonu. Wróci a może nie wróci? Wróci… W cynkowej trumnie. Będzie uroczysty pogrzeb. Z wojskową orkiestra, z płacząca dziewczyną, flagą na wieku i salwą honorową. Albo też wróci bez nóg. Będzie jeździł na wózku inwalidzkim. I codziennie pił wiele piw. Piwo to będzie jego paliwo. Browary i wódka. Wózek dla kombatanta napędzany etanolem!
Mijał kolejne ulice. Przechodnie nie zwracali uwagi na jego i jego biało-niebiesko-czerwoną kokardę. Każdy szedł zajęty swoimi sprawami. Zaczął się zastanawiać dlaczego właściwie tam jedzie? Tak, tam giną jego rodacy. Płoną sarmańskie wioski. Bomby terrorystów wybuchały nawet tu w Tsarogradzie. Lecz z drugiej strony wiedział, że to brudna wojna. Lewe interesy kwitły. Nie był wielką tajemnicą fakt , iż wiele osób w Republice Wielkiej Sarmanii zarobiło na tej rzeźni ogromne pieniądze. Zarabiali generałowie i pułkownicy, posłowie i nacjonalistyczni damagogowie. Inwalidzi wojenni dostawali psie renty.
Szedł i szedł, aż w końcu dotarł do bulwarów nad Tsarą. Przysiadł na murku i zapalił. Rozmyślał nad tym czym zalać pałkę. Dziadek Maro pędził śliwowicę, a on sam zabawiał się mikro-rolnictwem. To jest miał u siebie w wiosce małą plantacyjne konopii indyjskich. Czy to wystarczy? Postanowił wstąpić do sklepu monopolowego i zakupić jeszcze kilka piw i mocne, tanie, jabłkowe wino. Liczył , że razem z destylatem od Mara oraz jego konopiami stworzy to odpowiedni miks , który pozwoli zapomnieć o wojnie i o problemach z Jovanką.