Imperia i ludzie – idzie konfrontacja
Talassokracje i tellurokracje
Dawno, dawno temu, w zachodniej części Śródziemnomorza, doszło do serii bezlitosnych wojen. Wojen pomiędzy Rzymem a Kartaginą. Kartagińczycy, lud fenicki, byli niezrównanymi żeglarzami i dobrymi kupcami. Rzymianie na handlu znali się gorzej. Na żegludze tym bardziej. Dwa rosnące w siłę mocarstwa znalazły się w pewnym momencie na kursie kolizyjnym. Poszło o Sycylię, o Iberię. O kopalnie, ziemię, kontrolę nad strategicznymi punktami na mapie. Nikt w tych wojnach nie był „tym złym”. Po prostu konflikt interesów w pewnym momencie można było rozwiązać tylko mieczem. W początkowej fazie tzw. I wojny punickiej Rzymianie dostawali srogie baty. Nie dlatego, że byli kiepskim żołnierzami. Na lądzie ich legiony były jedną z najlepszych armii świata. Powód był inny – nie mieli pojęcia o wojnie na morzu. Rzym był bowiem tellurokracją. Czyli potęga opartą o siłę wojsk lądowych. Kartaginą zaś była talassokracją. To jest mocarstwem morskim. Wojna ta toczyła się zaś raczej na morzu niż lądzie. Z czasem jednak Rzymiaaqnie nauczyli się jak budować dobre okręty i jak ich skutecznie używać. Wygrali pierwsza wojnę z Punijczykami. W trakcie drugiej Kartagiński Lew omal nie zagryzł Rzymskiej Wilczycy. Rzymianie przegrywali bitwę za bitwą. Straty w męskiej populacji były horrendalne. Italia wyniszczona. Nie poprosili jednak o pokój i walczyli tak długo, aż wygrali. Ostatecznie III wojna punicka skończyła się bezlitosnym szturmem Kartaginy. Rzym wygrał, ale niewiele brakowało by to on zniknął z map i kart historii. Świat wyglądał by teraz zupełnie inaczej.
W czasach nam bliższych Napoleon Bonaparte chciał zmiażdżyć „naród sklepikarzy”. Czyli położyć na łopatki Wielką poniekąd Brytanię. Ten cel, a może i obsesja, doprowadziła go do upadku. Wielka Brytania była (i trochę nadal jest) tallassokracją. Póki Royal Navy była niepokonana, póty napoleońskie imperium nie mogło złamać potęgi Albionu. Bitwa morska pod Trafalgarem w 1805 ostatecznie pokazała, że to Anglicy rządzą na morzach i oceanach. Jednak by być nadal potęga musieli handlować z kontynentalną Europą. Napoleon zaś kontrolował większość europejskich portów. Cóż z tego, że Brytole rządzili nad falami skoro morskie szlaki handlowe prowadziły do nikąd? Tak zwana Blokada Kontynentalna była jedną z głównych przyczyn napoleońskiej interwencji w Hiszpanii i Portugalii. Wojska francuskie i sojusznicze ugrzęzły tam w niekończącej się wojnie, która tak straszliwie odmalował Żeromski w „Popiołach”. To był taki napoleoński Wietnam czy Afganistan. Wygrywali bitwy, zdobywali miasta, ale nie umieli uporać się z partyzantką. Wspieraną przez brytyjski korpus ekspedycyjny, flotę i złoto. Imperium Rosyjskie również wyłamywało się z systemu. Rosjanie chcieli i musieli sprzedawać Anglikom swoje zboże, drewno, futra i inne towary. Cesarz Francuzów wysłał więc przeciw nim swoją Wielką Armię by wymusić posłuszeństwo. Przepadła na drodze Niemen-Smoleńsk-Moskwa i z powrotem. Te dwa konflikty złamały potęgę Francji. Ostatecznie w czerwcu roku 1815 na polach pod Waterloo połączone armie brytyjska i pruska dobiły potęgę Cesarza Francuzów. Słynnego jeńca osadzili na Wyspie Świętej Heleny. To taki kawałek skały na środku Południowego Atlantyku. Wyspa ta pojawi się jeszcze na kartach historii w 1982, kiedy to brytyjska tallassokracją pokazała swoje lwie kły w wojnie z Argentyną.
Czerwony Smok rośnie
Dziś zaostrza się konflikt pomiędzy Chinami Ludowymi, a USA. Jeśli wybuchnie „gorąca wojna” to będzie toczyć się na Pacyfiku i w okolicach. USA, prawdziwe tallassokratyczne supermocarstwo ma (chyba ?) przewagę we flocie. Jednak przecież i Kartaginą ja miała… Walki będą toczyć się i na lądzie. Choćby na Półwyspie Koreańskim, Tajwanie, czy w Indochinach, gdzie zapewne komunistyczny Wietnam stanie (sic!) po stronie Amerykanów. Będzie ciekawie. Wygra bardziej zdeterminowany. Jeśli USA przegra to może pogrążyć się w chaosie. Poziom napięć wewnętrznych jest tam przecież ogromny, a Teksas czy Luzjana mogą w pewnym momencie nie chcieć mieć nic wspólnego z dekadenckim Nowym Jorkiem.
Pierwsza wojna z Chińczykami
Nie byłoby to pierwsze zbrojne zwarcie obu kolosów. Pierwsza wojna chińsko-amerykańska rozegrała się na Półwyspie Koreańskim w latach 1950-53. Amerykanie i ich sojusznicy wspierali tam „białych” Koreańczyków, a Sowieci i Chińczycy „czerwonych”. W tej niezwykle zajadłej wojnie „Chińscy Ochotnicy Ludowi” potrafili zadawać Jankesom srogie baty. Takie jak te w boju nad jeziorem Changjing. Dziś młodzi Chińczycy oglądają patriotyczne filmy o tych bojach. Tamte Chiny potrafiły wymusić „remis”, dzisiejsze są o wiele silniejsze. To już nie kraj motyki i miski ryżu. To mocarstwo w niczym nie ustępujące Zachodowi pod względem technologicznym, do tego sprawniej zarządzane. Przeciwnik groźniejszy dla Amerykanów niż wszyscy inni. II i III Rzesza, Cesarstwo Japonii, Związek Radziecki, Skonfederowane Stany Ameryki. „Obudzony olbrzym”, który może zdominować świat. Imperium żelaznej dyscypliny, a jak już wyżej pisałem – wygra bardziej zdeterminowany…
Co zrobi Rosja?
Chanat Moskiewski jest teraz w idealnej pozycji. Ma świetną armię (owszem kraj się sypie, ale armia solidna) i wisi. Wisi od północy nad Chinami, od wschodu nad Europą. Kto da więcej? Dla nas zagrożenie jest podwójne. Bo Warszawa może być zapłata, która dadzą Rosjanom Chińczycy. Amerykanie mogą nas zaś sprzedać w zamian za wbicie Chinom noża w plecy. Po prostu sprzedadzą Azerbejdżan, Gruzję, Ukrainę, Kraje Bałtyckie, Mołdawię i Rumunię jak jabłka na targu.
Jak się ratować? Ah, gdyby mieć armię, która w 48 h jest zdolna wzrosnąć do pół miliona dobrze uzbrojonych żołnierzy. Oraz 300 tysięcy, jako tako zbrojnych, bojowników. Gdyby mieć sprawną dyplomację i wywiad. Zgodna w najważniejszych kwestiach elitę polityczną. Zwarte społeczeństwo. Nic z tego nie mamy i mieć nie będziemy. Ja się tym jednak nie przejmuję. Zawsze chciałem zwiedzić Jakucję, albo Tuwę. Tuwę , rodzinną ziemię Siergieja Szojgu, który mi zafunduje takową wycieczkę.
P.S.
Na fotce Kominiarski Wierch. Gdy robiłem to zdjęcie przypomniało mi się lato sprzed wielu lat. Grabałem siano na Buczniku, a ze mną grabał wujek Grzesiek. Opowiadał przy tym jak „w wojsku” ćwiczyli wspinaczkę na ten szczyt. Wujek dopiero co skończył „zetkę”, która odsłużył w Strzelcach Podhalańskich. A wieczorem wujek ubrał się elegancko i ruszył na dyskotekę na Woli. Zapytałem się czy się nie boi. Wszak jest spod Rzeszowa, a tu Jaśliska Dolina. Były to czasy, gdy „obcy” często dostawał „oklep” od tubylców. Szczególnie, gdy podrywał miejscowe dziewczyny. Cóż odpowiedział wujek? Ano, że się nie boi. Ot i czego nam trzeba. By młode chłopce nie bali się, ani wspinaczki na Kominiarski Wierch, ani tańczyć z dziewczynami, ani bijatyki, ani ciężkiej pracy, ani też tanków Putina. Parafrazując doradcę ministra od szkół – trzeba kształtować cnoty męskie.
P.S. 2
https://chutornik.pl/2021/08/stacja-korosten/
A może przegraliśmy już wtedy ?

