Długi weekend we Lwowie
Przypomniał mi się ostatnio majowy długi weekend spędzony we Lwowie. To był…2008. Tak, chyba to był 2008. Pojechałem tam sam. Za dnia chodziłem po mieście. Niespiesznie zwiedzałem Leopolis. Piłem piwo na wałach Cytadeli. Pachniało tam majowym deszczem i kwieciem owocowych drzew. Potem spacerowałem po Łyczakowie. Długo chodziłem po Starym Cmentarzu. Nucąc pod nosem „Piosenkę o Jurku Bitschanie” i „Czerwona Kalinę”. Te samą „Czerwoną Kalinę”, której melodię zna cały zachodni świat. Od Rzeszowa po San Francisco. I wracałem powolnym marszem na Stare Miasto. Przyglądałem secesyjnym detalom ozdób na fasadach kamienic. Jak już dotarłem do centrum Lembergu to wspiąłem się też na najwyższe wzgórze. Na Wysoki Zamek. Podziwiałem słynną panoramę miasta z tego miejsca. Trochę żałowałem, że nie pojechałem z jakąś koleżanką. Gdy stała by wpatrzona w krajobraz słynnego miasta ja czule objął bym jej biodra biodra. Głowę położył na jej ramieniu i czarował swoją historyczną erudycją.
Później zszedłem w dół i zapaliłem świeczkę w Cerkwii Wołoskiej. Zjadłem obiad w knajpie na Rynku. Znów piłem piwo przepalając je papierosami „Kozak”. Popołudniu wracałem do hostelu. To był taki tani hostel na podmiejskim blokowisku. Gdzieś w okolicach lwowskiego lotniska. Spałem tam sam w czteroosobowym pokoju. Z portretem Jewhena Konowalca nad głową. Zanim jednak szedłem spać wracałem na Starówkę by pić piwo i flirtować z Ukrainkami. Ja, piękny i młody student ukrainoznawstwa.
Było to dawno, dawno temu. Gdy prezydentem RP był Lech Kaczyński a premierem Donald Tusk. Smartfonów nie było jeszcze. Nie było też fejsbuka, ani tym bardziej tik toka. Na Lwów nie spadały rakiety. Tak było, a wydaje się, że to tylko był sen. Jak opowieść starych ludzi o czasach „za cysorza Franza Josefa”. Dziś rozumiem co naprawdę znaczą te słowa. To półlegenda o świecie spokojnym. O dobrej kawie, wizytach w operze i uchylaniu kapelusza. O świecie, który takie słowa jak „powszechna mobilizacja”, „alarm lotniczy”, „pandemia”, „taktyka spalonej ziemi”, „rozbita kolumna”, zna tylko w teorii. Atlantydzie mojej młodości.