Wszyscy jesteśmy winni…
…tylko trochę inaczej niż ma na myśli papież. Dawno, dawno temu moja sąsiadka powiedziała takie słowa „chłopcy z tego Putina będzie nowy Stalin”. Nie była uczona, ale przeżyła obie wojny światowe i kilka pomniejszych. Miała coś czego nie można się nauczyć – intuicję i instynkt. Gdy mówiła te słowa była złota jesień roku 1999. Potem przyszła śnieżna zima. Na dalekim Kaukazie rozszalała się na dobre II wojną czeczeńska. Codziennie oglądałem telewizyjne relacje z frontu. Obiecywałem sobie, że gdy tylko pokoncze szkoły pójdę do wojska. Najlepiej do Podhalańczyków. By gdy przyjdą podpalić dom wiedzieć jak się nakłada bagnet na broń. Nie poszedłem. Po maturze zniknalem w rozkoszach krakowskiej dekadencji. Tak DEKADENCJA to słowo klucz. Ta dekadencja, która pozwoliła by hunwejbini mogli bezkarnie zrzucić z cokołów pomniki amerykańskich prezydentów w mieście Portland. Ta, która pozwoliła by Kabul był nowym Sajgonem. Ta, która krzyczała „precz z Strażą Graniczna!” Ta, która robiła krzyż z puszek po „Lechu”. Papież ma rację – wszyscy jesteśmy winni. Recepta jest jednak inna niż ta, o której myśli Franciszek. Nie uzdrowi nas „Imagine” Lenona. Pomóc może „Pieśń o Rolandzie”.